1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy
  4. Gry

Resident Evil: Vendetta zaczął się świetnie, ale skończył koszmarnie - recenzja Spider's Web

Oczy miałem jak spodki. Chciałem wyć z radości. Nie mogłem uwierzyć, że pełnometrażowa animacja Resident Evil: Vendetta jest AŻ TAK DOBRA. Film robi kapitalne pierwsze wrażenie. Niestety, potem jest ostry zjazd w dół.

Recenzja Resident Evil: Vendetta - 15 minut zachwytu, potem płacz i złość

Trudno jednoznacznie powiedzieć, czym dzisiaj jest Resident Evil. Z jednej strony to horror, który opiera się na ponurych zabytkowych willach, żywych trupach, poczuciu izolacji oraz przytłaczającej atmosferze. Z drugiej strony to akcja, strzelaniny, a nawet wybuchy. Wszystko to idealnie połączyła Vendetta, dając fanom niesamowitą, powalającą wręcz sekwencję początkową.

Początek Resident Evil: Vendetta jest tak dobry, że atmosfery mogą pozazdrościć nawet producenci gry.

Chris Redfield, znany fanom bohater doświadczony w walce z zombie oraz biologicznymi zagrożeniami, ląduje wraz z oddziałem szturmowym gdzieś w Meksyku. Razem z grupą bojową mężczyzna infiltruje wielką i ponurą willę (a jakże), w której napotyka na przerażające żywe trupy (a jakże!). Ten motyw był powielany już dziesiątki razy. Zarówno w grach, jak również filmach i komiksach. Jednak nigdy, naprawdę nigdy wcześniej nie zostało to zrealizowane aż tak dobrze. Twórcy animacji znaleźli idealny balans między horrorem oraz akcją. Po prostu 10 na 10.

Niestety, po scenie otwarcia Resident Evil: Vendetta radykalnie zmienia tempo oraz stylistykę. Konflikt bohaterów ze złymi organizacjami tworzącymi śmiertelne wirusy staje się globalny. Akcja zaczyna galopować do przodu, a widz zostaje podróżnikiem ledwo nadążającym za umięśnionym Chrisem, emocjonalnie niedorozwiniętym Leonem oraz odkurzoną Rebeccą Chambers, która nie pojawiła się w serii od wielu, wielu lat.

Eksploracja przerażającej willi zamienia się w wojnę totalną na ulicach wielkiego miasta, z wykorzystaniem motocykli, pojazdów opancerzonych, bojowych samolotów, bomb oraz ciężkich karabinów. Vendetta staje się, niczym Resident Evil 6, tworem przepełnionym akcją, który jest jednak pusty w środku. Jeden wybuch goni drugi, ale niewiele z tego wynika. Do tego liczba niepoważnych, idiotycznych, całkowicie odrealnionym scen zaczyna rosnąć w zastraszającym tempie.

W końcowej fazie Resident Evil: Vendetta zamienia się w parodię dobrego horroru na licencji gry.

Przykładowo, pędzący na motorze Leon nie widzi nic złego w tym, że, na skutek jego pościgu za zmutowanym czworonogiem, samochody dwóch, zupełnie niewinnych kierowców uczestniczących w ruchu drogowym, najpierw stają w ogniu, a zaraz potem wybuchają. To jednak nic w porównaniu do nowej bohaterki-snajperki, która korzysta z futurystycznego karabinu wyborowego. Jego siła rażenia jest tak duża, że pocisk przebijający zombie trafia następnie w TRZY NOWOJORSKIE WIEŻOWCE i powoduje ich zawalenie.

Co za bzdura! Co za idiotyzm! Ataki z 11 września to pikuś przy destrukcji w wykonaniu „dobrych” bohaterów. Oczywiście marka Resident Evil nigdy nie miała być realistyczna. Jest jednak różnica między działaniem w obrębie pewnej naiwności, a powodowaniem katastrof znacznie gorszych niż to, czego dokonują leniwie wałęsające się żywe trupy. Po przekroczeniu pewnej umownej linii poziom idiotyzmów po prostu zaczyna drażnić. Tak jest w tym przypadku.

Twórcy Vendetty niszczą fundamentalne zasady, na których opiera się Resident Evil. W tej serii człowiek zamieniony w zombie zostaje żywym trupem bezpowrotnie. Jego tkanki obumierają, a nosiciel wirusa przechodzi okrutną, przerażającą metamorfozę. Resident Evil: Vendetta brutalnie łamie tą zasadę. Bohaterowie znajdują sposób na cofnięcie efektu nowego wirusa, z powodzeniem zamieniając zombie w żywych ludzi. Jestem ciekaw, jak musi czuć się taki przywrócony do zmysłów człowiek, gdy chwilę temu rozszarpywał zębami swoich najbliższych.

Resident Evil: Vendetta mógł być najlepszym filmem w dziejach tej marki.

Niestety, po kapitalnym początku zaczęły dziać się bardzo, bardzo złe rzeczy. Tytuł powiela stereotypowe,  przewidywalne role "wielkiego maczo" oraz "damy w opałach", którą koniecznie trzeba uratować. Japońskie niedorzeczności scenariuszowe oraz nadmierna fantazja producentów zepsuły niesamowity efekt, który animacja wypracowała podczas pierwszych kilkunastu minut. Wielka szkoda. Gdyby było inaczej, Vendetta mogłaby być podawana za wzór dla wszystkich biorących się za filmowe projekty na licencjach gier wideo.

Ode mnie pięć zombie na dziesięć infekcji.