1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Powrót do korzeni. Korn "The Serenity of Suffering", recenzja sPlay

Najnowsza płyta Korna udowania, że grupa powróciła na właściwe muzyczne tory. "The Serenity of Suffering" to ich najcięższy i najbardziej surowy album od lat, wyraźnie nawiązujący brzmienowo do czasów „Follow the Leader”.

Korn "The Serenity of Suffering", Powrót do korzeni - recenzja

No wreszcie! Wprawdzie wielkim fanem Korna, ani tym bardziej nu-metalu nigdy nie byłem, ale pośród wszystkich para-metalowych zespołów działających na przełomie XX i XXI wieku, Korna jeszcze jako tako ceniłem. "Follow the Leader", "Issues" i "Untouchables" to całkiem udane i nowoczesne metalowe płyty. Z jednej strony surowe i piekielnie ciężkie, a z drugiej kapitalnie wyprodukowane. Dodatkowo Korn zawsze miał u mnie szczególnego plusa za to, że pośród setek tysięcy zespołów potrafił stworzyć swoje własne, oryginalne i charakterystyczne brzmienie. Zaniżone, przesterowane basy oraz równie posępne i przygniatające gitarowe riffy potrafią całkiem solidnie zakołysać.

Ostatnia dekada była jednak ciężkim czasem dla fanów grupy.

Ich kolejne albumy grzęzły w dziwacznych pomysłach producenckich, wcześniejsze hip-hopowe konotacje zamieniając na coraz to ładniejsze melodie, nadmiar elektroniki i w końcu, o zgrozo, sam dubstep. W ten nieudolny sposób Korn starał się nadążać za trendami, staczając się jednak coraz bardziej w stronę swojej własnej parodii.

korn_the_serenity_of_suffering_okladka

Ale w końcu udało im się otrząsnąć i w 2013 roku album "Paradigm Shift" można było uznać za pierwszą jaskółkę tego, że stary Korn powoli wraca do życia. "The Serenity of Suffering" dowodzi, że można tak uznać ze 100% pewnością. Daje nam o tym dobitnie znać już otwierający album kawałek o wymownym tytule Insane.

Po króciutkim intro dostajemy pancernie ciężki i niski riff, który z miejsca trzęsie naszymi wnętrznościami.

Nie brakuje growlowych wstawek i zaśpiewów wokalisty rodem z filmów grozy.

Dalej grupa nie zwalnia tempa. Melodiami Korn szafuje tym razem z wyczuciem, nie przesadza. Bardziej skupia się na mrocznym i czarnym jak smoła klimacie całości. Elektronika pojawia się, ale w ilościach śladowych. Całość brzmi dokładnie tak jak Korn z końcówki lat 90.

"The Serenity of Suffering" wydaje się być tym brakującym ogniwem, które grupa straciła na całe lata; zupełnie jakby był to zagubiony w czasie album, który powinien ukazać się po premierze "Issues".

Czy wspominałem już, że album brzmi kapitalnie? Można mówić o Kornie wiele rzeczy, ale nie da się zaprzeczyć, że mało która metalowa grupa ma tak pieczołowicie wyprodukowane płyty. Ciężar całości jest wręcz namacalny. A "The Serenity of Suffering" jest tak ciężkie, że ciężko nazwać ten album w jakimkolwiek stopniu komercyjnym. Wprawdzie przy ciągłym słuchaniu całości płyty gdzieś tak w połowie wdziera się poczucie lekkiej monotonii, gdyż utwory są dość podobne do siebie, ale nie jest to dla mnie wielkim problemem, choć oczywiście większa różnorodność by się przydała. Z drugiej strony, jeśli Korn ma znowu bawić się w takie dziwne eksperymenty jak ostatnimi czasy, to ja już zdecydowanie wolę taką, całkiem udaną, monotonię.