1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Trudno kazać Kevinowi Smithowi robić cokolwiek. Mógłby jednak przestać już eksperymentować

Kilroy Was Here

Kevin Smith to jeden z moich ukochanych filmowców, z bardzo wielu różnych względów. Ostatnie jego filmy są jednak – przynajmniej dla mnie – wręcz nieoglądalne. Sztuka, artyzm, chęć zmian czy… wypalenie?

Kevin Smith to scenarzysta i reżyser jedyny w swoim rodzaju. Nikt, tak jak on, nie pisze tak dobrych i zabawnych dialogów. Nikt, tak jak on, nie łączy kloacznego, wulgarnego humoru z wzruszającymi monologami i oryginalnymi, poruszającymi zakończeniami.

Nie jestem pewien jak to Smithowi się udaje, bo – jak sam przyznaje – jedyne co umie, to pisać dobre dialogi. Tymczasem jego filmy, choć zazwyczaj niskobudżetowe, są świetnie nakręcone, mają idealną dynamikę. I choć wypełnione żartami o spermie, penisach, kupie, są cholernie inteligentne.

Smithowi woda sodowa do głowy nie uderzyła w zasadzie nigdy. Nigdy nie stał się częścią Hollywood, choć nie miał też nigdy problemu z przyciąganiem do swoich dzieł znanych nazwisk. Najczęściej w rolach drugoplanowych, bo przecież – jak twierdzi Smith – „robi filmy, by porobić coś fajnego z kolegami”. Często tymi samymi, co wystąpili w Clerks – Sprzedawcy, jego pierwszej produkcji o zawrotnym budżecie niecałych 30 tys. dolarów.

Smith jest artystą, więc zaczął eksplorować. I podąża w sobie tylko zrozumiałym kierunku.

Nie licząc przeuroczej komedii romantycznej Dziewczyna z Jersey oraz bycia współautorem wybranych dialogów w znakomitej Szklanej Pułapce 4.0 Kevin Smith trzymał się bezpiecznych dla siebie tematów. Czyli (pozornie) debilnych komedii pokroju Szczurów w supermarkecie, Dogmy czy Jay i Cichy Bob Kontratakuje.

Z czasem jednak wyraźnie zaczęło go męczyć stworzone przez niego uniwersum View Askewniverse (prawie wszystkie jego filmy – choć fabularnie niezwiązane - mają wspólnych bohaterów, w każdym występuje duet Jay (Jason Mewes) i Cichy Bob (Kevin Smith)).

Pożegnał się więc z nim wyjątkowo stosownie kręcąc sequel swojego pierwszego filmu w karierze Clerks – Sprzedawcy II wyszli wspaniale) i spróbował zacząć robić filmy „dla Hollywood”. Efektem tego były niezłe Zack i Miri kręcą porno oraz nużące, choć z gwiazdorską obsadą, Fujary na tropie.

Smith zaczął też coraz częściej występować na scenie w roli standupera, a nowo odkryta przez niego używka jaką jest marihuana zaowocowała uwielbieniem do siedzenia przy mikrofonie i nawijania w przeróżnych podcastach, które współtworzy. Tak, sposobem na zabawę dla tego Znanego na Świecie i Cenionego Zamożnego Reżysera i Scenarzystę jest siedzenie przy kompie i mikrofonie, jaranie trawki i opowiadanie za darmo śmiesznych głupot.

Kevin Smith bez wątpienia jest jednak artystą. A ten usycha bez tworzenia kolejnych rzeczy.

Hollywood Smitha zupełnie nie zainteresował. Reżyser postanowił więc posłuchać sam siebie i tego, co mówił. A więc że nie ma złych filmów, to elementy wyrażania samego siebie. I, pisząc delikatnie, popłynął. Zaczęło się całkiem nieźle, nakręcony przez niego horror Czerwony stan był oryginalny i przejmujący.

Następne jego filmy to już jednak produkcje, dyplomatycznie rzecz ujmując, eksperymentalne. I choć nie brakuje w nich takich gwiazd jak znakomity Johny Depp, są tak "oryginalne", że oglądać się ich nie da.

Weźmy na przykład Kła, czyli absurdalny horror o szaleńcu który więzi głównego bohatera celem fizycznego przerobienia go na… morsa. Albo Yoga Hosers o parze nastolatek dorabiających w sklepie spożywczym, które na skutek… prawdę powiedziawszy już nie pamiętam czego i chyba nie chcę pamiętać, muszą walczyć o życie ze zmutowanymi nazistowskimi kiełbaskami. Zresztą, zobaczcie sami:

Teraz media rozpisują się o Kilroy Was Here, nowym filmie Smitha. Mimo że jestem fanem twórczości Smitha, zupełnie mnie te zapowiedzi nie obchodzą.

Przez wiele lat słuchałem standupów Smitha, w których powtarzał, że nie ma złych filmów, a co najwyżej są takie, które nam się nie podobają. Że filmy to forma ekspresji ich twórców i to dla nich są przede wszystkim kręcone. Biłem brawo w myślach, a teraz stoję w konflikcie sam ze sobą. Bo ostatnie filmy reżysera są po prostu fatalne (choć kolega Tomek jest fanem Kła, a więc są i tacy…). Yoga Hosers obejrzałem do końca z fanowskiej przyzwoitości. Miałem wielką ochotę ten film wyłączyć już w połowie.

Teraz Smith jest w trakcie kręcenia kolejnego porąbanego horroru z klimatów Kła i Yoga Hosers. Ten nosi tytuł Kilroy Was Here. Będzie dużo absurdu i dużo gumowego potwora. To będzie też pierwszy autorski film Smitha, w którym nie pisze sam scenariusza (współautorem jest Andrew McElfresh).

Nie ma złych filmów? No może i nie ma. Smutno mi jednak, że jako fan Smitha i osoba która wyciągnęła niemało mądrości życiowych z jego głupich komedyjek, zupełnie nie potrafię się tą produkcją zainteresować. Jeżeli spodobał ci się Yoga Hosers to, po pierwsze, bardzo chcę cię poznać i zadać pytanie „dlaczego?!”, a po drugie na pewno się ucieszysz z Kilroy Was Here. Może nawet napiszesz na Spider’s Web gościnną recenzję? Bo ja chyba nie zdecyduję się, by to obejrzeć.

Szkoda…