1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Wielka Kradzież Aut

Jeżeli podczas zabawy z Grand Theft Auto Vice City, tudzież San Andreas zastanawiałeś się, jakby to wszystko zabrzmiało po polsku, to... z pewnością nie byłeś osamotniony w swoich rozmyślaniach. Wszak kto nie marzył nigdy o tym, by zamiast rdzennego "Nigga!" usłyszeć "Afroamerykaninie", a w miejscu "You motherfucker!" równie soczystego "Ty draniu"?

Nasz piękny produkt w całej okazałości!

Macie szczęście. I to nawet podwójne. Po pierwsze - dwie gry z serii Grand Theft Auto - Vice City oraz San Andreas rzeczywiście ukazały się w polskiej wersji językowej. Po drugie - za tłumaczenie nie odpowiada Telewizja Polska, tylko ekipa lokalizująca na zlecenie Cenega Poland. Tym samym, na szczęście, otrzymujemy wersję pozbawioną przesadnej cenzury, chociaż na pewno jest grzeczniej niż życzyliby sobie tego fani dialogów gangsterów z Miami czy pracujących w ulicznych gangach bandziorów z San Francisco.

Kto w ogóle wpadł na pomysł tworzenia GTA po polsku? W końcu to już gruba przesada - gra, w której naprawdę mało kto koncentruje się na dialogach, pojawia się w sklepach opatrzona biało-czerwoną naklejką. Przed premierą pojawiły się liczne kontrowersje - wszak czy nasz rodzimy język będzie w stanie oddać cały smaczek zaimplementowanych w serii rozmów, tekstów i dowcipów? A może po prostu zła Cenega po raz kolejny chciała zarobić pieniądze na naiwniakach? Niestety, takie głosy też się pojawiły - chociaż słuszna okazała się sugestia co do ceny (szczególnie San Andreas) - blisko dziewięćdziesiąt złotych za dwuletni produkt to na naszym rynku dość precedensowe wydarzenie... Ale uprzedzając wszelkie Wasze pytania - warto.

A tu nic związanego z lokalizacją, ale autor tekstu powiedział, że po prostu lubi tę babkę!

Vice City sprzedawane w serii Super$eller za przyzwoitą kwotę 50 złotych oferuje polską wersję językową w postaci napisów, głosy lektorów pozostały oryginalne - i bardzo dobrze. Jakość lokalizacji jest naprawdę bardzo zadowalająca - przede wszystkim teksty nie tracą na swojej jakości, a przy tym są poprawne gramatycznie, stylistycznie i ortograficznie.

Idealna sprawa dla każdego, kto nie chce stracić nawet fragmentu fabuły, a ma problemy ze znajomością angielskiego, który zresztą w serii GTA akurat zawsze bogaty był w elementy amerykańskiego slangu blokowisk. Jedyne zastrzeżenie, które razi niemiłosiernie, to (całkiem zrozumiałe zresztą) przetłumaczenie słów "WASTED" i "BUSTED". Ta gra bez nich jest czymś po prostu innym... a "WPADKA" nijak nie zastępuje całej magii emanującej z anglojęzycznych wersji napisów! Jeszcze jedno zastrzeżenie, które mi się nasuwa, choć może to być kwestia zwykłego przyzwyczajenia - czytelność nazw misji. Mam wrażenie, że gdy różowym fontem napisane są polskie słowa, to stają się one mniej czytelne. Ale być może to już zboczenie starego fana oryginalnej wersji językowej.

Pruj powietrze mój wierny rumaku!

Podobnie, jeśli nie lepiej, w przypadku Grand Theft Auto: San Andreas. Ekipa lokalizująca po raz kolejny spisała się naprawdę dobrze i język wszelkich dialogów i animowanych scenek jak najbardziej jest daleki od uznania go za "sztywny". Wprawdzie do oryginału trochę brakuje, ale i tak czapka z głów dla tłumaczy, którzy w miarę zręcznie poradzili sobie z powierzonym im zadaniem. Podobnie jak w przypadku Vice City, gra umieszczona została na dwóch dyskach - jednym, zawierającym samo San Andreas oraz drugim - zawierającym patch polonizujący. I - znów podobnie jak u poprzedniczki - całość instalacji przebiega bez najmniejszych zastrzeżeń. Wielkim atutem jest także fantastyczna i gruba instrukcja do gry. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam takie bajery - wszystko w atrakcyjny sposób opisane, rozrysowane. Aż chce się przeniknąć do świata wykreowanego przez Rockstar Games.

No niestety... pizza cały czas była amerykańska i paskudna!

Zapytacie mnie - i co z tego? Przecież to jest oczywisty sposób na zdobycie kolejnej kasy na graczach. I cóż - macie rację. Rzecz w tym, że to tak jak z różnicą między perswazją a manipulacją. Obie nakłaniają do zrobienia czegoś, ale tylko w pierwszym przypadku bez ewidentnej krzywdy dla nakłanianego. Tak samo jest z polskimi San Andreas i Vice City - dostajecie za odpowiednią kwotę dwie świetne gry, fantastycznie wydane, bardzo dobrze zlokalizowane i jeżeli tylko nie zdołaliście ich jeszcze skosztować - to są produkty, po które w te wakacje priorytetowo musicie sięgnąć. Bo są wyśmienite.

A dla lepszych w angielskim - bez polonizującego patcha też naturalnie da się grać, wystarczy go nie instalować.