1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

World War Z? Na pewno nie do słuchania

World War Z? Na pewno nie do słuchania

Widzieliście kiedykolwiek film o zombie z PG-13? Nie? No cóż, jest ku temu dobry powód, ponieważ filmy o zombie, to... horrory, które z założenia mają epatować brutalnością, latającymi flakami i pokazywać umazane krwią, wrzeszczące (a nawet gołe) postacie.

Oczywiście bohaterowie mogą uniknąć śmierci przez rozerwanie na części, mogą nie zabijać zombie, a tylko przed nimi uciekać, ale to wszystko nie zmienia faktu, że mają do czynienia z nieumarłymi ludźmi. Zwłokami, których jedynym celem jest pożeranie mózgów bądź innych części ciała. Skąd, więc PG-13?Nie oglądałem jeszcze WWZ, ale ścieżka dźwiękowa bardzo dużo już mi mówi o produkcji. Jeżeli film o zombie może obejrzeć trzynastoletnie dziecko, to oznacza tyle, że muzyka będzie, co najwyżej średnia.


Ciężar odpowiedzialności za stworzenie ścieżki dźwiękowej, spadł na Marco Beltramiego, który ma na swoim koncie muzykę do takich tytułów jak: Krzyk, Omen, Kobieta w Czerni, Resident Evil czy Warm Bodies, a niedługo remake Carrie. Doświadczenie w horrorach pozwala przypuszczać, że WWZ to dla Beltramigo pestka. Jednak kompozytor od początku miał utrudnione zadanie. No, bo jak stworzyć muzykę, która ma być straszna, ale nie do końca, ma trzymać w napięciu, ale nie powodować zawału serca i cały czas emanować patosem - którego nie sposób uniknąć skoro jedyną nadzieję ludzkości jest Brad Pitt.

MV5BMTU3MjQ4MTU5Nl5BMl5BanBnXkFtZTcwODExMzA1OA@@._V1._SY314_CR2,0,214,314_

WWZ to nie to samo co filmy z kompozycjami Danny'ego Elfmana albo Johnego Williamsa, gdzie przynajmniej jeden utwór można zapamiętać i nucić przez cały dzień albo nawet całe życie - jak w przypadku Batmana czy Gwiezdnych Wojen. Survival horrory rządzą się innymi prawami. Ma być mrocznie i energicznie, muzyka jest tylko dodatkiem, który ma potęgować emocje, nie rozpraszać i raczej nie zostawać na długo w głowie - wyjątkiem od tej reguły jest motyw z 28 Dni Później autorstwa Johnego Murphy.

Beltrami spełnił wszystkie powyższe warunki... niestety. Jest ponuro, agresywnie i nudno. Dobry soundtrack poznaje się po tym, że bez obrazu filmowego tworzy odpowiedni klimat i trzyma serce w przełyku. Beltramiemu udał się ten zabieg, ale tylko w połowie. Słuchając krążka łatwo wyobrazić sobie przestrzenie miast opanowane przez hordy zombie i globalną panikę. Autor balansuje na pograniczu grozy i marazmu. Tylko, że jednocześnie wszystko jest do bólu przewidywalne i jak na horror, to dosyć mało straszne.

Pierwsza na liście Philadelphia ustala kierunek, w jakim będzie podążać reszta muzyki. Co znaczy mniej więcej tyle, że orkiestra symfoniczna będzie mieszać się industrialnymi motywami. Ciężkie syntetyczne basy idą w parze z instrumentami dętymi i smyczkowymi, bez zwracania na siebie większej uwagi. Najbardziej melodyjną pozycją na płycie, jest drugi w kolejności The Lane Family, w którym oprócz „płaczących” skrzypiec, usłyszymy wtórującą im gitarę elektryczną.

Od tego momentu, reszta utworów zlewa mi się w jeden wielki foniczny lament. Bez wątpienia ważnym elementem w tym soundtracku są instrumenty perkusyjne. Mimo, że brzmienie sugeruje mi użycie sampli wespół z naturalnymi bębnami, nie znaczy to, że nie spełniają one swojego zadania. Wraz z syntezatorowymi padami budują stopniowo napięcie, czasem trafi się nawet jakieś pojedyncze, "przerażające" metaliczne uderzenie - dzieci z gimnazjum nie powinny za bardzo się bać. Brakuje mi jednak punktu kulminacyjnego, czegoś co wybijałoby się na tle mdłej reszty. River Around The Rock jest najbliższy temu i pozostaje najlepszą kompozycją na płycie, niemniej nie znaczy to, że zostanie na długo zapamiętany.

Muzyka filmowa zmienia się tak samo jak kinematografia. Co raz częściej muzycy idą na łatwiznę i zamieniają partyturę i batutę na rzecz komputera i myszki, tak jak filmowcy ręcznie robione efekty specjalne na rzecz greenscreenów. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że coraz trudniej usłyszeć naprawdę wybitne dzieła muzyki filmowej – nie licząc oldschoolowców jak Williams. Większość współczesnych produkcji wydaje się brzmieć identycznie, a najlepszym tego przykładem jest soundtrack do World War Z. Mimo, że Beltrami ma ogromny talent i potrafi wspaniale rozpisać swoją muzykę na całą orkiestrę, to niestety podąża za ogólnym trendem "nie rzucania się w oczy" i tworzy kolejne dzieło brzmiące jak kompozycje Zimmera.