1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Bakteria politycznej poprawności w serialu The Fosters, opamiętaj się Ameryko

Bakteria politycznej poprawności w serialu The Fosters, opamiętaj się Ameryko

Kiedy miałem kilka lat koronnymi serialami familijnymi była Pełna Chata (no, to może kiepski przykład) i Siódme Niebo, gdzie głową rodziny był pastor, a jego żona kurą domową. Może ten republikański obraz świata spaczył trochę moje poglądy, ale oglądając The Fosters przez cały czas się śmiałem, zastanawiając przy okazji dokąd zmierzasz Ameryko. A może to jednak ja jestem za mało postępowy? 

Zawsze wydawało mi się, że jestem i to bardzo. Przyjmując liberalną doktrynę nie tylko gospodarczą, ale i światopoglądową, staram się nie przejmować i nie interesować zbytnio tym, co inni ludzie robią ze swoim ciałem albo w swojej sypialni. To chyba zdroworozsądkowe podejście? Nie przepadam jedynie, gdy zaczynają mieć zakusy na to, by w imię swoich fanaberii ograniczać  moją wolność, różne parady korkują i sieją zgorszenie na ulicach miasta, a pewni politycy czy reżyserowie swój obraz świata - tak lewicowy, jak i prawicowy - chcą siłą wepchnąć do mojego domu.

Nowy serial familijny w dorobku stacji ABC to swego rodzaju pomnik dla tej całej histerii politycznej poprawności w mediach. Przez misję edukowania o tym, że nie wszyscy są tacy sami, ale wszyscy powinni być równi, niektóre media powoli popadają w groteskową wręcz obsesję psując przy tym dobrze zapowiadające się show. I tak jest w tym wypadku.

The Fosters to historia dwóch lesbijek wychowujących gromadkę dzieciaków, które borykają się z mniej lub bardziej typowymi dla nastolatków problemami. Wszyscy dookoła kochają troskliwe matki i je akceptują, z wyjątkiem złych i głupich ludzi, których serial bezpardonowo marginalizuje i stawia w kącie. I wiecie co? Może to i dobrze, bo matki są naprawdę porządnymi, dobrymi ludźmi. Z czasem sytuacja jednak zaczyna się robić trochę absurdalna, dziesięcioletni chłopiec zaczyna odkrywać, że chyba jest transwestytą, a w każdym razie lubi malować swoje paznokcie. Reszta młodzieży jest wprawdzie heteroseksualna, ale zdaniem scenarzystów rodzi to same problemy, a piętnastolatkowie łykają pigułki wczesnoporonne jak tik-taki. Nadrzędnym wrogiem naszej sympatycznej rodzinki jest kościół, który nie akceptuje tego stylu bycia, w związku z czym okazywanie mu sympatii byłoby nie na miejscu.

Tak mniej więcej wygląda szara codzienność w rodzinie Fosterów i wiecie co? Ten serial jest fajny, naprawdę sympatyczna produkcja familijna, jednak stopień nagromadzenia tam rozmaitych absurdów (już pomijam mulatki, które nie czują się ani czarne, ani białe czy wyobcowanych ze społeczności latynosów), problemów mniejszości oraz skupienie ich w jednym domu w proporcji typowej zazwyczaj dla całego osiedla, jeśli nie dzielnicy, sprawiają, że widz czuje się bardziej jak na jakimś seansie reżimowej propagandy. Idę o zakład, że w drugim sezonie bohaterowie własnymi rękami będą budowali meczet. Wiecie, to taki serialowy happening Palikota - niby o coś chodzi, ale groteska, cyrk, a przede wszystkim gruba przesada przyćmiewają wszelkie ideały.

Martwi mnie psucie samego serialu z fajnymi w sumie bohaterami nagromadzeniem aż tylu problemów społecznych związanych z dyskryminacją i odmiennością, bo staje się on przez to nierzeczywisty, nieprawdziwy. Dziś w każdym serialu obowiązkowo musi się znaleźć gej albo lesbijka, czasem robi się to tak bardzo na siłę. W The Fosters obserwujemy przynajmniej piętnaście uciśnionych mniejszości, co zakrawa momentami na śmieszność, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wszystkie musi reprezentować góra 8 bohaterów. Prawdziwy świat, ani w Polsce, ani w USA, tak nie wygląda.

Być może założenia The Fosters były słuszne, nawet na pewno, ale przez brak wyczucia, twórcy zamienili ten ciekawy fabularnie serial w groteskę. Oglądam i śmieję się z bakterii politycznej poprawności.