1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Co powiecie na mały chillout? Najlepsze płyty do relaksu na lato i jesień

Każdy z nas potrzebuje czasem chwili wytchnienia i wyluzowania. Mało co pomaga nam osiągnąć wewnętrzną oazę spokoju równie mocno jak muzyka. Przygotowałem więc zestaw najlepszych moim zdaniem płyt i wykonawców (w dużej mierze dalekich od mainstreamowego zgiełku), przy których zrelaksujecie się najłatwiej i najprzyjemniej. Słowem, keep calm and chillout.

Najlepsze płyty chillout na lato i jesień

Sam Cooke "The Best of Sam Cooke"

Zaczynamy od klasyki, a konkretnie od klasyki soulu. Sam Cooke to nie tylko ojciec tego gatunku i jego najwybitniejszy przedstawiciel, ale też jeden z najlepszych (a może i nawet najlepszy) wokalistów w historii. Jego kojąca barwa głosu, która z lekkością pływała po pięciolinii potrafiła wydobyć całą gamę pięknych emocji. Praktycznie cała jego dyskografia jest obowiązkowa, natomiast najłatwiej chyba będzie skupić się na składance jego największych hitów.

De La Soul "Buhloone Mindstate"

W pierwszej połowie lat 90., kiedy hip-hop dopiero powoli stawał się jednym z najpopularniejszych gatunków muzycznych, grupa De La Soul nie tylko należała do jego awangardy, ale też tworzyła najbardziej ambitne dzieła w jego historii. Bogate brzmienia, liczne odwołania do funku i jazzu, kapitalne aranże i imponujące instrumentarium. A przy tym wszystkim, ich muzyka wprawia słuchacza w przyjemny trans i niesie ze sobą masę dźwięków, które jak ulał pasują na letni wypoczynek nad wodą, w hamaku i z drinkiem u boku.

Keiko Matsui "No Borders"

Właściwie każda płyta w niezwykłej dyskografii Keiko Matsui nadaje się na udany chill-out. Ta japońska jazzmanka od lat 80. Dostarcza słuchaczom wodospady pięknych i kojących dźwięków na fortepian i nie tylko. Nikt tak jak ona nie łączy jazzu  z popem, soulem, czasem muzyką rockową czy elektroniczną. Do tego jest jedną z najlepszych żyjących kompozytorek, fantastycznie wplatającą do jazzu elementy typowo japońskich brzmień. Jeśli miałbym wybrać jedną jej płytę, to byłaby to chyba "No Borders", gdyż zawiera ona jeden z najlepszych utworów jakie kiedykolwiek słyszałem, czyli Kappa (Water Elf).

Devin Townsend "Ghost"

Devin Townsend nie jest masowo znany i poniekąd to dobrze, choć też z drugiej strony szkoda, bo jego postać z pewnością zamknęłaby usta wielu narzękającym na słabą kondycję współczesnej muzyki. Devin to geniusz i szaleniec w jednym. Wybitny multiintrumentalista, fantastyczny kompozytor cierpiący chyba na twórczą schizofrenię, gdyż jego dyskografia opiewa zarówno w płyty metalowe, popowe, elektroniczne, rockowe, psychodeliczne, nie ucieka też od... polki czy wodewilu. Koronnym przykładem jego wszechstronności i geniuszu jest płyta "Ghost", łącząca w sobie elementy ambientu, akustyki, delikatnych wokaliz; dająca słuchaczowi poczucie spokoju i relaksu. Poza tym wszystkim, "Ghost" to zwyczajnie świetna płyta pełna wartych posłuchania pięknych utworów.

Gorillaz "Plastic Beach"

Ech... gdyby tylko cały hip-hop brzmiał jak Gorillaz... Jak dla mnie hip-hop jako gatunek nie klasyfikuje się do muzyki. To bardziej współczesna wersja poezji śpiewanej, oparta na rytmie i „pożyczonych” samplach z utworów innych wykonawców. Natomiast Gorillaz jest jedynym znanym mi zespołem, który potrafił sprawić by hip-hop stał się pełnoprawną muzyką, dzięki temu, że ich kawałki opierały się na oryginalnych kompozycjach, żywych instrumentach. Zamiast nagminnego korzystania z sampli, Gorillaz co najwyżej przemycali do swoich utworów muzyczne inspiracje. A na dodatek wychodziły im z tego naprawdę świetne kawałki. Ich trzecia płyta "Plastic Beach" jest najbardziej przystępna, składa się bowiem niemalże z samych hiciorów, mieszających muzykę elektroniczną z popem i trip-hopem. Efekt jest kapitalny, a całej płyty słucha się z czystą przyjemnością.

Air "Moon Safari"

Nie pamiętam żebym kiedykolwiek słuchał płyty, która w bardziej zmysłowy i seksowny sposób wykorzystywałaby kobiecy głos. Dwóch francuskich muzyków otoczyło te piękne wokale niezwykłymi przestrzeniami dźwięku, syntezatorów, żywych instrumentów, odwołując się przy tym do psychodelii lat 60. Wystarczy, że słuchając tej płyty zamkniemy oczy i mentalnie odpływamy do lepszego miejsca.

S.O.S Band "On the Rise"

Cały czas zachodzę w głowę czemu S.O.S Band nie zrobili takiej kariery jak Michael Jackson, Stevie Wonder, Elvis Presley czy inne gwiazdy pop lat 70. i 80. Nikt tak jak oni nie grał R&B! Te kapitalne melodie, fantastyczna rytmika i obłędne linie basu są nie tylko jedyne w swoim rodzaju, ale też piekielnie przebojowe. Właściwie wszystkie ich płyty z przełomu lat 70. i 80. Idealnie nadają się zarówno na imprezę jak i wakacyjny chill-out, ale chyba najlepszą z nich wszystkich jest "On the Rise", z której pochodzi ich jedyny międzynarodowy przebój Just Be Good to Me.

Gramatik "Street Bangerz vol. 2"


Nie mylić z polską rapową grupą. Gramatik to słoweński DJ, który kapitalnie miesza techno, elektronikę z jazzem, soulem i bluesem. Odwołując się do klasyki tworzy nowoczesne perełki, które idealnie nadają się na udany chillout o każej porze dnia i roku.

Boards of Canada "Campfire Headphase"

Boards of Canada nie dostarczają wprawdzie typowego chillu i luzu w swojej muzyce, a przynajmniej nie są tak przystępni i łatwi w odbiorze jak poprzednicy. To dość skompliwana muzyka, oparta na nietypowym metrum, z dość pokrętnymi aranżacjami i ciekawym wykorzystaniem elektroniki. Ale jest w niej coś hipnotyzującego i uspokajającego, co przenosi słuchacza w zupełnie inny wymiar.

Chic "Risque"

Największe gwiazdy funku pod wodzą Nile’a Rodgersa, czyli Chic, który zawojował światowe parkiety dyskotek lat 70. i 80. broni się mocno do dziś. Głównie właśnie ze względu na postać samego Nile’a, którego niezwykły talent do kompozycji hitów muzyki pop, mieszających funk z jazzowymi schematami, okazały się strzałem w dziesiątkę i dały zastępom gwiazd (od Madonny, przez Davida Bowie’ego po Daft Punk) dziesiątki hitów, przy których z miejsca zapominamy o wszystkim wokół i oddajemy się relaksowi.

Moby "Play"

Play ukazał się pod sam koniec XX wieku i z miejsca zachwycił cały świat. Niezwykłość tej płyty polega na tym, że pod względem kompozycji jest ona imponującym osiągnięciem; Moby połączył ze sobą dance, house, bluesa, rock i zmiksował to w elektroniczny majstersztyk, który pomimo rozbudowanej struktury, harmonii, tekstur dźwięku i całej masy muzycznych zabiegów, stworzył album tak niesłychanie lekki i zwyczajnie przyjemny w odsłuchu, że do dziś zastanawiam się jak on to zrobił.