1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Jest nowy singiel Depeche Mode. Niestety zawodzi na całej linii

Jest nowy singiel Depeche Mode. Niestety zawodzi na całej linii
824 interakcji
dołącz do dyskusji

Długie 4 lata kazali na siebie czekać panowie z Depeche Mode. Oczekiwania były wielkie, bo sami artyści w rozlicznych wywiadach podkręcali atmosferę opowiadając, że idzie najważniejszy od lat album.

Po pierwszym singlu "Where’s the Revolution" niestety śmiem wątpić w obiecanki panów z Depeche Mode.

Nie będę ukrywał - Depeche Mode to jedna z tych kapel, na których się wychowałem. Albumy: "Music for the Masses" (1987), "Violator" (1990), "Songs of Faith and Devotion" (1993) i "Ultra" (1997) należą do najważniejszych płyt mojego życia. Depeszów lubiłem głównie za niesamowicie nowoczesne aranżacje, które o tyle wyprzedzały branżę, co nadawały ton rozwoju brzmienia. No i za niesamowite zdolności wokalno-melodyczne wokalisty Dave’a Gahana.

Artystyczny szczyt Depeche Mode przypadł na lata, w których Gahan otarł się o śmierć. Muzyka ćpał i pił na umór, z krótkimi przerwami na sesje nagraniowe do kolejnych albumów. I tak to już często bywa z wybitnymi artystami, że gdy wyjdą z kłopotów, gdy ustatkują siebie i swoje życie, mija im największa wena.

Z przykrością od lat obserwuję, co dzieje się z Depeche Mode.

Kolejne albumy w XXI w. to pogorszenie nie tylko jakości, ale także brak rozwoju, poszukiwania nowych brzmień, wychodzenia poza utarte przez siebie muzyczne szlaki. O ile "Exciter" (2001) jeszcze przynosił kilka mocnych punktów, to kolejne "Playing the Angel" (2005), "Sounds of the Universe" (2009), a w szczególności "Delta Machine" (2013) były artystycznymi kpinami.

I boję się, że nowy album "Spirit", który pojawi się na rynku 17 marca 2017 r., nic nie zmieni

Singiel "Where’s the Revolution" to odgrzewany kotlet. Podobny do setek wcześniejszych kawałków Depeche Mode pod kątem aranżacyjnym, jak również melodycznym.

Nie ma w nim dosłownie nic, czego nie znalibyśmy wcześniej. A co najgorsze - nie ma żadnych nowych muzycznych smaczków, pomysłów, z których korzystaliby później inni artyści. Owszem, jest bardziej elektronicznie, co rzeczywiście szef kapeli Martin Gore zapowiadał, ale nic ta zmiana nie przynosi. Brzmienie jest odtwórcze, bierne, statyczne.

Linia melodyczna Gahana na siłę próbuje powtórzyć patent znany chociażby z "I Feel You", gdzie refren ma być przyczynkiem do chóralnych śpiewów widowni.

To wszystko brzmi jak pójście na łatwiznę, korzystanie z tych samych rozwiązań, które znamy od lat. Nic tu się nowego nie dzieje, nic, co dawałoby nadzieję na progres, na rozwój, na nowe artystyczne doznania.

Jeśli tak ma brzmieć cała nowa płyta, to może lepiej by było, gdyby w ogóle się nie pojawiła.