1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

10. odcinek Twin Peaks kusi tym, czego nie może nam zaoferować

10. odcinek Twin Peaks kusi tym, czego nie może nam zaoferować

Twin Peaks (2017) bawi się z widzem. Czasem serwuje lekkostrawne sceny obyczajowe, czasem dorzuci odrobinę humoru, ale zazwyczaj miesza absurd z odrobiną nostalgii. Szkoda, że serial odarto z najbardziej przerażających istot - ludzi. 

W tekście znajdują się spoilery z 10 odcinka nowego Twin Peaks.

Poznawanie fabuły pierwszego sezonu Twin Peaks jest uczuciem wyjątkowym. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy i komu przyjdzie pożegnać się ze światem. Szczególnie istotne jest jednak to, że nie mamy pojęcia, kto zabił. A podejrzanych jest bardzo wielu, zaczynając od prostych przesłuchań i oczywistych motywów, powoli, jakbyśmy obierali cebulę, odkrywamy historię miasteczka i jego mieszkańców.

Najważniejsze jest to, że do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto ostatecznie przyłożył rękę do śmierci Laury Palmer. Uwielbiałem to napięcie.

Większość mieszkańców Twin Peaks miało coś na sumieniu, niektórzy nawet żyli z rozpusty i przestępczości.

Jeśli dobrze przyjrzymy się pierwszej i drugiej serii Twin Peaks, to zauważymy, że mimo ogromnego zła czającego się w tle, najbardziej przerażające są te małe dramaty, które dotykają zwykłych ludzi. Martwe małżeństwo Catherine i Pete'a, smutna historia Josie Packard, czy w końcu Leo maltretujący Shelly Johnson. Te wszystkie ludzkie problemy sprawiały, że świat, mimo swojej tajemniczości, był nieprzyjemnie znajomy.

Bardzo brakuje tego w nowej serii, która od kilku miesięcy szokuje nas swoją odważną formą.

Twórcy bardzo wiele czasu poświęcają bohaterom, którzy pojawiali się przed dwudziestoma laty. Dodatkowo wplatają nowe postacie, ale mam poczucie, że przez ten rozmach zapomnieli nadać im głębię i przedstawić ich z bardziej ludzkiej strony.

Tym większą radość budzi fakt, że w dziesiątym odcinku zobaczyliśmy część bohaterów w odrobinę bardziej ludzkich sytuacjach. Albert Rosenfield prawdopodobnie odnalazł bratnią duszę, a Cooper/Dougie Jones i jego żona wyjątkowo zbliżyli się do siebie. Jak na warunki, które stawia widzom David Lynch, to i tak bardzo wiele.

Momentem, który poruszył mnie najbardziej, była wizyta Richarda Horne'a u babci.

Żadna scena nie wzbudziła we mnie tyle napięcia. Emocje rozsadzały kadry, a między bohaterami niewyobrażalnie iskrzyło. Całość podlana była jeszcze wyjątkowo przykrą bezradnością niepełnosprawnego Johnny'ego Horne'a.

Nawet ta przemoc, która pojawiła się, gdy Richard postanowił okraść swoją babkę, była znacznie mroczniejsza, niż zdehumanizowane, tajemnicze zniknięcia, zmiażdżone i wybebeszone zwłoki. Znacznie mocniej oddziałuje to, co człowiek może uczynić innej istocie ludzkiej, niż niezidentyfikowane zło. Przyznam, że nawet brutalność doppelgangera wydaje się tu tylko igraszką, a wiemy przecież, że ten ostatni ma na sumieniu niemałe grzechy.

Tym bardziej podobają mi się wszystkie elementy, które zbliżają go korzeni serii. Oczywiście rozumiem i bardzo szanuję decyzję o zbudowaniu serialu na nowo. Problem tylko polega tym, że nie jestem jedynym malkontentem.  W komentarzach często piszecie, że rozczarował was styl i poziom absurdu serwowany w nowej serii. Nie jestem tym zaskoczony, bo niekoniecznie trzeba lubić i na każdym kroku wychwalać dzisiejszy styl Lyncha - co wam, czytelnikom, również czasem się zdarza.

Dziesiąty odcinek Twin Peaks dobitnie wskazał, że jest w stanie wykrzesać z postaci znacznie więcej i nie sprowadzać ich do kilku prostych atrybutów.

Oczywiście nie jest to zasługa tylko ostatniej części. Fundament pod najmocniejsze sceny został położony znacznie wcześniej. Kiedy widzimy jak Steven Burnett bije swoją żonę i słyszymy argumenty, których używa, to naszym oczom ukazuje się piękna scena, gdy Becky odlatuje po narkotykowym strzale. Wtedy wyglądała na szczęśliwą, a teraz jest katowana tak samo jak jej matka przed laty. Te kilka minut z bohaterami buduje wieź znacznie silniejszą, niż ta, którą widz może darzyć Gordona Cole'a. Chociaż z tym ostatnim spędziliśmy nieporównywalnie więcej czasu, to co tak naprawdę o nim wiemy?

Jesteśmy za połową sezonu i już niedługo przyjdzie czas na podsumowanie całego widowiska.

Wszystko to prowadzi mnie do wniosku, że pomimo świetnego rozpoczęcia i dużych nadziei, które rozbudził Lynch, ostatecznie serial rozmienia się na drobne i nie pozostawia widzowi wiele więcej poza radością z formy. Przed nami jeszcze osiem odcinków i mam nadzieję, że przekreślą one wszystko to, co tutaj napisałem.