1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Fismoll debiutuje wysoko ocenianym albumem... który już gdzieś słyszałem

Fismoll debiutuje wysoko ocenianym albumem… który już gdzieś słyszałem

Fismoll to jeden z gwardii młodych zdolnych polskich wykonawców, który na dodatek już na samym starcie swojej kariery może poszczycić się szeregiem entuzjastycznych opinii, w tym od Kasi Nosowskiej czy Artura Orzecha.

Nic więc dziwnego, że z ogromnym zaciekawieniem odsłuchałem materiału tego młodziutkiego, bo zaledwie 19-letniego chłopaka, który wyrasta powoli na wielką nadzieję polskiej alternatywy. I cóż, najważniejszy wniosek, jaki mam pod zapoznaniu się z tym materiałem brzmi tak, że jest to jedna z tych płyt, które bardzo, bardzo trudno jednoznacznie ocenić.

Zazwyczaj recenzja albumu (choć niekoniecznie, często też filmu, gry czy innego medium), o ile nie jest jakąś fachową analizą techniczną, składa się głównie z zaprezentowania odbiorcy dwóch podstawowych segmentów - zapisu wrażeń, subiektywnych odczuć związanych z odbiorem danego dzieła oraz osadzenia tego w jakimś kontekście, co jest szczególnie istotne w dobie wciskania postmodernistycznych elementów gdzie się da - mówiąc prosto, dzięki temu wszystkiemu odbiorca dowie się nie tylko czy przykładowo film Machete oglądało się przyjemnie czy nie, ale też że nie ma sensu odbierać tego filmu zbyt serio, bo pomysł nań wyrósł z bardzo specyficznego nurtu kina.

Próba zdefiniowania jakiegoś kontekstu, perspektywy, z jakiej należy patrzeć na dzieło, to często domena wielu ludzi próbujących pisać o polskiej muzyce - taki już nasz rynek specyficzny, że bez rozmaitych porównań ciężko znaleźć jakiś punkt odniesienia, szczególnie dla nowych wykonawców, czerpiących garściami z dorobku kolegów po fachu zza granicy. Ile to razy czytamy w rozmaitych recenzjach o tym, że “XXX to polski YYY” albo że “płyta ZZZ jest taka a taka jak na polskie warunki” czy “jak na polskie wydawnictwo”, i tak dalej. I nawet nie wiecie jak ciężko napisać coś o At Glade i autorze tego krążka bez używania tych wyświechtanych schematów.

Miejmy to zatem już za sobą - Fismoll brzmi jak Bon Iver. Albo dowolny inny przedstawiciel indie-romantyków, uduchowionych muzyków opatrzonych etykietką singer-songwriter. To w zasadzie ta sama wrażliwość, to samo podejście do muzyki, nawet samo brzmienie jest niemal identyczne. Nasz młody wokalista niemal łkającym, delikatnym głosem kreśli 10 nastrojowych, melancholijnych piosenek, jakich czołówka podobnych zachodnich artystów pewnie by się nie powstydziła. I - miejmy też ten drugi schemat za sobą - jak na polskie warunki jest to album wybitny. Kapitalnie wyprodukowany, dopracowany zarówno kompozycyjnie, jak i brzmieniowo - po prostu poziom światowy i gdybym nie wiedział, że mowa tu o polskim artyście, to prawdopodobnie odhaczyłbym Fismolla jako jakiegoś wykonawce wyrosłego na ostatnim sukcesie albumu Bon Ivera, kopiującego jego manierę i styl całkiem nieźle.

Dlatego też nie dziwię się hurraoptymistycznym opiniom odnośnie At Glade pochodzącym od ludzi, którzy wspomnianego Bon Ivera czy innego Damiena Rice’a niespecjalnie znają - wówczas twórczość Fismolla musi się wydawać świeża i wyjątkowa, szczególnie w odniesieniu do pozostałych polskich wykonawców. Problem w tym, że kiedy się tej ostatnio modnej wśród wielkomiejskich hipsterów muzyki trochę liznęło, to płyta 19-latka nie bardzo ma czym słuchacza zaskoczyć. Wszystko to już było i to mimo wszystko w lepszym, dojrzalszym wykonaniu.

To był segment dotyczący kontekstu, o którym pisałem wcześniej. Jeśli natomiast chodzi o moje subiektywne wrażenie, to... nie bardzo ta płyta do mnie trafia. Może to fakt, że już gdzieś takie dźwięki słyszałem, a może to kwestia aury, która wybitnie takiej muzyce nie służy (At Glade brzmi raczej jak płyta, którą można sobie puścić w zimowy czy jesienny wieczór), ale gdzieś w połowie tego krążka zawsze dopada mnie znużenie i zwyczajnie nie jestem w stanie przebrnąć przez to melancholijne nucenie od początku do końca. Domyślam się, że to kwestia osobistej wrażliwości - albo kogoś te dźwięki ruszą, albo nie. Mnie niespecjalnie ruszają, czegoś mi tutaj brakuje, może po prostu większego różnorodności i lekkości tych kompozycji - bo dla mnie właśnie mniej-więcej od połowy albumu całość się zlewa w jedną magmę dźwięków i zupełnie nie potrafię odróżnić jednego utworu od drugiego.

Clipboard05

To jednak w żadnym razie nie jest zła płyta - a tak mocne inspirowanie się popularniejszymi kolegami po fachu nie jest niczym nagannym, szczególnie dla młodego 19-latniego muzyka, który jest przecież dopiero na starcie swojej kariery i ma przed sobą długą drogę w kierunku pełnej muzycznej dojrzałości. Jednocześnie, muszę uczciwie przyznać, że album mnie zmęczył i nie czuję, by przesłuchanie go cokolwiek mi dało czy mnie jakoś wzbogaciło wewnętrznie - ciągle miałem poczucie deja vu i nie mogłem się pozbyć myśli, że gdyby to nie był polski artysta, to prawdopodobnie już dałbym sobie spokój i zajął się poszukiwaniem czegoś ciekawszego do słuchania. Tym niemniej jeśli brak oryginalności komuś zupełnie nie przeszkadza (a na pewno są takie osoby, bo i ja lubię sporo wykonawców, którzy oryginalni w żadnym wypadku nie są) albo zwyczajnie nie miał okazji zapoznać się z obcojęzycznymi odpowiednikami, a ma ochotę na takie melancholijne, romantyczne klimaty, płyta Fismolla będzie wówczas wydawnictwem godnym polecenia.