1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki

Poirot powrócił w wielkim stylu? Sophie Hannah, "Inicjały zbrodni" - recenzja sPlay

Poirot powrócił w wielkim stylu? Sophie Hannah, „Inicjały zbrodni” – recenzja sPlay

Blisko 40 lat po ostatniej książce z przygodami Herculesa Poirota, nasz ulubiony mały Belg z wielkimi wąsami wraca. Do życia na nowo powołuje go Sophie Hannah, autorka wybrana przez spadkobierców Christie do stworzenia nowej powieści z udziałem detektywa wszech czasów. Jak sprawdził się zabieg wskrzeszenia postaci, która jest jedną z ikon literatury kryminalnej? Niestety, średnio.

Na wieść o tym, że będę miała okazję przeczytać kolejny kryminał Agathy Christie (a przynajmniej taki, który napisany jest pod jej szyldem) i uczestniczyć w nowych wydarzeniach z udziałem Poirota, oniemiałam z radości. Kryminały Christie uwielbiam właściwie od dziecka. Pierwsze książki jej autorstwa zaczęłam czytać mniej więcej w wieku trzynastu lat i czytam je do tej pory, wracając do starych tytułów. "Morderstwo w Orient Expressie", "Dziesięciu Murzynków", "Pięć małych świnek", "Kieszeń pełna żyta", "Zbrodnia na festynie", "Niedziela na wsi" to tylko niektóre z powieści, które przez kilkanaście lat życia chłonęłam w ciągu jednego czy dwóch wieczorów.

Tym bardziej więc czekałam na powrót Poirota i tym większe oczekiwania miałam wobec powieści Sophie Hannah. Dlaczego jednak się rozczarowałam?

Inicjaly-zbrodni

Żeby może nieco złagodzić wymiar tego słowa, "rozczarowanie", które kojarzy się z totalną klapą powiem tak: "Inicjały zbrodni" sprawiły, że do powrotu Poirota mam stosunek iście ambiwalentny. Z jednej strony cieszę się, że taki pomysł powstał, z drugiej zaś nie jestem pewna, czy rzeczywiście było to koniecznie i czy zmierzenie się z takim dorobkiem i taką postacią nie odbije się Hannah i spadkobiercom Christie czkawką, zwłaszcza, że wydarzenia te muszą być umiejscowione gdzieś pomiędzy jedną powieścią Christie a drugą (Poirot został bowiem w końcu uśmiercony w wieku ponad 100 lat!).

Przez całą powieść ma się bowiem wrażenie, że coś tu jest nie tak. Że owszem, Poirot wrócił, ale taki jakby nie swój, że to nie ten Belg i znamienity detektyw, którego znamy sprzed lat.

Tło fabularne "Inicjałów zbrodni" jest całkiem niezłe. Poirot zmęczony oczekiwaniami ludzi wobec niego i po prostu innymi, postanawia zaszyć się w Londynie, wynajmując pokój w hoteliku. Wiedząc, że w jego mieszkaniu nie zazna spokoju, chce cieszyć się ukochanym miastem w cieniu, cicho stąpając po uliczkach i zaglądając do miejsc, w których nie może być odnaleziony. Z polecenia swojego znajomego trafia do knajpki o nazwie Pleasant's. Tam przypadkiem poznaje Jennie, która zwierza się mu, że czeka ją śmierć i znika. Niedługo po tym w jednym z najlepszych hoteli w Londynie zostają zamordowane trzy osoby, jedna po drugiej. Każda z nich znajdowała się w innym pokoju i każda z nich przyjechała do Londynu w środę. W ustach mężczyzny i dwóch kobiet znaleziono spinki do mankietów z inicjałami PIJ. Jaki związek mają ze sobą trzy trupy? Kim jest PIJ? I w końcu - jaki to wszystko ma związek Jennie?

Na te pytania odpowiedzi spróbuje udzielić nam Poirot wraz ze swoim znajomym, policjantem. To właśnie z perspektywy kolegi Poirota poznajemy całą historię. I niestety, nie jest to najlepszy wybór. Powieści, w których narratorem był Hastings były wspaniałe, ta... jakby fałszuje rzeczywistość. Wiele pada tam stwierdzeń, które według mnie, osoby, która przeczytała kilkadziesiąt książek Christie, nie pasują do Herculesa Poirota. Określanie jego zachowania, emocji przez narratora wydawało mi się często nietrafione.

Gdzieś z tyłu głowy miałam - hej, to nie jest powieść Christie, ona zrobiłaby to inaczej.

"Inicjały zbrodni" jako powrót Poirota spisują się średnio. Nie jest to coś, co na nowo ukaże nam detektywa w blasku i czym fani Poirota będą zachwyceni. Jeśli natomiast książka ukazałaby się jako powieść, nazwijmy to samodzielna, taka, która nie ma zaplecza marketingowego pod egidą Christie, mogłaby wypaść ciut lepiej. Choć z drugiej strony istnieje niebezpieczeństwo, że pozbawiona smaczku jakim jest wskrzeszenie Poirota, nie przyciągnęłaby tylu czytelników. Sama w sobie nie jest bowiem niczym przełomowym, ani rewolucyjnym. Ot, można przeczytać.