1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Debiutancki longplay Karen O zanudzi was na śmierć. "Crush Songs", recenzja sPlay

Debiutancki longplay Karen O zanudzi was na śmierć. „Crush Songs”, recenzja sPlay

Nie byłem na to przygotowany… Karen O była o mały włos od zabicia mnie. Po doświadczeniach z The Moon Song, If You’re Gonna Be Dumb, You Gotta Be Tough (cover Rogera Alana Wade’a), Strange Love oraz All Is Love nie byłem po prostu gotów na taki szok muzyczny. Karen O wydała okropnie nudną płytę, będącą przykładem przerostu formy nad treścią. Przykro mi, bo "Crush Songs" to pierwszy longplay tej artystki. Czekałem na wielkie bum, petardę, a dostałem tylko zimne ognie.

Wiedziałem, że "Crush Songs" nie będzie brzmieć, jak typowy (indie) popowy krążek. Już na singlu Rapt można było usłyszeć, w jakim kierunku Karen O podąży. Rozumiem lo-fi, dublowanie wokalu, pogłos, szum, beznadziejne brzmienie (w końcu lo-fi…), ale w tej formie nie utrzymała się żadna ciekawa treść, poza jednym wyjątkiem. Aż się łezka w oku kręci, gdy człowiek włączy sobie starsze kawałki Karen O i porówna je z tymi nowymi.

"Crush Songs" to nic więcej jak gitara akustyczna i wokal Karen O, ascetyzm muzyczny godny podziwu. Wokalistka Yeah Yeah Yeahs ma głęboko w nosie szczyty list przebojów, chciała po prostu za pomocą swoich piosenek opowiedzieć stare dzieje, gdy jej serce padało ofiarą bezwzględnej miłości. I serio, ja to rozumiem. Ucieczka od utartych konwencji, to nic nowego w wydaniu Karen O, ale nigdy nie sądziłem, że ta zdolna artystka stworzy po prostu nudny album, na którym większość piosenek brzmi tak samo.

Nie przeszkadzałoby mi wsadzanie mikrofonu do lodówki i nagrywanie z niej wokalu, albo zanurzanie gitary w wannie i brzdąkanie w pustej łazience. Lo-fi nie jest łatwe do przetrawienia, gdy na co dzień słucha się mainstreamu, ale ja nie mam z tym problemu, ciekawi mnie to brzmienie. Kłopoty pojawiają się, gdy kolejna piosenka na "Crush Songs" zaczyna się w ten sam sposób i oprócz osobistego tekstu nie niesie ze sobą nic więcej.

Debiutancki longplay Karen O jest tak zły, że byłem zmuszony co jakiś czas wracać do starszych piosenek wokalistki, odczekać chwilę i dopiero byłem gotów na kolejne starcie. Tylko Rapt da się wysłuchać z uśmiechem na twarzy i nie sięgać po żadne ostre narzędzia. Sprawy zaczynają dopiero nabierać koloru, gdy "Crush Songs" potraktuje się jak amatorskie nagranie, demo stworzone przez porzuconą nastolatkę z aparatem na zębach. Może Karen O właśnie o to chodziło? Być może z góry założyła, że słuchanie jej longplaya ma być równie przykre, co jej doświadczenia? Jeżeli tak, to nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować artystce. Cel został osiągnięty.