1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Dawid Podsiadło i jego debiut: wreszcie coś dobrego wynikło z X-Factora

Przyznam się bez bicia: mam głęboko w... nosie te wszystkie bezużyteczne talent shows, których jedynymi gwiazdami zwykle są wyłącznie członkowie jury.

Dawid Podsiadło i jego debiut: wreszcie coś dobrego wynikło z X-Factora

Tego typu programy, w tym przypadku skupione na walorach muzycznych kandydatów, zazwyczaj w jakiś mniej lub bardziej sprawiedliwy sposób, pozwalają z tłumu przeciętnych domorosłych muzyków, a potem garstki dobrych, wyłonić tę jedną-dwie-może-trzy osoby, które potrafią faktycznie na bardzo dobrym poziomie posługiwać się głosem czy instrumentami (jeśli mówimy o zespołach muzycznych - dla uproszczenia jednak skupmy się na wokalistach i wokalistkach). Innymi słowy, zakładając (bardzo ryzykowanie), że formuła show daje możliwość wybrania faktycznie najlepszych, na placu boju zostają i zwyciężają po prostu dobrzy piosenkarze, ludzie z dobrym głosem, sporym potencjałem i nieprzeciętnymi możliwościami.

Problem w tym, że takich naprawdę dobrych piosenkarzy jest bardzo, bardzo dużo. Co więcej, wcale nie umiejętności wokalne są przecież miarą sukcesu. Gwiazdy pop, gwiazdy rocka i dowolnego innego gatunku muzycznego, gdzie walory wokalne jakkolwiek się liczą, które odniosły sukces, niekoniecznie są najlepszymi w tym względzie nazwiskami na rynku. Ogromną rolę odrywają przecież takie cechy charakteru, jak charyzma, kreatywność, ciekawa osobowość, pomysł na siebie i tak dalej - czyli cechy, jakich ciasna i ograniczona formuła show w żadnej sposób nie potrafi nawet nie tyle ocenić, co zwyczajnie wydobyć na światło dzienne. I jasne, z drugiej strony, kandydaci na gwiazdy muszą wykazać się też elastycznością, odpornością na stres i od czasu do czasu dostają wolną rękę do wykazania się np. w wyborze piosenki wykonywanej w konkursie - ale jak to się ma do brutalnych realiów rynku i walki o swoją autonomiczna artystyczną osobowość? Ano nijak.

I tak, mieliśmy parę gwiazdek rodem z talent show, takich jak Ewelina Flinta czy Szymon Wydra, ale ich czas szybko minął i nigdy nie wyszły one poza poziom Sylwestra w Dwójce. Nieliczne przykłady artystów z talentshow-ową przeszłością, którym udało się połączyć popularność z wysoką jakością swoich produkcji, takich jak Monika Brodka czy Ania Dąbrowska to tylko i wyłącznie wyjątki od reguły, a raczej wyjątkowo utalentowane osoby, które potrafiły wykorzystać udział w talent show, ale niejednoczenie nie stać się jego zakładnikami (a raczej zakładniczkami - chociaż Monika Brodka przebyła długą drogę ku temu).

Jestem za to kompletnie do tyłu z ostatnimi nowymi nazwiskami na polskiej scenie ze spuścizną z X-Factor, Must be the Music i podobnych programów - jakoś zdążyłem się zniechęcić po tym jak przypadkowo wpadłem na jakiś utwór chwalonej Eweliny Lisowskiej. Dlatego jak tylko dostałem propozycję zapoznania się z materiałem zwycięzcy drugiej edycji X-Factora, Dawida Podsiadło, mój entuzjazm był w zasadzie ujemny. Ale cóż, coś mnie podkusiło by jednak wybrać się z wizytą na Spotify i sprawdzić debiutancki krążek tego 20-latka, pod którym oczywiście komentujący się wręcz rozpływają, a jakaś pani domaga się nawet otrzymania tej płyty w ramach prezentu na Dzień Matki. Ciekawe czy ją dostała?

Mam nadzieję, że tak - bo cholera, to naprawdę fajna płytka. Pierwsze co się rzuca w uszy to naprawdę przyjemny dla ucha głos Dawida. Widzowie X-Factora pewnie się tu specjalnie nie zdziwią, ale ja tu jestem całkiem na świeżo i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Uwielbiam wokalistów, którzy mają kawał głosu, ale nim nie szarżują, nie próbują od razu burzyć nim ścian i zwyczajnie korzystają zeń jak z dobrego, eleganckiego narzędzia. I pan Podsiadło świetnie tym narzędziem operuje, umiejętnie dbając o odpowiedni nastrój i klimat. I jasne, czasami zdarza mu się brzmieć odrobinę nieczysto, ale raz, że brzmi to wówczas zwyczajnie autentycznie (co przy takim bezpretensjonalnym krążku jak ten, serio działa na korzyść), a po drugie - koleś ledwo co może kupić legalnie piwo. Jak już się rozśpiewa, nabierze doświadczenia, wypali konkretną ilość szlugów i zapije je odrobiną alkoholu, to będziemy mieli coś pięknego. Dawid, nie spieprz tego.

Ale głos to jedno i coś, co można było ocenić pewnie już w X-Factor. Ja bardziej doceniam jednak kierunek,w jakim ta płyta poszła. Jest bardzo spokojna, melancholijna (choć miewa nieco bardziej energiczna momenty, tak gwoli ścisłości). Melodie czy aranżacje nie są przekomplikowane, to raczej zbiór prostych piosenek w stylu wczesnego Coldplay czy modnych ostatnio indiefolkowych kapel. Wygrywają jednak tą skromnością, bowiem dzięki temu muzyka wydaje się bardzo szczera i prawdziwa. Teksty są również bezpretensjonalne i proste, choć mają przy tym wiele uroku (i mowa tu zarówno o utworach polskich, jak i angielskich). To dokładnie taka płyta, jakiej można oczekiwać po młodym chłopaku, który przeżył te 20 lat i swoje widział, ale umówmy się, nie ma nawet skrawka tego doświadczenia i mądrości życiowej, by udawać barda. I świetnie, ja kupuję tę muzykę, nie wiem na ile Dawid miał wpływ na te kompozycje, ale jeśli to właśnie od niego zależała cała koncepcja i kierunek, w jakim ten materiał poszedł, to jestem pod wrażeniem dojrzałości i racjonalnego podejścia tego chłopaka do swoich możliwości.

I cóż, Comfort and Happiness to nie jest płyta bez wad. Część utworów niespecjalnie się wyróżnia, piosenki tracą też na wyrazistości i zlewają w jedno im dalej w las, a poza tym całość jest dosyć słabo urozmaicona i może nużyć po wielokrotnym odsłuchu. Dawid Podsiadło jednak jest jeszcze bardzo młody i wystarczy tylko poczekać aż z każdym życiowym sukcesem i porażką, z każdym udanym koncertem czy zawodem miłosnym będzie nabierał perspektywy i zacznie mieć coraz więcej do powiedzenia. Już teraz gość wykazuje niezły potencjał i bardzo mocno trzymam kciuki, by tego nie zmarnował.

Jestem na tak!