1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Jak to jest z tą nierównością płac w branży filmowej (i nie tylko)?

Jak to jest z nierównością płac w branży filmowej (i nie tylko)?

Czy rzeczywiście kobiety zawsze i wszędzie są „cenione” mniej od mężczyzn? Ostatnio aktorka Robin Wright poruszyła ponownie ten temat w odniesieniu do swojej gaży za serial „House of Cards”, która była wyraźnie mniejsza niż jej ekranowego partnera, czyli Kevina Spacey’ego. Korzystając z okazji, postanowiłem bliżej się przyjrzeć zagadnieniu.

Sednem wypowiedzi Robin Wright był fakt, że jej ekranowa bohaterka, Claire Underwood jest równorzędną i tak samo ważną postacią serialu jak jej mąż, Frank Underwood, grany przez Kevina Spacey’ego. Nawet w pewnym momecnie, Claire stała się bardziej popularna od niego i wysunęła się na pierwszy plan w serialu. A jednak, według raportów, Spacey otrzymywał za każdy odcinek „House of Cards” 500 tysięcy dolarów, podczas gdy Wright dostawała 420 tysiecy dolarów.

Temat równouprawnienia i nierówności płciowych jest na tyle śliski i niebezpieczny, że pewnie tak czy siak, opowiadając się za którąkolwiek ze stron, doczekam się lawin krytyki. Tym niemniej, na wstępie chciałbym zaznaczyć, że uważam się za (rozsądnego) feministę. Co więcej, nie zwracam nadmiernie uwagi na to, czy dana postać jest kobietą czy mężczyzną; gdy widzę film bądź serial, w którym jest albo przewaga kobiet albo mężczyzn nie stanowi to dla mnie problemu, bo przede wszystkim dla mnie istotne jest to, czy dane postaci są interesujące.

Idąc dalej tym tropem, uważam, że każdy powinien otrzymywać taką samą zapłatę za wykonywaną pracę, pod warunkiem oczywiście, że jest to praca porównywalna pod względem trudności wykonania oraz poświęconego na nią czasu, bez względu na pochodzenie, wyznanie czy płeć.

Jakakolwiek dyskryminacja, na przykład płciowa, jest dla mnie tak samo abstrakcyjną głupotą, jak to, że miałbym komuś zapłacić mniej, tylko dlatego, że ma rude włosy albo nie pasuje mi jego/jej kolor włosów. Dlatego też absolutnie staję po stronie Robin Wright, która w tym wypadku ma totalną rację. Natomiast całe zagadnienie nierówności płac to temat trochę bardziej złożony.

Na początek zadajmy sobie jednak podstawowe pytanie – ile super przebojowych hitów kinowych z kobietami w rolach głównych jesteśmy w stanie wymienić?

Wystarczy tylko spojrzeć na cyferki w box office i zobaczymy, że na liście najbardziej kasowych filmów wszech czasów (jak i w danym roku) są przede wszystkim filmy, których bohaterami są meżczyźni. Ktoś oczywiście powie: „No, ale tak jest dlatego, że nikt nie robi filmów z kobietami w rolach głównych”. Ok, racja. Rzeczywiście, filmów z żeńskimi bohaterkami jest mimo wszystko mniej, jak również znacznie mniej jest ciekawych postaci kobiecych (w kinie, bo w serialach naprawdę aktorki nie mają na co narzekać).

Tylko, że tutaj zaczyna się cała spirala. Jednym z najbardziej popularnych i kasowych gatunków są wielkie, rozbuchane widowiska pełne akcji. Kierowane w dużej mierze do młodzieży płci męskiej. Trudno więc oczekiwać, by w większości tych filmów, głównym bohaterem, z którym ma się ów młody mężczyzna identyfikować, była kobieta/dziewczyna. Siłą rzeczy, kobiety masowo wolą oglądać trochę inny rodzaj filmów. I tu nawet nie chodzi o stereotypowe komedie romantyczne czy romanse. Po prostu, na nowe Transformersy, Żółwie Ninja czy Kapitana Amerykę prędzej pójdzie grupka chłopaków niż grupka dziewczyn. Nie przeczę, że i kobiety lubią oglądać wielkie widowiska, ale jednak nikt nie przekona mnie, że jest ich więcej.

box_office_artykul
Lista 15 najbardziej kasowych filmów wszech czasów (stan na maj 2016), źródło: Boxofficemojo.com

Ostatnio w dodatku Hollywood zaczyna nadrabiać swoje błędy z przeszłości i silne (czasem zbyt silne) postaci kobiece zaczynają pojawiać się (chwilami aż do przesady) w co drugim blockbusterze. Głównymi bohaterkami najnowszych Gwiezdnych Wojen są kobiety. Rey, grana przez świetną Daisy Ridley, dźwiga na swoich barkach całą nową trylogię. Z kolei Felicity Jones wciela się w Jyn Erso, centralną postać spin-offu „Rouge One”. Po ogromnym sukcesie pierwszych „Igrzysk Śmierci” i znakomitej roli Jennifer Lawrence, możemy zaobserwować prawdziwy wysyp adaptacji dystopijnych powieści dla młodzieży, których bohaterkami są mniej bądź bardziej udane kopie Katniss. Lada moment zobaczymy „Pogromców duchów 3”, którzy w imię „poprawności politycznej” tym razem zostaną pokazani w wersji totalnie żeńskiej, idąc trochę na przekór fanom serii, którzy zapewne bardziej oczekiwali powrotu swoich ulubionych postaci. Ostatnio krążą plotki o solowym filmie Czarnej Wdowy, czyli granej przez Scarlett Johansson bohaterki Marvela. W przyszłym roku zobaczymy pierwszy (dopiero) film superbohaterski, z kobietą w roli głównej, mowa tu o „Wonder Woman” z Gal Gadot. Mówi się też wstępnie o tym, że być może za niedługo zobaczymy żeńską wersję Wolverine’a.

x_23_wolverine
X 23, żeńska wersja Wolveine'a

Pojawia się przy tym pytanie, na ile owe produkcje będą hitami porównywalnymi kasowo z „męskimi”? Piszę o pieniądzach, bo to od nich zależą trendy w branży, a także gaże dla aktorów/aktorek.

Tak na zdrowy rozum, to wydaje mi się, że żaden aktor (czy aktorka) nie powinien zarabiać za jedną rolę 20, 30 czy 50 milionów dolarów.

Tu nawet nie chodzi o to, że jest pełno głodujących dzieci w krajach trzeciego świata, których nie stać nawet na kubełek wody, bądź takich, które muszą harować całe dnie, by dostać miskę ryżu. Nie chodzi też o miliardy zwykłych ludzi, którzy za swoją pracę zarabiają tyle, że czasem ledwo co wystarcza im na podstawowe potrzeby i utrzymanie. Większym problemem jest to, że aktorstwo nie jest tego typu zawodem, który zasługuje na aż tak wielkie pieniądze. Bardziej w końcu potrzebujemy lekarzy, hydraulików, prawników itp.

Rekordowe 55 milionów dolarów, które Johnny Depp otrzymał za to, że zgodził się po raz czwarty wcielić się w kapitana Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach” to czysty absurd. W 2014 roku ogłoszono, że Robert Downey Jr. został najlepiej opłacanym aktorem na świecie, zarabiając przez cały rok 80 milionów dolarów. Za takie kwoty możnaby spłacić zadłużenia paru niewielkich krajów, bądź zlikwidować bezrobocie w co najmniej paru regionach. To są pieniądze, które, gdyby były rozsądnie rozdysponowane, starczyłyby na życie w dostatku na kilka ładnych pokoleń. A Depp taką kwotę otrzymał w ciagu jednego roku. I nikt nie ukrywa specjalnie faktu, że jest zdecydowanie mniej kobiet, które za swoje role dostają tego typu wielkości pieniędzy.

Ale jak pisałem wcześniej, jest to wypadkowa popularności i pieniędzy jaki dany film czy seria, dźwigana przez konkretnego aktora zarabia. 50 milionów to chore pieniądze, ale jeśli spojrzymy na to, że dany odcinek „Piratów z Karaibów” jest w stanie zarobić około miliarda dolarów, to taka gaża jest po prostu w miarę uczciwym procentem z zysku, który otrzymuje aktor będący twarzą i poniekąd „sprzedawcą” danej serii.

Poza „Igrzyskami Śmierci” nie ma jak dotąd równie kasowej serii filmowej z żeńską bohaterką w roli głównej. Za pierwszą część Jennifer Lawrence otrzymała milion dolarów, ale po tym jak seria stała się popkulturowym fenomenem, za ostatnią część, aktorka skasowała już 15 milionów dolarów. W 2003 roku Julia Roberts otrzymała rekordowe 20 milionów dolarów za rolę w filmie „Uśmiech Mony Lizy”. W tym roku, Roberts za dosłownie 4 dni pracy na planie filmu „Dzień matki” otrzymała 3 miliony dolarów. Od 15-20 milionów za rolę zarabiają m.in. Angelina Jolie, Sandra Bullock, Jennifer Aniston. Oczywiście, że jest ich mniej niż mężczyzn zarabiających takie pieniądze, ale wynika to z faktu, że globalnie filmy z kobietami zarabiają mniej pieniędzy.

Kolejną kwestią w temacie mniejszej ilości filmów z ciekawymi bohaterkami i opowiadajacymi o postaciach kobiecych jest prosty fakt, a mianowicie to, że scenarzystami, którzy piszą filmy w Hollywood (i poza nim) są w większości mężczyźni.

Niektórym oczywiście udaje się pisać wspaniałe role dla kobiet i genialnie wejśc w ich psychikę (wystarczy wymienić filmy Pedro Almodovara czy Woody’ego Allena), ale nie każdy to potrafi i chce. A czemu nie ma więcej kobiet scenarzystów? Powodów jest pewnie co najmniej kilka. Kobiety są trochę bardziej społecznymi istotami (oczywiście uogólniając), więc odizolowana od świata praca pisarki nie zawsze jest tym, o czym marzy przeciętna młoda dziewczyna. Jest też temat związany z biologią. Kobiety, o wiele bardziej niż mężczyźni są od niej uzależnieni. Sam wieloktrotnie spotkałem się z artystkami, aktorkami, początkującymi reżyserkami, które w pewnym momencie odpuściły sobie karierę w branży filmowej, bo postanowiły poświęcić się rodzinie.

Nie jest to jakiś mój „patriarchalny” czy genderowy wymysł – piszę tylko o tym z czym się osobiście spotkałem. Zresztą, wystaczy spojrzeć na liczne kariery hollywoodzkich aktorek, które w pewnym momecnie zaszły w ciążę i postanowiły poświecić się wychowaniu dzieci znikając przy tym ze „świecznika”. Halle Berry, Julia Roberts, Catherine Zeta-Jones to tylko niektóre z przykładów. Branża filmowa to wbrew pozorom wymagający kawałek chleba, niezależnie od tego, po której stronie kamery się stoi. Trzeba ciągle walczyć o swoje, dążyć do celów, które się sobie postawiło; a gdy się na chwilę choćby odpuści, to na twoje miejsce pojawia się setka innych ludzi z podobnymi ambicjami. Hollywood to bezwzględna machina, która nie toleruje próżni.

Są to surowe zasady gry, być może powinny zostać zmienione, ale nawet jeśli, póki co ciągle obowiązują, więc albo ktoś sie do nich dopasuje, albo nie. Spora cześć kobiet w pewnym momencie pasuje i poświęca się rodzinie, i to jest fakt. Ta praca wymaga ciagłych wyjazdów, bycia poza domem przez wiele miesięcy. Stołek reżysera jest dodatkowo bardzo stresujący i odpowiedzialny; o ile aktor pracuje nad filmem co najwyżej parę miesiecy, tak reżyser musi poświęcić od roku do dwóch lat (w normalnych warunkach) na całościowe nakręcenie filmu (wliczając w to okres preprodukcji, nakręcenia, montażu i całej postprodukcji). Jest to więc jeden z powodów, dla których mamy tak niewiele kobiet reżyserów. Oczywiście nie jest to jedyny powód, ale często bywa on lekceważony i przemilczany w imię poprawności politycznej.

kathleen_kennedy_star_wars
Kathleen Kennedy, szefowa Lucasfilm

Oczywiście, nie udaję, że jest idealnie, że w przeszłości nie popełniano błędów i nie dyskryminowano kobiet (albo przedstawicieli odmiennych niż biała ras). Obecnie branża powoli stara się naprawić to, co wcześniej było niewłaściwe, chociażby poprzez rosnącą z każdym rokiem liczbę kobiet na najważniejszych stanowiskach w wielkich hollywoodzkich wytwórniach. Wystarczy wymienić  Donnę Langley, która jest obecnie szefem jednego z gigantów, czyli Universal Studios albo Kathleen Kennedy (jedna z najbardziej wpływowych prodecentek w historii Hollywood), która jest już od kilka lat prezesem Lucasfilm, odpowiedzialnym za nową serię filmów z cyklu Gwiezdnych Wojen oraz nadchodzącego Indianę Jonesa. W tej sytuacji, ewentualne pretensje o zaniżone gaże dla aktorek siłą rzeczy będą musiały być pewnie nieraz kierowane także pod adresem wyżej wymienionych pań. Co z kolei oznacza, że to niekoniecznie musi być kwestia genderowa. Po prostu, takie są realia rynku.

Za niedługo przekonamy się, czy wszystkie wyżej wymienione filmy z kobietami w rolach głównych odniosą porównywalnie kasowo wielke sukcesy, jak podobne filmy z meżczyznami i wtedy będziemy już mieli koronny dowód na to, czy rzeczywiście kobiety są dyskryminowane czy jest to zwyczajnie rynkowa prawidłowość.