1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Autor płakał, jak wymyślał. Oto najgorsze i najdziwniejsze polskie tytuły zagranicznych filmów

avengers wojna bez granic

Wraz z wczorajszą premierą zwiastuna do filmu "Avengers: Infinity War" poznaliśmy też jego polski podtytuł - "Wojna bez granic". Postanowiłem przyjrzeć się innym dyskusyjnym tworom polskich tłumaczy.

"Wirujący seks" czy "Elektroniczny morderca" to już żelazna klasyka. Być może mniej znanym przykładem jest "Orbitowanie bez cukru". Do dziś nie wiem co autor miał na myśli. Pomimo że film, o oryginalnym tytule "Reality Bites", oglądałem kilka razy.

elektroniczny morderca

Klasyką jest też "Szklana pułapka". Tytuł zaliczam do jednych z najgłupszych, jakie wymyślono w tym kraju. Sam w sobie nie jest on może jakoś bardzo głupi, poniekąd ma sens w kontekście pierwszej części serii z Bruce’em Willisem. Problem leżał w zbyt wielkich ambicjach autora, który jednak nie przewidział popularności i potencjału filmu i tego, że przerodzi się on w serię, która w późniejszych odsłonach ze szkłem nie będzie mieć praktycznie nic wspólnego.

Zazdroszczę uroczej bezpretensjonalności i ignorancji osobie, która "Hot Tub Time Machine" przetłumaczyła na "Jutro będzie futro".

Natomiast tłumacz horroru "Phantasm", który wpadł na pomysł, aby przetłumaczyć go na "Mordercze kuleczki", nie budzi we mnie ani grama politowania.

Czasem nie wiem, czy tłumacz obrazu "My Mom’s New Boyfriend", który przełożył go na "Centralne Biuro Uwodzenia" miał aż takie poczucie humoru czy... tak słaby gust, ale wiem, że na pewno niebanalnym smakiem odznaczał się tłumacz, który z "Coyote Ugly" uczynił "Wygrane marzenia".

Na dobrą sprawę, jakby się tak porządnie zastanowić, to problem z polskimi tytułami wcale nie jest nowym zjawiskiem. W końcu już klasyka komedii "Some Like It Hot" może pochwalić się dość dziwacznym tłumaczeniem na "Poł żartem, pół serio". "Sting" też padło ofiarą ignorancji tłumacza, który postanowił ów tytuł przełożyć dosłownie na "Żądło", choć nie ma to w polskim języku absolutnie żadnego odniesienia do samego filmu.

Nie wiem jakim cudem, film "Crash" został przetłumaczony na "Miasto gniewu", a "Fear and Loathing in Las Vegas" na "Las Vegas Parano", ale chyba w obu przypadkach nie obeszło się bez "wspomagaczy".

Czasem też zastanawiam się, czy osoby tłumaczące tytuły w ogóle oglądają filmy, przy których pracują. "Dallas Buyers Club" przetłumaczony został na "Witaj w klubie". Jakoś nie do końca brzmi jak poruszający dramat o człowieku, który mierzy się z AIDS.

Przyznam, że mocno zabolało mnie podejście tłumacza do świetnego filmu Paolo Sorrentino "This Must Be The Place".

Jest on jednocześnie tytułem piosenki grupy Talking Heads. Tytuł nie tylko zmieniono na polski, ale wybrano kuriozalny "Wszystkie odloty Cheyenne’a".

Boli to o tyle, że obecnie coraz więcej filmów, które trafiają do Polski, w ogóle nie ma tłumaczonych tytułów. Tutaj klasyką jest dla mnie "Quantum of Solace", które nie jest żadną nazwą własną. Tak samo jak "Split". Albo na przykład "Big Short", który w języku polskim nic nie znaczy i jest po prostu angielskim wyrazem. O ile wiem, "Lobster" też nie występuje w polskim słowniku. Tłumaczowi najwyraźniej zabrakło wyobraźni i pomysłów, więc odpuścił sobie pracę i zostawił tytuł oryginalny.

Tak samo postąpił też chyba dystrybutor filmu "Moonlight", jak również i sam Disney przy okazji filmu "Spider-Man: Homecoming". W polskim słownictwie, nawet potocznym, nie istnieje coś takiego jak "Homecoming". Rozumiem, że coś w stylu "Bal absolwentów" nie pasowałoby do tego typu filmu, tym bardziej, że po angielsku "Homecoming" może być traktowane wieloznacznie, ale pozostawienie wersji oryginalnej jest równie bezsensownie.

O ile polski oddział Disneya świetnie radzi sobie z tytułami swoich animacji, tak co jakiś czas trafiają im się niezłe babole przy produkcjach Marvela. I tak "Captain America: Civil War" przetłumaczony na "Wojna bohaterów". Wspomniane wcześniej "Avengers: Infinity War" to jeszcze większa podróż do krainy koszmarnych tytułów, czyli "Wojna bez granic".

Strasznie irytują mnie też te wszystkie dziwne mutacje, które łączą ze sobą tytuły angielskie i polskie.

Jaki jest sens tytułu "Point Break – Na fali"? Albo "Nice Guys – równi goście". Tego typu konstrukcje są bezsensowne na co najmniej dwóch poziomach. Pierwszy to niepotrzebne wykorzystywanie anglicyzmów, drugi to fakt, że często te tytuły to masło maślane, powtarzające w polskiej wersji to, co jest napisane po angielsku. Po co tworzyć więc coś takiego jak na przykład "The Circle – Krąg"?

Nice Guys plakat

I nie wiem, czy gorsze jest takie podejście, czy np. usilne tłumaczenie oryginalnych tytułów, jak choćby to miało miejsce w przypadku "Cloverfield". Przetłumaczono go na "Projekt Monster”.

Dość zabawnie polski tłumacz wpędził się w maliny podczas tłumaczeń serii "Despicable Me".

Postanowił on porwać się na polską wersję brzmiącą: "Jak ukraść księżyc". Co zabawne, sequel owej animacji, w oryginale "Despicable Me 2" nosił już tytuł "Minionki rozrabiają", a część trzecia… "Gru, Dru i Minionki".

Osobiście uwielbiam też tytuł "Kac Vegas". Przy pierwszej części jeszcze sprawuje się całkiem ciekawie, ale już sequel brzmiący "Kac Vegas w Bangkoku" to jeden z największych absurdów, jakie mogłem przeczytać.

Mimo wszystko cieszę się, patrząc na czasem radosną twórczość polskich tłumaczy, że jakoś nie przyszło nam mieć do czynienia z takimi tytułami jak "Człowiek-nietoperz" (Batman), "Człowiek z żelaza" (tu nie w odniesieniu do filmu Wajdy, a do "Iron Mana"), "Mścicieli" ("Avengers"), no i aż boję się pomyśleć na jakie polskie tłumaczenie "Star Treka" mogłaby wpaść jakaś niewłaściwa na swoim stanowisku osoba.

Nie widzę specjalnie na horyzoncie potencjału do poprawy, tak więc jedyne co nam zostaje, to oczekiwanie na kolejne radosne twory tłumaczy.