1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Największa przyjemność świata

Największa przyjemność świata - chyba wiadomo, o co chodzi, prawda? A jeśli masz mniej niż dwanaście lat i nie wiesz - spytaj mamy. Tej kwestii wyjaśniać nie zamierzam. Zresztą, ja tu recenzuję książkę, a nie... ekhm, no... Ech, przejdźmy do meritum.

Nie wiadomo, czy poprzez tytuł autor nie chciał przypadkiem przekazać, że przyjemność towarzysząca lekturze jego dzieła może równać się jedynie z seksem (nie, nie mam problemów z wymówieniem tego słowa tak jak we wstępie, ale chciałem przestrzec młodszych czytelników i ich rodziców, by nie czytali dalej. Znajcie me dobre serce...). Być może, pewnym jest jednak, że wokół seksu kręci się fabuła tego kryminału. Głównym bohaterem jest Artur Brandt, dziennikarz śledczy, któremu nie ma co zazdrościć ciepłej posadki, miękkiego fotela i kobiety siedzącej na kolanach, albowiem facet zostaje wylany z telewizji, przedtem zaś dostaje kosza od swej narzeczonej. Normalnie każdy popadłby w pesymizm, alkoholizm, dekadentyzm i parę innych "-izmów". Ale nie Brandt, co to to nie! On zakasuje rękawy i rzuca się w wir pracy. A cóż za profesja pozostaje ex-dziennikarzowi śledczemu do wyboru? Oczywiście, zakłada agencję detektywistyczną. Razem z seksowną, a jakże, sekretarką już na samym początku przyjmuje intratne zlecenie - mianowicie ma odnaleźć porwaną córkę pewnego biznesmena, jednego z najbogatszych ludzi w kraju. A że Artur zawsze miał słabość tak do pięknych kobiet, jak i do grubych plików banknotów - ochoczo zabiera się do rozwiązania tajemnicy.

Jak widać, pomysł na fabułę nie jest jakiś super-oryginalny, z podobnym mieliśmy do czynienia chociażby przy okazji filmu "Osiem milimetrów". Akcja jest jednak poprowadzona bardzo sprawnie i kilka razy jesteśmy świadkami nieoczekiwanych zwrotów akcji. To udało się autorowi idealnie - nieustannie wodzi nas za nos i gdy już czujemy, że możemy sami założyć agencję detektywistyczną, bo odkryliśmy tajemnicę, nagle okazuje się, że nie mamy racji. Końcówka w ogóle kładzie na łopatki każdego domorosłego śledczego.

Całość napisana została językiem, rzekłbym, luźnym (nie mylić z luzackim!). Jako że jest to kryminał, Dąbała chciał dotrzeć do jak największego grona odbiorców i powieść wcale nie odznacza się niczym szczególnym pod tym względem. Wszystko jest na swoim miejscu - krótkie opisy, dużo dialogów, a przede wszystkim - całość napisana jest z odpowiednim dystansem. Szczególnie te fragmenty, w których przyglądamy się poczynaniom Brandta, bo oprócz tych mamy do czynienia także z epizodami widzianymi oczami Nany Radwan - porwanej córki biznesmena. Mamy wtedy nieco czasu, by przy spokojnych, stonowanych opisach zdarzeń odpocząć od szybkich obrazów w historii detektywa, urozmaicanych dodatkowo ciętymi uwagami.

Największa przyjemność świata

I dochodzimy do elementu, który jest jednocześnie zaletą i wadą. Pseudo-chandlerowski styl na początku drażni, później się do niego przyzwyczajamy, ale im dalej w las, tym denerwuje coraz bardziej. Coś, co mogłoby idealnie urozmaicać akcję co stronę-dwie, staje się w pewnym momencie trudną do zniesienia normą. Może Dąbała chce leczyć kompleksy, chwaląc się swoim ciętym językiem i umiejętnością ripostowania, ale robi to na szkodę czytelników. Fakt, krótki dialog pomiędzy Arturem a pracownikiem pewnej firmy zwalił mnie z kanapy, ale jest to jeden z chlubnych wyjątków. Pozostałe "ironie i sarkaźmiki" albo niespecjalnie zwracają na siebie uwagę, albo powodują krótkie parsknięcie ze śmiechu, albo tę samą reakcję, tym razem spowodowaną zdołowaniem. Granica dobrego smaku nie została na szczęście przekroczona, nie odrzuca od książki jak goryl przed wiejską dyskoteką.

Co by jednak nie mówić - Największą przyjemność świata czytało mi się bardzo... przyjemnie. Mimo wszystko, lekki styl robi swoje, a fabuła naprawdę jest bardzo mocną stroną powieści. Na dwa-trzy wieczory - pozycja idealna dla każdego fana kryminałów.