1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Open’er Watch #4: Arctic Monkeys przed ostatnią szansą

Open’er Watch #4: Arctic Monkeys przed ostatnią szansą

Arctic Monkeys swego czasu byli rewolucją na brytyjskim rynku muzycznym. Grupka młodziutkich chłopaków przed dwudziestką nagle trafiła na czołówki gazet, zaczęła zamykać największe muzyczne festiwale i być porównywana do samych The Beatles. Ale jak to zwykle bywa z młodocianymi gwiazdami, schody zaczęły się dopiero później...

Wydany w 2006 roku, w czasie przygasającej powoli popularności indie rocka spod znaku "nowej rockowej rewolucji" (która zresztą okazała się być rewolucją tylko na papierze) album Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not zmiótł konkurencję z powierzchni ziemi. Płyta zebrała do kupy niemal wszystkie piosenki, jakie już dawno były chóralnie śpiewane na koncertach znanej wówczas głównie z serwisu MySpace grupy i tym samym błyskawicznie stała się najszybciej sprzedającym się debiutanckim albumem na Wyspach, a do nabywców trafiło 360 000 kopii yulko podczas pierwszego tygodnia - a potem przyszły platyny, nagrody, wielkie trasy koncertowe i skromny zespół z przedmieść Sheffield stał się symbolem swojej epoki - tak samo ze względu na błyskawiczny sukces m.in. dzięki dobrodziejstwom internetu, jak i bardzo prostolinijną, szczerą treść swojej muzyki, kontrastującą z naburmuszonymi, przestylizowanymi gwiazdkami powoli mijającej muzycznej mody. Taki to już był czas, gdy wszyscy chłonący trendy zza kanału La Manche bawili się przy I Bet You Look Good on the Dancefloor. I przy okazji wszyscy obawiali się jak zespół przetrwa morderczą dla wielu innych ekip, mityczną próbę drugiego albumu (tutaj wstawcie sobie jakiś dramatyczny motyw muzyczny).

No i cóż, podołali połowicznie. Favourite Worst Nightmare kontynuowało surowe i szczere granie z poprzedniej płyty, znowu okraszone życiowymi i cholernie celnymi (szczególnie jak na takich młodych łepków) tekstami, ale piosenki pozbawione zostały tej lekkości i przebojowości odpowiedników z debiutu. Wszystko trochę zlało się w jedną niemrawą całość, na czym traciło tylko kilka naprawdę udanych elementów tego krążka - m.in. singlowy Brainstorm. Arctic Monkeys bardzo mocno chcieli wyjść poza ramy, w jakie zostali wbici przy okazji pierwszego krążka (a w zasadzie na długo przed jego premierą) i stąd znajdzie się na tej płycie sporo raczej nieudanych eksperymentów, m.in. widoczne zaostrzenie brzmienia czy częste, brzmiące niekoniecznie jak przemyślane zmiany stylu i klimatu na poszczególnych kawałkach. Wielu sympatykom zespołu jednak ten krążek się spodobał, okazał się również komercyjnym sukcesem, więc zespół mógł spać spokojnie i powoli przymierzać się do ostatecznego określenia swojego miejsca na scenie muzycznej przy okazji kolejnej płyty.

am2

I ta znów podzieliła słuchaczy - tym razem na tych, którzy byli dziełkiem Anglików zachwyceni oraz tych, którzy spokojnie postawili na nich krzyżyk. Ja w tym momencie do entuzjastów Arctic Monkeys już dawno się nie zaliczałem, a wiadomość, że przy produkcji tego albumu palce maczał Josh Homme z Queens of the Stone Age, wrażenia na mnie wielkiego nie zrobiła. Co innego dla fanów takiego konserwatywnego gitarowego grania - dla nich fakt, że zespół został wywieziony daleko na amerykańską pustynię, by chłonąć tamten klimat pod okiem człowieka, o którym mawia się, że zamienia w złoto wszystko, czego się dotknie, był wystarczającym powodem, by znów się Małpami zainteresować. I zgodnie z oczekiwaniami, płyta Humbug okazała się w swoim brzmieniu bardzo amerykańska, przywodząca na myśl retro-brzmienia lat 70-tych - co też zapowiadali muzycy, tłumacząc w wywiadach o inspiracjach Black Sabbath i Jimim Hendrixem. Gdzieś tam jednak pod odpowiednio przybrudzoną produkcją, zniknął niemal zupełnie zmysł pisania wpadających w ucho piosenek, a Arctic Monkeys stali się typowym solidnym bandem, który w żadnym razie nigdy nie odstawi jakiejś żenady, ale też i nie zachwyci, bo nie do końca ma czym. Ot, bezpieczni gracze środka tabeli, których odważny zwrot w poszukiwaniach muzycznej tożsamości może się podobać, ale brak ciekawych kompozycji i bezpretensjonalnego tonu pierwszej płyty skazuje na przeciętność.

Ostatni póki co długogrający krążek zespołu, Suck It and See, kontynuuje drogę obraną przy okazji poprzednika, ale za produkcję tym razem wziął się James Ford zamiast Homme’a, co słychać niemal natychmiast. Płyta wciąż jest bardzo “amerykańska”, ale brzmienie zostało wygładzone, a kompozycje ugrzecznione i dostosowane do wymagań radiowej publiki. Powstał zatem album dla nikogo - fani poprzednich krążków kręcili nosem na zmianę stylistyczną i całkowity odwrót od bezpośrednich, inteligentnych tekstów, które zastąpił typowy popowy bełkot, natomiast antyfani w żadnym razie nie znajdą tu nic, co by ich przekonało do zmiany zdania.

Tymczasem zespół pracuje nad nowym krążkiem, znów na kalifornijskiej pustyni, a w międzyczasie koncertuje - a 4. lipca wystąpi w Polsce, w ramach Open’er Festival. Poprzedni występ Arctic Monkeys nad Wisłą, zresztą również na Open’erze, został przyjęty dosyć chłodno, a muzycy wyraźnie nie byli wówczas w formie - czy teraz będzie inaczej? Oby, bo to też ostatnia szansa dla nich, by się uwolnić z pułapki przeciętności i tymi ostatnimi trasami zachęcić publiczność do sięgnięcia po nadchodzący kolejny krążek. Usłyszymy pewnie zatem jakiś nowy materiał, ale czy zobaczymy na scenie świeżość, energię i bezkompromisowość, za jaką pamiętamy ich jeszcze z okresu debiutanckiej płyty? Trzymam kciuki.

am3