1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Piąty sezon "The Walking Dead" zaczyna się świetnie, ale serial wypalił się już dawno temu

Piąty sezon „The Walking Dead” zaczyna się świetnie, ale serial wypalił się już dawno temu

Pierwszy odcinek piątego sezonu "The Walking Dead" to bardzo dobre widowisko, które oglądało się bardzo przyjemnie. Niestety, nawet miły seans dobitnie unaocznia to, co jest największą bolączką Żywych Trupów – schematyczność, powtarzalność i świat, który od kilkudziesięciu odcinków nie ma widzowi absolutnie nic do zaoferowania.

Problemem serialu "The Walking Dead" nie są ani bohaterowie, ani scenariusz. Problemem jest świat.

Początek piątego sezonu równie dobrze mógłby być drugim albo trzecim odcinkiem sezonu pierwszego. To ciągle te same obrzeża amerykańskich aglomeracji, te same rozterki i te same wyzwania – znaleźć schronienie, przeżyć, wrócić do emocjonalnej oraz psychicznej stabilności. Widzowie przeżywają dokładnie to samo, na nowo i na nowo, od 2010 roku. Przecież równie dobrze Rick mógł napotkać doktora Eugene w pierwszych epizodach, wspólnie obierając drogę na Waszyngton.

the walking dead sezon 5 3

Po długim pobycie w szarym i nudnym więzieniu, "The Walking Dead" ponownie zamienia się w kino drogi. Z nową obsadą, kolejnymi przetasowaniami w zespole i powrotami starych znajomych. Widz po raz kolejny znajduje się w punkcie wyjścia, co w ogóle nie przypadło mi do gustu. Podczas wszystkich czterech sezonów nie stało się nic, absolutnie nic, co w jakikolwiek sposób zmieniałoby świat "The Walking Dead". Nie napotkaliśmy na żadne ostoje rządowych sił, wciąż nie posiadamy szerszego oglądu na temat geopolitycznej sytuacji, z kolei same żywe trupy już absolutnie niczym nie są w stanie nas zaskoczyć.

Wiecie, o czym będą kolejne sezony? Dokładnie o tym samym. O Ricku. O Carlu. O próbach przeżycia i podróży bo bezdrożach, lasach, zarośniętych torach i małych miasteczkach.

Jestem tego pewien. Sezon numer dwa, numer cztery czy numer pięć – w ostatecznym rozrachunku nie ma to znaczenia, ponieważ zawsze dostajemy tę samą treść. Dzięki największej monotonii i największej powtarzalności pośród wszystkich najpopularniejszych telewizyjnych widowisk zdałem sobie sprawę z pewnego paradoksu "The Walking Dead". Chociaż odcinek otwierający oglądało mi się wybornie, wiedziałem również, że nie mam ochoty czekać na kolejne epizody.

the walking dead sezon 5 2

Mam za złe twórcom, że już zakończyli przygodę z Terminuesem. Po raz pierwszy w historii serialu mogliśmy zobaczyć tak drastyczne i makabryczne sceny. Mityczne schronienie zamieniono w ubojnię, gdzie ludzi traktuje się jak bydło. To zupełnie nowa perspektywa w serialu, bardzo mocna i bardzo sugestywna. Momentami Terminus budził skojarzenia z obozem zagłady. Czegoś takiego w "The Walking Dead" po prostu nie było i szkoda, że producenci odważyli się na zaledwie dwa odcinki tej makabry. To właśnie postępująca degeneracja ludzkiego gatunku jest jedyną zmienną w świecie "The Walking Dead" i to właśnie obraz tej zmiennej został ukrócony już w pilocie otwierającym nowy sezon. W imię czego? W imię podróży do amerykańskiej stolicy z osobą, która wie, jak wyleczyć zarazę zombie. No proszę was, tutaj nie trzeba czytać komiksów aby przewidzieć, jak się to skończy.

Producenci pierwszego odcinka piątego sezonu "The Walking Dead" stawiają przed widzem czystą kartę.

Wciąż nie wiemy, co będzie główną osią fabuły. Nie znamy kolejnego „tego złego” ani nie możemy przypuszczać, co czeka bohaterów w nudnym, wypełnionym szwędaczami świecie. Zdaje się, że widzom się to podoba. Emisja pilotażowego odcinka pobiła wszelkie rekordy, gromadząc przed odbiornikami 17,3 miliona odbiorców. Imponująca liczba, świadcząca o ogromnym sukcesie i stale rosnącej popularności. Pomimo moich szczerych chęci i ogromnego zamiłowania do filmów o zombie, bardzo ciężko wsiadać mi do tego pociągu zachwytów i pozytywnych emocji. Z mojej perspektywy "The Walking Dead" to serial wtórny i wypalony, w którym ciekawe wątki przeciekają scenarzystom przez palce. Jak widać, jestem w zdecydowanej mniejszości.