Mróz na dworze, wiatr wieje jak szalony, spadły pierwsze płatki śniegu, więc pozostaje mi siedzieć w przytulnym domku, gdzie żadne z wymienionych zjawisk atmosferycznych mnie nie dosięgnie. W taką pogodę najlepiej spędza się czas w jakimś ciepłym pomieszczeniu, no ale wtedy często bywa, że i nudą cholernie zawiewa. Wziąłem z przyczyn nie ode mnie zależnych pierwszy film z brzegu (kierowany przez jakieś mroczny siły ;P). Wypadło na "Kawalera". Przyznam, że już gdzieś to widziałem, takie było moje pierwsze odczucie, jakie mnie naszło. Ale czego się to nie robi, żeby czymś zapełnić wolny czas. Tak, więc upłynęły mi prawie dwie godziny…

Kawaler
Kawaler

…prawie dwie długie, ciągnące się godziny. Nie powiem - katorga to wielka była. Już tak słabego filmu dawno nie widziałem, przynajmniej z tego gatunku. Nie polecam i wręcz go odradzam, jest wiele więcej ambitnych produkcji. Obejrzeć można go tylko wtedy, gdy zza oknem chucha, dmucha i sztormem zalatuje, a w domu nie mamy nic ciekawego do roboty ani nie mamy ochoty w taką pogodę się gdzieś wybrać. Ale i tak jest to naprawdę stratą czasu. Po trochu jednak, po trochu…już piszę Wam werdykt, a nie napisałem, co jest tak rzeczywiście złe w tym filmie.

Kawaler

"Kawaler" opowiada historię Jimmiego Shannona (Chris O'Donnell), normalnego (jak z początku może się wydawać), spokojnego mężczyznę, któremu nie bardzo spieszy się do ślubnego kobierca. Spotyka się z kobietami, bawi i cieszy się życiem. Pewnego słonecznego dnia spotyka on dziewczynę swego życia Anne (Renée Zellweger). Oboje zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia i żyją długo i szczęś…STOP! No nie tak dosłownie, po prostu spotykają się z sobą przez długi okres, więc raczej to prawdą nie jest (to przez to, że czasem za bardzo wczuwam się w to, co przelewam na papier, ale tak już bywa w tym zawodzie, który jest - jak można było niezbyt się spodziewać - pełnym niespodzianek ;)). Najbliżsi przyjaciele głównego bohatera się pobrali, a on został sam jak taki kołek. W końcu jednak przemógł się, nabrał w sobie sił i zdobył się na decyzję swojego życia, lecz kiedy doszło do sedna sprawy wyjątkowo spaprał całą tą "scenkę" z zaręczynami.

Po niedługim czasie dowiaduje się o śmierci swojego ojca, który zostawił mu w spadku 100 milionów zielonych , ale tylko jeśli ożeni się przed swoimi 33 urodzinami. Niby nic takiego, gdyby nie to, że następują one za 24h! No i Jimmie przez prawie cały film próbuje znaleźć wybrankę serca. Z jakim skutkiem? Chyba nie chcecie, żebym zdradził Wam całego filmu?

Kawaler

Film jest pełen oczywistych zwrotów akcji. Czasem może i potrafi nas rozchmurzyć, ale tylko na chwileczkę. Po chwili znów oczy tak jakby się same zamykały…Ale z wyjątkowym trudem przebrnąłem przez "Kawalera", lecz w każdym razie żałuję każdą, straconą z nim tłustą, tłuściutką minutkę. Na rynku jest wiele, wiele więcej lepszych produkcji, zabawniejszych oraz nie powodujących u nas nagłego stanu zasypiania.

Aktorzy też nie bardzo się popisali. Zagrali co najwyżej przeciętnie. W roli Anne wolałbym ujrzeć jakąś inną aktorkę niźli Renée Zellweger, za którą niezbyt przepadam. Sam nie wiem czemu, po prostu nie podobają mi się filmy, w których występuje (i naprawdę nie bierzcie sobie tego do serca). I moja ocena nie wynika z mojego nastawienia do samej aktorki, bo znajdą się komedie, w których wczuła się w swą postać dużo, dużo lepiej. Chyba jeszcze gorzej zaprezentował się Chris O'Donnell, który wcielił się w głupkowatego Jimmiego - nie wiedzącego, czego tak naprawdę pragnie. A szkoda, bo milej wspominam jego kreacje w starszych produkcjach filmowych, choćby w "Batman i Robin".

Kawaler

Ogólnie rzec biorąc, "Kawaler" reżyserii Gary'ego Sinyora jest raczej słabą produkcją. Na tle innych komedii romantycznych wypada co najmniej blado. Na o wiele wyższym poziomie stoją równie z głupim poczuciem humoru filmy z Hugh Grantem jak chociażby "Notting Hill". A że recenzowany przeze mnie tytuł jest dość długi to w zupełności go odradzam, nawet jeśli się zanadto nudzimy i pragniemy jakiejkolwiek rozrywki.