1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Race Driver: GRID

Dirt był cudowny. TOCA zawsze była wspaniała. Codemasters to jedni z najlepszych producentów wyścigówek na świecie, ścisła czołówka. Fuzja serii Colin McRae Rally oraz Tourning Car nie mogła się nie udać, pozostawało jedynie pytanie, jak fenomenalna będzie gra, która właśnie pojawiła się na sklepowych półkach, jeszcze gorąca i z zapachem palonej gumy.

To, że GRID będzie hitem było pewne już od samego początku. O wyżej wspomnianej fuzji czytałem z wypiekami na twarzy, mając w myślach ostatnie świetne twory ludzi z Codemasters. Moje oczy zalała wizja fenomenalnej, fotorealistycznej grafiki, idealnie dopracowanego systemu zniszczeń, ogromnej masy licencji, świetnych powtórek i niesamowitych pokładów adrenaliny, którą w wypalony krążek twórcy wlewali wiadrami. Bingo, już dawno nie dostałem dokładnie tego, czego oczekiwałem. Codemasters po raz kolejny nie zawiodło, pokazało, kto tutaj wiedzie prym. Reszta po raz kolejny została mocno w tyle.

I pomyśleć, że zaczynamy od czegoś takiego.

Mimo wszystko pierwsze wrażenie było dosyć średnie. Utrzymane w ciemnej tonacji trójwymiarowe menu jest co prawda fajne i ładne, ale grająca w tle muzyka już nie. Nie wiem, może ta spokojna, monotonna i irytująca piosenka miała być idealnym przeciwieństwem do ekstremalnie szybkich wyścigów, które przede mną, ale efekt końcowy nie okazał się zbyt przekonywujący. Podobnie jak w przypadku Dirta, ścieżka dźwiękowa to mankament zmywający mi sen z powiek, myśląc o tym tworze, jako o dziele doskonałym dla wszystkich niedzielnych rajdowców. Pod tym względem ludzie z Codemasters (i w zasadzie tylko pod tym) mogliby nauczyć się od EA, co to znaczy wgniatająca w fotel lista utworów. Tego leniwego ambientu w tle miałem dość już po kilkunastu pierwszych wyścigach.

Jak się wozić, to ze stylem!

Chwilę potem GRID uderzył we mnie z siłą TVR Tuscana rozpędzonym do prędkości 350 kilometrów na godzinę. Wystarczył pierwszy wyścig, aby zdać sobie sprawę, jak wspaniała i piękna jest to gra. Uczucie prędkości zwaliło mnie z nóg, miałem ochotę na więcej. Wystarczył jeden rajd, aby jasno uzmysłowić sobie, jak daleko w tyle GRID pozostawia swoich konkurentów. ProStreet odpada w przedbiegach, Burnout Paradise jeszcze nie zadomowił się na PC, ale już nie ma po co tutaj przychodzić, a TDU wychodzi właśnie z pomieszczenia z płaczem, chowając głowę z dłoniach. GRID zajął miejsce króla wyścigów w moim sercu, wykopując swojego staruszka, ostatniego Collina.

Pierwsze, na co zwróciłem uwagę, to oczywiście fenomenalna grafika. Miałem rację obstawiając, że do czasów premiery nowego MacRae Rally żadna gra nie przebije Dirta pod względem obrazu. Tak też się stało, chociaż przez świętej pamięci Szkota firma musiała zmienić nazwę i koncept swojego nowego produktu. O ile ostatni Colin był przepiękny, GRID powoduje palpitacje serce i padaczkę wśród wszystkich fanów komputerowych wyścigów. Innej równie pięknej wyścigówki po prostu nie ma i, za co mogę sobie dać odciąć myszkę, jeszcze długo nie będzie. GRID ustala tutaj zupełnie nowe standardy, zachwycając sobą już od pierwszego wrażenia. Najcudowniejsze są oczywiście modele samochodów - szczegółowe, perfekcyjnie dopracowane oraz bardzo realistyczne. To, że lakier błyszczy w słońcu czy brud osiada na karoserii to już w grach z tej stajni standard. Fakt, że promienie słoneczne realistyczne oślepiają, spod kół wydobywa się dym po palonej gumie, a na żwirowanym torze całe chmary pyłu unoszą się w powietrze to też już drobiazgi niewarte wspomnienia.

Dla kierowców samochodów "muscle" korki mają nieco inne znaczenie...

Poza samochodami świetnie wyglądają również lokacje, na których przyjdzie się nam ścigać. Największe wrażenie zrobiła na mnie w pełni trójwymiarowa publika oraz ogromna masa szczegółów na trasach, których zapewne i tak większość z nas nigdy nie zauważy, rozpędzając się do niebotycznej prędkości, z nałożonymi fenomenalnymi filtrami graficznymi imitującymi uczucie ogromnego pędu. Trasy są bardzo szczegółowe, potrafią skutecznie dekoncentrować swoim wyglądem i, co najważniejsze, zdają się być żywcem przeniesione z prawdziwych miejsc, a przynajmniej część z nich. Tory są niesamowicie różnorodne. Przyjdzie nam ścigać się zarówno po miejskich ulicach, jak i prawdziwych rajdowych OSach, kończąc na arenach crash derby. Największe wrażenie zrobiły na mnie trasy w Milanie (charakterystyczna katedra), Waszyngtonie ( mógłbym przysiąc, że Bush machał przez okno) oraz doki w Jokohamie. Ale to właśnie główna zaleta GRIDA - ścigamy się wszędzie i wszystkim.

Jak widać na prawo, budowa stadionu wre!

Największą niespodziankę miałem widząc w opcjach możliwość jazdy prawdziwi bolidami. Niczym Kubica, pojawiłem się na pasie startowym, aby śmigać po miejskich ulicach z prędkością 300 kilometrów na godzinę. Adrenalina w takich momentach naprawdę uderza do głowy. Ryk silnika, superczułe sterowanie, ekstremalna dawka realizmu i bardzo czuły system zniszczeń. Do tego ten fantastyczny efekt prędkości… Aż chce się zwolnić! Gdy już przegoniłem Kubicę w osiągach, ponownie musiałem zbierać szczękę z podłogi.

Tym razem widząc w GRIDZIE opcję… driftowania. Niczym w nielegalnych ulicznych wyścigach, z piskiem opon darłem gumę na kolejnych japońskich torach, zaliczając punkty za jak największą ilość poślizgów. A musicie wiedzieć, że Drift w tej grze to coś niesamowitego, przebija na głowę to, co widzieliście najnowszych NFS czy Juiced 2 o kilka okrążeń. Wszystko za sprawą świetnego modelu jazdy, dzięki któremu możemy wykonywać niesamowicie długie poślizgi. Wystarczy jednak tylko jeden błąd, a wylatujemy z trasy. Ta gra naprawdę uczy pokory.

Tak to wygląda od środka.

Kolejną nowością, która przyprawiła mnie o zachwyt były uliczne wyścigi. Wzorem Undergroundów, spotykamy się w mieście z grupą innym zapaleńców z nitro na pokładzie, po czym wciskamy gaz do dechy i zasuwamy między kolejnymi budynkami specjalnie ustaloną trasą, która stanowi zaledwie część większego miasta. Jest nitro, są zachodnie fury i szalejąca młodzież ustawiona po bandach. Brakuje tylko grubego bitu z głośników, ale opcja i tak niezła. W końcu możemy poczuć konsekwencje pędzenia po 200-250 km/h pod swoim blokiem, gdy uderzymy prosto w betonową latarnię przed nami. Dla przypomnienia - żaden wcześniejszy Underground czy Most Wanted nigdy nie oferował czegoś takiego. Tam mieliśmy zręcznościówkę pełną gębą, tutaj mamy dopracowany model jazdy, który symulatorem co prawda nie jest, ale znacznie bliżej mu do niego, niż do produkcji ze stajni EA.

Najgorzej zawsze ma ten na początku ;)

Innym ciekawym trybem jest "Demolition Derby". Ścigamy się w nim po specjalnie zaprojektowanych trasach pełnych ramp i nasypanych wyskoczni. Wygrywa ten, kto pierwszy dotrze na metę, ale prawda jest niestety taka, że mało kto na tą metę w ogóle dojedzie. A wszystko przez układ toru, który wręcz zaprasza do kolejnych stłuczek i zderzeń. Gdybyście widzieli jedną z takich tras po kilku okrążeniach - prawdziwe złomowisko. Wszędzie walają się samochodowe części, od czasu do czasu spotkamy się z jakimś powgniatanym wrakiem. No i ten ryk z trybun, kurz i pył fruwający dookoła… Niesamowity klimat.

"Coś ci spadło" w takich sytuacjach chyba nie jest odpowiednie.

Kolejną nowinką jest "Touge". Jeżeli miałbym porównać do czegoś ten dziwaczny tryb, najbliżej byłoby mu zapewne do wyścigów z kanionach z nie aż tak starego Carbona. Dwa samochody, dwoje przeciwników i kręta, górzysta trasa tam i z powrotem. Jazda jest o tyle utrudniona, że za każde dotknięcie przeciwka dostajemy karne sekundy, a musicie wiedzieć, że odległości między rajdowcami są tutaj naprawdę minimalne. To właśnie ten tryb zapewnił mi największą dawkę adrenaliny - ciasna górzysta uliczka, hamulec ręczny na ostrym zakręcie, gaz do dechy, przeciwnik kilkanaście centymetrów przed moją maską i raptem pół kilometra do końca. Nie poczujecie, dopóki nie zagracie. Touge dzieli się na dwa "podtryby" - jest nią zwyczajne Pro - czyli jazda w dzień oraz Midnight- jak sama nazwa wskazuje ścigamy się w nocy, a żeby było ciekawej, na ulicy panuje aktywny ruch innych samochodów. Świetna sprawa.

Zawsze znajdzie się kilku takich, którzy sądzą, że ich bolidy potrafi przebić się przez "tą kupę gruzu naprzeciwko".

Ostatnią oryginalną kategorią wyścigów jest "Le Mans", zwłaszcza jego dwudziestoczterogodzinna opcja. Wzorem prawdziwych wyścigów, zadaniem gracza jest przejechać jak najwięcej okrążeń w ciągu jednej doby. A jeździmy najszybszymi furami pod słońcem, trzymając nogę na gazie niemal cały czas. Tak moi mili, 24 godziny przed ekranem komputera, nie przesłyszeliście się. Przecież zawsze chcieliście się poczuć jak rajdowi kierowcy, teraz macie ku temu naprawdę dobrą okazję. Na całe szczęście jest opcja skrócenia tego czasu nawet do… 10 minut, ale to już profanacja. Wydaje mi się, że 2, 3 godziny to optymalna dawka. W końcu maraton to maraton, dla słabeuszy nie powinno być litości! Dodajmy do tego, że wygrana w tych wyścigach to najbardziej elitarna nagroda w całym GRIDZIE, a więc naprawdę jest o co walczyć.

Nie, to nie Carbon. Mniej bitu, więcej jeżdżenia...

Oczywiście nie zabraknie też wyścigów samochodami Muscle, weźmiemy udział w klubie GT, TOCA również nie będzie nam obca. Jednym słowem - kategorii i możliwości jest cała masa, wystarczy na wiele długich godzin gry. Sam byłem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem. Brakowało tylko czasówek pokroju Colina, ale cóż, od przybytku boli głowa. Czy jakoś tak… Brakuje tylko Moto GP i rajdu Dakar, żużlu i wyścigów bobslejów. GRID może nie powala ogromem tak jak Gran Turismo, ale gwarantuję wam, bardziej wszechstronnej gry wyścigowej na komputery osobiste nie zobaczycie jeszcze przez długi okres czasu. Najprawdopodobniej do premiery kolejnej części GRIDA.

I jak się w taki nie wbić?!

Fury, jakim przyjdzie się nam ścigać to już klasa sama dla siebie. Zaczynając od tuningowanej Toyoty Supry, Nissana Skyline GT-R Z-TUNE, Hondy NSX-R I świetnego Nissana 350Z, poprzez samochody klasy muscle takie jak Plymouth AAR CUDA, Dodge Challenger, Ford Mustang GT-R i Fort Mustang Boss 302, Dodge Viper SRT-10 i Chevrolet Camaro, na samochodach tourning car takich jak BMW 350SI i Chevrolecie Lacetti kończąc. Dodajmy do tego superszybkiego TVR Tuscana do ścigania się w klubie GT, Toyotę Corollę GT-S, Pontiaca GTO i Toyotę Soarer dla stworzone dla driftu oraz demony szybkości takie jak JRC JF1000 czy Lamborghini Murcigello. Samochodów nie jest morze zatrzęsienie, ale jest ich bardzo dużo i z całą pewnością nikt nie ma prawa do narzekania. Zwłaszcza, że każdy z nich ma swój własny, charakterystyczny styl i inną konstrukcję, co wpływa zarówno na inną jazdę, jak i zupełnie inny model zniszczeń. Co powiecie na bolid JF1000, który nagle staje w płomieniach albo XXX, który jedzie z tak ogromną prędkością, że jego przód zaczyna wznosić się do góry? To trzeba zobaczyć, to trzeba poczuć.

W 10 sekund do nadświetlnej!

Jak już wcześniej wspomniałem, GRID to w tej chwili najlepsza gra wyścigowa na PC i nie ma dla niej żadnej godnej alternatywy. Jeżeli uwielbiasz rajdy, masz w domu komplet kierownic, w tle plakat Kubicy, a na półce miniaturkę najnowszego Nissana - nie możesz przejść obok tej gry obojętnie. GRIDA polecam również niedzielnym amatorom, którym "wyścigi" kojarzą się z kolejnymi odsłonami serii Need for Speed. Poznacie, co to znaczy prawdziwa szybkość, prawdziwe niebezpieczeństwo. Nauczycie się przy tym masy pokory i cierpliwości oraz, co najważniejsze, że hamulec to nie tylko dodatkowa opcja, ale niezbędny element podczas jazdy. A gdy już wejdziecie w ciąg, zaczniecie wygrywać pierwsze wyścigi, zrozumiecie, jak dopracowana i elegancka jest ta gra, jakie daje możliwości. Osobiście jestem pewien, że w GRIDA będę grał jeszcze długo po napisaniu tej recenzji. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że do czasów premiery następnej gry ze stajni Codemasters. A tymczasem wyłączam się z życia publicznego na 24 godziny, Le Mans czeka. Do zobaczenia za kółkiem!