1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Melodie, które ciężko zapomnieć: lata 50-te

Melodie, które ciężko zapomnieć: lata 50-te

Lata 50-te zawsze będą mi się kojarzyć z rewolucją muzyczną. Przejściem od wyrafinowanego układania akordów i harmonii na rzecz prostych i bardzo melodyjnych piosenek z mocnym rytmem.

Dla niektórych ta rewolucja będzie się wiązać z latami 60-tymi i ruchem hipisowskim, ale moim zdaniem późniejsze zmiany były tylko następstwem tego, co wydarzyło się w czasach Eisenhowera – eksplozji rock&rolla. O ile między dwoma poprzednimi dekadami różnica była nieznaczna, to lata 50-te wprowadziły pop, R&B oraz (szczególnie) właśnie rock&rolla do szeregu popularnych nurtów, naruszając dosyć sztywną strukturę rynku muzycznego. Mimo, iż pierwsi reprezentanci tego ostatniego gatunku powstawali już w latach 40-tych, jak chociażby przeboje Amosa Milburna (dając przy okazji przedsmak popowego grania), to dopiero 10 lat później można było mówić o tym gatunku jako o w pełni ukształtowanym. Wystarczy posłuchać Chicken Shack Boogie Milburna z 1948 roku, żeby zdać sobie sprawę z tego, jak blisko już do znanego nam wszystkim rock & rolla.

Blues przyspieszył, stał się trochę agresywniejszy. Wielkie instrumentarium (big bandów) zostało zastąpione przez kilka instrumentów, zwykle gitarę rytmiczną, gitarę prowadzącą, (która często przejmowała partie pianina, jak to miało miejsce u Chucka Berry’ego) bas i perkusję. Przepis na rock & rolla był banalny: uprościć wszystko jak się da i dodać wpadającą w ucho melodię oraz układać takie teksty, które szybko chwytają za serce.

1948 - 1949

Amos Milburn – Chicken Shack Boogie; Tiny Bradshow – Bride and Groom Boogie; Arthur Crudup – My Baby Left Me; Bull Moose – Big 10 Inch

Wspomniałem wcześniej o Chicken Shack Boogie jako pierwszych symptomach tego, co miało nadejść, ale Amos Milburn nie był osamotniony w przerabianiu boogie na coś, co później dostanie własną etykietkę i niezależny od boogie i bluesa autonomiczny byt. Wszystkie podręczniki wskazują na Rocket 88 jako pierwszy utwór rock & rollowy, ale moim zdaniem poniższe przykłady równie dobrze mogą być w tym samym szeregu, co Rocket 88. Polecam wsłuchanie się w bogatą warstwę tekstową Big 10 Inch, który był w 1975 roku coverowany przez Aerosmith na albumie Toys in the Attic.

1950

Nat King Cole – Mona Lisa

Nie samym rock & rollem człowiek żyje, przypomnijmy więc Mona Lisę z nurtu popu tradycyjnego. Piosenka napisana specjalnie dla filmu Captain Carey w 1950 roku, wygrała Oscara w kategorii Best Original Song. Prosty aranż na kontrabas i pianino podbił serca słuchaczy i tego samego roku stał się numerem jeden na listach Bilboardu przez osiem tygodni.

1951

Nat King Cole – Unforgettable

Trochę miłośnie i jazzowo się zrobiło. Unforgettable nie trzeba nikomu przedstawiać. Ostatni powiew popularności starego stylu przed nadejściem nowej ery.

Jackie Brenston feat. Ike Turner – Rocket 88

A początkiem tej nowy ery, dziadkiem black metalu, był Rocket 88 w wykonaniu Jacka Brenstona i Ike’a Turnera. Typowo męska piosenka, brzmiąca trochę jak reklama na zlecenie fabryki Oldsmobile, która produkowała „Rakietę 88”. A mężczyźni jak to mają w zwyczaju, przechwalają się swoi motoryzacyjnym cudeńkiem, co to ma silnik V8, który słychać z daleka. A w zasadzie „ją”, bo Rocket to prawdziwa miłość podmiotu lirycznego, którą się chwali po całym mieście. Gdybym usłyszał takie słowa współcześnie w wersji hip-hopowej pewnie zaśmiałbym się z idiotycznego tekstu , w którym to jakiś „dresiarz” prawi komplementy swojej „Becie” i opowiada o tym jak się dziewczyny łapią na jego auto. Chociaż zaraz, zaraz… przecież oni tak mają. Nie o hip-hopie jednak miałem prawić tylko o muzyce gitarowej.

Nie da się nie zauważyć, że Rocket 88 ma wszystkie wymienione przeze mnie cechy fali nowej muzyki. Wyrazista linia basu (grana na gitarze basowej), "zabójcze" tempo i awanturnicze przygrywanie saksofonów przeradzające się w solowy popis Brenstona wraz z charakterystycznym pianinem. Chociaż pod koniec utworu sekcja dęta daje nam do zrozumienia, że korzenie jazzowo/ bigbandowe nadal są silne, to niewątpliwie mamy do czynienia jednym z pierwszych prawdziwych rock & rollowych numerów.

1954

The Chardottes – Mr. Sandman

Mr. Sandman to świetny przykład tego, że w latach 50-tych nadal bardzo popularny był tradycyjny pop. Gdyby nie The Chardottes prawdopodobnie takie Spice Girls nie miałoby nawet racji bytu. Warto, więc przypomnieć tę oldschoolową wersję Mr. Sandmana, a odstawić w niepamięć cover Blind Guardian.

1955

Bill Haley & his Comets – Rock Around The Clock; See You Later Alligator

No, to teraz czas unosić kiece, podwijać spodnie, poprawić sznurowanie i zacząć tańczyć. Odtwarzanie Rock Around The Clock grozi trwałym kilkugodzinnym romansem z przyciskiem play. Jeżeli ktoś nie słyszał o Billu Haley’u i jego kometach, to zapewne wychował się w dziczy i jest sklasyfikowany jako homo ferrus. Rock Around The Clock i See You Alligator to ikony brzmienia lat 50-tych, must listen dla wszystkich, którzy choć trochę potrafią potupać nóżką i usłyszeć różnicę między Rubikiem, a Behemothem.

1956

Harry Belafonte – Day-O (Banana Boat)

Większość z nas (w tym ja) kojarzy Day-O ze słynnej sceny przy stole w Beetlejuice Tima Burtona w wykonaniu Harry’ego Belafonte. Nie jest to pierwsza ani jedyna wersja tej piosenki. Daleko jej może do rock & rolla jako przedstawicielce stylu calypso, ale na pewno jest trudna do zapomnienia. Fani reggae na pewno skojarzą specyficzny rytm piosenki z późniejszymi dokonaniami Marleya. I nie ma w tym nic dziwnego, bo calypso to muzyka afrykańsko-karaibska. Zwykle opowiadająca o codziennych obowiązkach, niekoniecznie miłych (pomijając picie rumu), jak chociażby praca przy załadunku bananów. Z własnego doświadczenia wiem, że pomaga w wykonywaniu trudnych obowiązków lub/ i uprzyjemnia samotne spożywanie alkoholu.

Elvis Presley – Love Me Tender; Hound Dog; Don’t Be Cruel

Rock & Roll i Elvis Presley jest jak Biblia i Bóg, to nierozerwalne rzeczy.  Jako skromny twórca tej playlisty odhaczę tylko Love Me Tender oraz Hound Dog. Ta pierwsza piosenka jest zaadaptowaną balladą Aura Lee, a druga coverem słynnej wersji Big Mama Thornton. Oryginał został wydany w 1953 roku, ale że wersja Elvisa stała się miażdżącym hitem, to jego wykonanie zamieszczam poniżej. Na koniec załączyłem wersję live wykonania Don’t Be Cruel Presleya z 1957 roku, która jest pierwszym zarejestrowanym na taśmie zachowaniem tłumu dziewczyn, skaczących i krzyczących na widok śpiewającego faceta. Witamy w czasach Presleya.

The Coasters – Down in Mexico

Ten „wiercący się” bas, chórki i szalone kongi/ bongosy.  Czujecie to? Każdy mężczyzna powinien mieć ten utwór w swojej kolekcji, nigdy nie wiadomo, kiedy jakaś „Butterfly” będzie chciała zatańczyć…

Doris Day – Que Sera, Sera (Whatever Will Be, Will Be)

Kto lubi Hitchcocka pewnie kojarzy śpiewanie Que Sera, Sera przez Jo McKennę przy własnym akompaniamencie fortepianu. Po raz pierwszy zaprezentowane właśnie w filmie Hitchcocka pt. The Man Who Knew Too Much w 1956 roku stało się kultowym powiedzonkiem. Dla tych młodszych czytelników, Que, Sera Sera to taka 60-cioletnia wersja YOLO.

1957

Buddy Holly and The Crickets – That’ll Be The Day; Everyday

Skoro przeszliśmy już do trudnych kwestii jak potęga Elvisa, czas wspomnieć o Buddym Hollym, czyli tragicznym bohaterze katastrofy lotniczej w 1959. Ten zawsze młody i rezolutny pan w okularach w mocnej oprawie miał wpływ na takich muzyków i zespoły jak Elvis Costello, The Beatles czy Boba Dylan. Buddy Holly, a raczej Charles Hardin Holley miał ogromny wpływ na kształt późniejszego rock & rolla. Jako pierwszy ustanowił standard instrumentalny w postaci dwóch gitar (prowadząca, rytmiczna), basu i perkusji. I wraz z czołówką postaci rock & rolla wniósł rockabilly na szczyt popularności. Jednocześnie dzięki poszukiwaniu swojego niepowtarzalnego brzmienia dał zalążek muzyce progresywnej, popularnej dekadę później. Jeżeli będziecie kiedykolwiek nucić American Pie Donna Mcleana, przypomnijcie sobie wesołą twarz Buddy’ego i jego twórczość.

Jerry Lee Lewis – Whole Lotta Shaking Goin ‘On

Jerry Lee Lewis, szalony pianista, który lubił 13-latki. W 1957 Jerry Lee Lewis wydał piosenkę Whole Lotta Shaking Goin ‘On, dzięki której stała się symbolem charakterystycznego rock & rollowego pianina. Przy nim Zwierzak z Muppetów to tylko marny naśladowca. Prawdopodobnie, gdyby nie bardzo energiczne występy Jerry’ego na żywo, byłby on tylko kolejnym wywrotowym muzykiem tamtych czasów. Zresztą oceńcie sami oglądając jego występ na żywo z 1958 roku.

1958

Ritchie Valens – La Bamba

Możemy dziękować Ritchiemu Valensowi, że przeniósł meksykański folklor na grunt rock & rolla, bo ta piosenka jest po prostu takim hitem, że spokojnie popłynie przez kolejne pokolenia wywołując uśmiech na twarzy. Prosty motyw gitarowy ciągnący się przez cały utwór z latynoskim rytmicznym zacięciem powoduje, że ciężko się pozbyć tej piosenki z głowy na długie godziny. Nie usłyszymy tu typowego podziały na zwrotkę i refren, budowa La Bamby jest prostsza niż konstrukcja bloków z wielkiej płyty. I to stanowi o jej sile. Któż z nas jako dzieciak nie śpiewał: „portki se dre, portki se dre”?

Maria Koterbska – Chico-chico, Zbigniew Kurtycz – Cicha woda (1954)

Bez wątpienia lata 50-te to rock & roll, a co za tym idzie Stany Zjednoczone. Ale wbrew temu, co może się wydawać, inne gatunki dalej żyły swoim życiem i całkiem dobrze się miały. Polska pod tym względem była dość specyficzna, bo kształt ówczesnych kompozycji uwarunkowany był światem polityki. Nikomu nie przyszło, więc do głowy żeby implementować na polski grunt zachodnie, imperialistyczne granie. Nie oznacza to, że w Polsce panował całkowity zastój i nuda. Wystarczy wspomnieć Cichą wodę, żeby udowodnić moje racje. Kto zapamięta kompozycje Dody za kolejne 50-lat? Pewnie garstka ludzi, a gwarantuję, że szlagwort Cicha Woda Brzegi Rwie Zbigniewa Kurtycza zanucą nasze prawnuki. Ówczesne teksty piosenek nie mogły być „wywrotowe”, ale cenzura nie mogła powstrzymać dowcipu lub po prostu pięknie opowiedzianych codziennych historii zawartych w piosenkach. Mógłbym w zasadzie całą playlistę zapełnić polskimi piosenkami z tamtych lat, ale dajmy szansę Amerykańcom, prawda? Zresztą pewnie pokuszę się jeszcze o oddzielną kompilację polskich przebojów z tamtych lat.

Chuck Berry – Johnny B Good

Chuck Berry, szósty wśród 100 najlepszych gitarzystów według magazynu Rolling Stone. To on przełożył prowadzenie melodii z pianina na gitarę, to on wymyślił odważny i śmiały ruch sceniczny (duck-walk) kopiowany przez późniejszych artystów. Chuck Berry był mentorem dla gwiazd rocka i hard rocka. Skoro John Lennon powiedział, że rock & roll równie dobrze mógłby się nazywać Chuck Berry to ja nie mam nic więcej do dodania.

1959

Dave Brubeck – Take Five

1959 rok, a tutaj jazz? Owszem, Take Five to tak popularny motyw jazzowy, że grzechem byłoby gdyby się tu nie pojawił. Nietypowe metrum i saksofon altowy zapewniły tej kompozycji nieśmiertelność, a to marzenie każdego muzyka. Biorąc pod uwagę, że to przebój jazzowy, tym większe brawa należą się panu Brubeckowi.

Lata 50-te za nami. Całkiem długa podróż. Chociaż nietrudno zauważyć, że dominującym stylem był rock & roll, szczególnie pod koniec dekady. To trzeba pamiętać, że country, blues, a tym bardziej R&B, czy pop miały się świetnie i były często puszczane w radiu. Co więcej na początku lat 50-tych na pierwszych miejscach sprzedażowych to właśnie te nurty były na pierwszym miejscu. Teraz nie pozostaje nic innego jak wejście w świat długowłosych panów z pacyfkami na rzemyku. Widzimy się w latach 60-tych.