Syberia nie kojarzy nam się zbyt dobrze, zwłaszcza w świetle doby porozbiorowej, kiedy była więzieniem dla wielu Polaków czy w ogóle ludzi nie zgadzających się z linią polityczną carów. Niemniej jednak przyciąga. Poszukiwaczy bogactw, naukowców, inżynierów i jednego matematyka - Benedykta Gierosławskiego.

A po cóż to Benedykt gna aż na Syberię? Historia równie długa, co i sam Lód, a i zacząć trzeba zupełnie od czegoś innego. Świat bowiem w 1924 roku wielce się (nie) zmienił - carska Rosja dalej jest jak najbardziej carska, a wojna z Japonią ciągnie się cały czas, z małymi przerwami, od roku 1905. Historia stanęła w miejscu - co można stwierdzić na pierwszy rzut oka. Wszystko za sprawą Lodu, który rozprzestrzenia się od Syberii aż po Warszawę i sprawia, że wszystko zamarza - już nie tylko ziemia, lasy i pola - jak za czasów poczciwego i tradycyjnego Dziadka Mroza, ale też historia. Naturalnym jest, że ludzie i decydenci dzielą się na widzących w Lodzie zbawienie lub utrapienie szkodzące Rosji. Niemniej wszyscy ratunek widzą w jednym człowieku - zesłańcu z Polski, który, jak wieść niesie, może porozumieć się z Lutymi, czyli stworzeniami Lodu, kiedy przeciętny człowiek odczuwa silny ból nawet przy bliskim kontakcie wzrokowym. Zdaje się oczywistym, że każdy chce być pierwszym, który zamieni z zesłańcem słowo, także carskie Ministerium Zimy, które wysyła na Syberię pana Benedykta. Dlaczego właśnie jego, biednego studenta z górami hazardowych długów? Wydaje się jednak, że on ma największe szanse wpłynąć na swojego… ojca. Problem jest tylko właściwie jeden - Benedykt wcale nie chce jechać zobaczyć swojego rodziciela. Nawet nie dlatego, że jest świadom pomagania zaborcom. Po prostu jego ojciec niezbyt dbał w przeszłości o syna, więc i taki obraz z lat młodzieńczych ten drugi wyniósł z lat dzieciństwa.

Tak rysuje się przed nami fabuła utworu. Tysiąc stron to naprawdę dużo, zaś każdego szczegółu nie sposób opisać. Co jeszcze można o Lodzie powiedzieć? Z pewnością to, że jest obszerny - i nie tylko objętościowo, także jakościowo. Czyta się ciężko, pomijając już nawet stylizowanie tekstu na wczesny wiek XX. Głównie poprzez wprowadzenie dużej ilości treści nawet i filozoficznych, chociaż częściej po prostu rozbudowanych rozważań inteligentnego człowieka na temat świata, polityki i nie tylko. Akcja toczy się szybko, sama fabuła zaś bardzo powoli, co wyłożyć można na przykładzie opisu podróży Koleją Transsyberyjską - około czterystu stron dobrego kryminału, gdzie mamy i nagłe zwroty akcji, wątek miłosny i czysto kryminalną oś główną wydarzeń. Wszystko to jest tylko punktem fabuły, ale akcja tu toczy się niezmiernie wartko.

Lód

Rodzi się pytanie - czy to może być jednak nudne? Odpowiedź brzmi - może. Nie da się ukryć, że Lód miejscami jest zwyczajnie przegadany. Fragmenty ciągną się w nieskończoność, nie mając przeważnie dużo wspólnego z fabułą czy dziejącą się akcją. O ile rozważania, czy to autora, czy Benedykta, czyta się miło, o tyle dialogi są najzwyczajniej w świecie nudne, a opuszczenie ich ani trochę nie utrudni nam dalszej lektury.

Warto zaznaczyć, że Lód jest książką niemalże idealną, a powyższa jej wada - jedyną. Prócz ceny, ale ceny książek to temat-rzeka, drażniący nie tylko biednych studentów. Ponad tysiąc stron, sześćdziesiąt złotych i twarda oprawa i treść warta dużo więcej niż te pieniądze.

Jaki Dukaj jest, każdy widzi. Zdania są podzielone, ale większość uważa go za cudowne dziecko polskiej fantastyki, teraz już trochę większe i nie dziecko, ale dalej cudowne. Wszystkie wydane do tej pory książki autora zyskały miano albo świetnych i wartych przeczytania, albo almanachów, które każdy musi znać. Xavras Wyżryn, Inne Pieśni - to przykłady właśnie tych drugich. Gdzie dołączy Lód? Zdecydowanie do wyżej wymienionych.