Muzyka  /  Top

Wirtuozi i wymiatacze. Najlepsi gitarzyści w historii rocka [TOP 10]

Picture of the author

Z okazji 50-lecia wydania debiutanckiej płyty Jimi’ego Hendrixa, postanowiłem zebrać najlepszych znanych mi gitarzystów w jednym, mocno subiektywnym podsumowaniu.

Samego Hendrixa wyłączam z tego zestawienia, ciężko bowiem w ogóle porównywać z nim kogokolwiek. W mojej recenzji płyty "Are You Experienced" wystarczająco wydaje mi się uzasadniłem jego wielkość.

Steve Vai

Moim zdaniem najlepszy żyjący gitarzysta i absolutna czołówka wszech czasów. Wirtuoz i showman w jednym. Jego koncerty to istny festiwal muzycznych fajerwerków dający nieziemskich wrażeń dźwiękowych i wizualnych, przy których bledną nawet najbardziej bombastyczne show gwiazd popu. Już samo patrzenie na to co Vai wyprawia z gitarą w swoich rękach jest w stanie doprowadzić do oczopląsu. Ale przede wszystkim Vai, poza niewiarygodną techniką i szybkością, nie zaniedbuje też melodii, spójnych kompozycji, a jego piękny, szalony umysł kreuje muzyczne światy żeniące ze sobą rocka, jazz, psychodelę, ambient. Ale pomimo tej całej technicznej ekwilibrystyki jego utwory są niesamowicie przystępne i nie przytłaczają słuchacza.

Jimmy Page

O wielkości Page’a najlepiej świadczy jego muzyka. Riffy i solówki, które zrodziły się pod jego palcami ciągle fascynują kolejne pokolenia i cały czas opierają się mijającemu czasowi. Jeśli uznamy, że na miejscu jest stosowanie nomenklatury sakralnej w przypadku gitarzystów, to Jimmy Page jest bez wątpienia bogiem i najlepiej tą boskość ucieleśnia. To on na dobre ukształtował współczesnego rocka i ciągle nie znalazł się nikt, kto wykonałby większy krok w rozwoju tego gatunku.

Eddie Van Halen

Eddie Van Halen to chyba jedyny geniusz-wirtuoz gitary, który stał się prawdziwą gwiazdą pop i przedstawił masowej publiczności "strunowe wymiatanie". Jego styl gry, łączący popową melodykę z jazzową improwizacją i luzacką nonszalancją jest jedyny w swoim rodzaju. W dodatku udało mu się wypromować nowatorskie metody grania (tapping), stając się przy okazji muzycznym symbolem lat 80.

John Petrucci

Jeden z największych żyjących muzycznych wirtuozów. Rockowy odpowiednik Mozarta i Chopina w jednym. W odróżnieniu od wielu innych "wymiataczy", w jego muzyce znajdziemy nie tylko technikę na najwyższym możliwym poziomie (jest niewiarygodnie szybki), ale też duszę. Petrucci czerpie całymi garściami z historii muzyki – od korzeni hard rocka i heavy metalu, po bluesa, soul, pop. Jest też fantastycznym kompozytorem, równie dobrze sprawdzającym się w monumentalnych kilkunastominutowych dziełach, jak i prostych, krótkich i pięknych balladach oraz rockowych petardach.

Chuck Berry

Zmarły niedawno Chuck Berry to monolit. Ojciec wszystkich gitarzystów. Nauczyciel kolejnych pokoleń. Parafrazując Biblię - na początku był Chuck Berry. Niewielu było równie wpływowych instrumentalistów w XX wieku. Berry zrewolucjonizował nie tylko samą technikę grania, ale też i samo postrzeganie gitary. Jako pierwszy sprawił, że instrument ten stał się cool. Dowodem na to niech będzie choćby jedna z najbardziej kultowych scen w historii kina, czyli końcówka "Powrotu do przyszłości", w której to Marty McFly odgrywa na balu maturalnym Johnny B. Goode Berry’ego. Utwór, od którego narodziła się nowoczesna muzyka pop.

Robert Johnson

Jeśli Chuck Berry jest ojcem rocka, to Robert Johnson jest dziadkiem, i to nie tylko rocka, ale też i bluesa, R n B czy wręcz całej współczesnej muzyki rozrywkowej. To na jego grze wyrośli Keith Richards czy Eric Clapton. Rozpowszechnił  on slide’y gitarowe i przede wszystkim potrafił zawrzeć w swoich melodiach niespotykane gamy emocji (jego gitara dosłownie łkała pod jego palcami). Zmarł przedwcześnie (należy do niechlubnego "klubu" artystów, którzy odeszli w wieku 27 lat), ale zostawił po sobie dziedzictwo, które po dziś dzień stanowi fundament dla wszystkich gitarzystów.

Tom Morello

Każda kolejna dekada przynosiła nam proporcjonalnie coraz mniej przełomowych postaci gitarzystów. W latach 90., na szczęście pojawił się Tom Morello. To jego nowatorski styl gry na gitarze oraz genialne riffy stanowiły główny wyróżnik, który sprawił, że Rage Against the Machine wypłynęło w czasach, gdy muzyka rockowa powoli spadała z list przebojów. Mało który gitarzysta potrafił w tak skuteczny i atrakcyjny dla słuchacza sposób połączyć tradycję rocka z nowoczesnymi wpływami. Jego znakomite frazowanie, gitarowe skreczowanie oraz fantastyczna rytmika zmiksowane z ciekawymi pomysłami kompozycyjnymi w swoich czasach było potężnym uderzeniem, które namieszało co nieco na muzycznej scenie.

Anthony Philips

Jeden z oryginalnych członków Genesis, to jeden z najbardziej niedocenianych gitarzystów wszech czasów, moim skromnym zdaniem. Nie jest on może królem wirtuozerskich solówek, ale jego mistrzostwo przejawia się w niezwykłych, magicznych i rozbudowanych kompozycjach, bazujących na imponujących harmoniach akordów, które sprawiały wrażenie jakby dźwięki, które generuje otaczają słuchacza z każdej możliwej strony.

David Gilmour

Pozornie Gilmour nie robi może aż takiego wrażenia jak pozostali w tym zestawieniu, ale trudno przejść obojętnie nad jego umiejętnościami kompozycyjnymi i budowaniem przepięknych melodii. Zakorzenione w bluesie i soulu solówki przyprawiają o dreszcze i przenoszą słuchacza do innej krainy pełnej delikatności, emocji, czasem smutku, czasem radości.

Tosin Abasi

Nigeryjsko-amerykański gitarzysta Animals as Leaders to istna maszyna. Jego precyzja, skupienie i niewiarygodna technika sprawiają, że słuchając jego kompozycji i patrząc na to jak gra, przyprawia o zawroty głowy. Uwielbiam surowość jego grania, ale też i fakt, że nie ucieka od melodii, co jakiś czas wplatając je pomiędzy swoje karkołomne muzyczne piruety na "wiośle".

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst