1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale
  4. Filmy

Najbardziej niepotrzebne nowe wersje filmów [TOP 8]

Hollywood i popkultura w ogóle zbudowane są na powtórzeniach. Nie ma w tym nic złego. W twórczym recyklingu znanych już motywów również. Niestety ostatnio coraz bardziej nasila się fala nic nie wnoszących i w zasadzie niepotrzebnych remake’ów oraz aktorskich wersji znanych bajek. I choć trafiają się wyjątki (aktorska Księga Dżungli z 2016 roku to prawdziwy majstersztyk), to jednak kolejnych remake'ów przybywa. Niestety... Poniżej zebrałem te najbardziej moim zdaniem zbędne.

Najbardziej niepotrzebne nowe wersje filmów [TOP 8]

Godzilla z 1998 roku

Dorastanie w czasach, gdy Hollywood nie potrafiło szanować znanych marek (tym bardziej tych z zagranicy) i nie liczyło się za bardzo ze zdaniem fanów nie było łatwe dla młodego kinomana. Jasne, studia Fabryki Snów po dziś dzień dwoją się i troją by zarobić jak najwięcej pieniędzy, ale wydaje mi się, że dziś mimo wszystko podchodzi się do dóbr popkultury z pewnym szacunkiem oraz o wiele lepiej wsłuchuje się w to, co chcą oglądać fani. Dużą w tym rolę odgrywa oczywiście internet, który zniwelował barierę komunikacyjną pomiędzy twórcami a widownią. Pomaga też fakt, że coraz więcej filmów trafia w ręce pasjonatów popkultury, a nie tylko rzemieślników z zacięciem biznesowym.

A tak było jeszcze u schyłku lat 90., kiedy to powstała filmowa abominacja, jaką bez wątpienia jest "Godzilla" Rolanda Emmericha. Film posiada wszystkie najgorsze cechy jakie może mieć przesycone komercją widowisko. Głupi scenariusz, źle dobranych i poprowadzonych aktorów, zero napięcia i choćby najmniejszych prób by zaangażować widza. Emmerich dostarczył jedyne co potrafi, czyli bezmyślną rozwałkę bez najmniejszego szacunku dla oryginału, na którym poniekąd się opierał. Fakt, że Godzilla musiała oczywiście nawiedzić Nowy Jork oraz potworny utwór Puffa Daddy’ego zbudowany wokół zsamplowanego riffu Kashmiru Zeppelinów pominę milczeniem.

Gracepoint z 2014 roku

"Gracepoint" nie był złym serialem, ale pokazał to, czego najbardziej nie znoszę w Amerykanach, czyli ignorancję połączoną z poczuciem wyższości bądź jak kto woli, wrażeniem, że "my zrobimy to lepiej". 10-odcinkowy "Gracepoint" to dramat kryminalny, którego fabuła opowiada o dwójce detektywów próbujących rozwikłać zagadkę morderstwa małego chłopca w niewielkim amerykańskim miasteczku. Sęk w tym, że "Gracepoint" jest dość wiernym remakiem brytyjskiego serialu "Broadchurch". Serialu o wiele lepszego, bardziej przemyślanego, wciągającego, no i przede wszystkim oryginalnego.

"Gracepoint" wydaje się, że powstało głównie na bazie sukcesu oryginału BBC, tyle że amerykańscy producenci uznali, że nie ma co promować/kupować serii z Brytolami w USA, skoro można zrobić "swojską" wersję. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że główną rolę i tak powierzyli Brytolowi, co więcej był nim David Tennant, który... powtórzył swoją kreację z "Broadchurch" (zagrał praktycznie tę samą postać)... A, i warto nadmienić, że "Gracepoint" powstało zaledwie rok po premierze oryginału... Jeden z najdziwniejszych i najbardziej bezsensownych przypadków remake'u jaki znam...

Psychol z 1998 roku

Do dziś nie rozumiem po co w ogóle powstał ten film. Niewolniczo identyczny remake "Psychozy" był potrzebny do szczęścia kinomanom tak samo jak podwyżki cen biletów do kina. Ale Gus Van Sant uparł się i całą swoją miłość do arcydzieła Hitchcocka przelał na taśmę filmową, tworząc jeden z najbardziej bezsensownych remake’ów w historii kina. Jest to odtworzenie, niemalże klatka po klatce, oryginału, z tą różnicą, że mamy współczesnych aktorów i oglądamy to w kolorze. Nadal jednak mam problem z uzasadnieniem istnienia tego tworu. W dodatku reżyser, tak skupiony na wiernej replikacji scen z "Psychozy", zagubił gdzieś w tym wszystkim emocje, ducha, suspens. Ogląda się to wszystko beznamiętnie, jak film zrobiony przez robota, co przy okazji pokazuje bezsens tego typu przedsięwzięć.

Planeta Małp z 2001 roku

Oryginalna "Planeta Małp" to jeden z moich ulubionych filmów. Jego najnowsza inkarnacja (ze zbliżającą się "Wojną o Planetę Małp" na czele) z miejsca stała się jedną z najlepszych i najciekawszych serii filmowych kina rozrywkowego. Natomiast zanim doszliśmy do tego punktu, na początku XXI wieku swoje 3 grosze postanowił wtrącić Tim Burton. I jako jego fan, sam byłem potwornie zdziwiony tym, jak słaby film wyszedł z jego wersji "Planety Małp". Po pierwsze, produkcja nie miała kompletnie nic wspólnego ze stylistyką z jakiej jest znany Burton. To po prostu najzwyklejsze w świecie widowisko (które notabene bardzo szybko się zestarzało). Od człowieka, który film o Batmanie zrobił po swojemu oczekiwałem o wiele więcej.

Tymczasem "Planeta Małp" od Tima Burtona to remake, który szkaluje dobre imię pierwowzoru i w ogóle nie powinien powstać. Poza świetnymi kostiumami i charakteryzacją, naprawdę ciężko się to ogląda. Film jest przede wszystkim nudny, przewidywalny, chwilami niezamierzenie zabawny. W sumie to można się na nim względnie dobrze bawić jeśli uznamy go za niezobowiązujący film klasy B (obecność drewnianego Marka Wahlberga tylko w tym pomaga). A samo zakończenie za każdym razem sprawia, że wybucham niepowstrzymanym śmiechem. Mimo wszystko, nie na taki remake zasługiwała ta seria. Ale dobrze, że jej reboot ratuje dobre imię.

Ben-Hur z 2016 roku

Sensu powstania tego filmu kompletnie nie potrafię sobie nawet wyobrazić. Kto przy zdrowych zmysłach sięga po żelazną klasykę kina, film nagrodzony rekordową ilością Oscarów i próbuje go raz jeszcze opowiedzieć w 2016 roku? Po co? Czy świat potrzebował Ben-Hura? Oczywiście, że nie. Tym bardziej, gdy ów remake jest fatalnie i nieporadnie zrobiony oraz słabo zagrany przez aktora bez żadnej charyzmy. I pomijam już nawet fakt, iż moda na tzw. filmy sandałowe, bądź jak kto woli kostiumowe widowiska historyczne, dawno minęła.

Naprawdę szalenie zdziwiło mnie to, że studio było w stanie wydać na coś takiego ponad 100 milionów dolarów. Klęska finansowa i artystyczna była oczywista dla wszystkich innych, ale wkrótce stała się faktem i dołączyła do największych porażek ostatnich lat. Niektórzy ludzie w Hollywood chyba nigdy się nie nauczą...

Piękna i bestia z 2017 roku

Nie jest to może totalnie zły film, a jego wynik finansowy (ponad milliard dolarów na całym świecie) pokazuje, że ludzie chcieli go obejrzeć, natomiast ja nie widzę żadnego solidnego uzasadnienia jego powstania. Animowany pierwowzór Disneya to arcydzieło, film odznaczający się przepiękną kreską, wręcz malarski od strony wizualnej. Wersja aktorska jest za to niczym więcej niż... wersją aktorską owej animacji. Nie wnosi kompletnie nic nowego poza wiernym, raczej odtwórczym odtworzeniem scen z bajki. Scenografia, kostiumy oraz kreacje aktorskie potrafią nacieszyć oko (choć szczerze, Emma Watson niezbyt pasuje mi do Belli), ale to mimo wszystko za mało.

Ghost in the Shell z 2017 roku

W kategorii "najbardziej niepotrzebny remake", "Ghost in the Shell" Ruperta Sandersa zajmuje dość wysoką pozycję. Nie ukrywam, że nawet dobrze oglądało mi się filmową wersję klasycznej anime, a Scarlett Johansson kompletnie nie przeszkadzała mi jako "wybielona" wersja Motoko. Problem miałem natomiast z tym, że aktorka po raz kolejny gra tą samą postać co w "Lucy" czy w całym MCU (Czarna Wdowa). Zresztą, najbardziej rasistowskim ruchem twórców nie okazało się wybielenie postaci Motoko, tylko jego fabularne uzasadnienie, wedle którego postać ta była w oryginalne Japonką, tyle że po śmierci przeniesiono jej ducha do ciała białej (w domyśle lepszej) kobiety.

Abstrahując jednak od tej tematyki, jako film akcji, "Ghost in the Shell", dla widza nieznającego pierwowzoru, sprawuje się dobrze. Jest przepiękny wizualnie, potrafi wciągnąć i zainteresować. Niestety, znając oryginał zobaczymy, że z jednej strony jest to niczym więcej poza bezmyślną kalką licznych scen, a z drugiej mocne spłycenie całej historii, która straciła przez to swój oryginalny sens i filozoficzną głębię.

Karate Kid z 2010 roku

Poprawna politycznie wersja "Karate Kid" z Jaydenem Smithem, który parę lat temu usilnie promowany był na gwiazdę co najmniej pokroju swego ojca (na szczęście okazało się to bezskuteczne). Przede wszystkim, zasada numer jeden – nie widzę kompletnie żadnego sensu tworzenia remake’u filmu, który jest ponadczasowy. "Karate Kid" nie jest może arcydziełem, ale jest na tyle uniwersalny, że nie czuć iż przynależy do lat 80. Dziś ogląda się go równie dobrze jak kiedyś. Czy więc nowa wersja wniosła cokolwiek? No, poniekąd. Akcja tym razem przeniosła się do Chin, a głównym bohaterem jest czarnoskóry 12-latek. Znak czasu. Najbardziej jednak uwiera mnie to, że tym razem, nasz protagonista w ogóle nie trenuje karate, a kung-fu... Także w kategorii "najbardziej bezsensowny tytuł" nagroda wędruje do...