1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Job, czyli ostatnia szara komórka

Nieraz się już zdarzyło, że współczesna polska kinematografia popełniła błąd i zaczęła wypuszczać wychwalane wyłącznie na spotach reklamowych rodzime komedie. "Misia" czy "Seksmisję" zastąpiono "świeżymi" koncepcjami kiczu, które starają się być na "światowym" poziomie, marnie naśladując amerykańskie komedie zarówno kryminalne jak i romantyczne (patrz "Tylko Mnie Kochaj" , "Ja Wam Pokażę!" czy "Lawstorant"). Twórca "Symetrii", Konrad Niewolski, powiedział głośne "nie!" w tym temacie i w ramach buntu stworzył swój własny humorystyczny produkt, który miał stać się przełomem.

Job, czyli ostatnia szara komórka

Akcja filmu dzieje się na jednym z polskich blokowisk. Poznajemy trójkę głównych bohaterów - Chemika, Pelego i Adiego - którzy już od najmłodszych lat zawsze trzymali się razem. Ze względu na przeróżne przyzwyczajenia i środowisko, w jakim się wychowywali mają kłopoty ze znalezieniem stałej pracy. Włóczą się, więc bezczynnie po mieście zbijając bąki, a Chemik w wolnych chwilach uczy się na egzamin poprawkowy z chemii organicznej. Pewnego razu, dziewczyna Adiego załatwia mu rozmowę o pracę, do której jednak musi się nauczyć w sposób komunikatywny władać językiem angielskim. No i bohaterowie "ruszają" w przygodę, aby znaleźć dobrego i taniego nauczyciela.

Już od pierwszych kilku minut filmu otrzymujemy ostrzeżenie od krytyka filmowego, który właśnie zakończył seans "Joba", że obraz ten jest beznadziejny i oglądając go tracimy nie tylko pieniądze, ale również swój bezcenny czas. Zawiera podobno prymitywne dowcipy oraz dziwne aluzje do odbytu, które nie są wcale śmieszne, a wręcz ohydne. W tym przedstawionym monologu można wyczuć podtekst, co do kultury filmowych recenzentów przekazujący ukrytą wiadomość dla wszystkich inteligentów z ww. profesją, że to zdecydowanie nie jest pozycja dla nich.

W takim razie, po co ta recenzja w ogóle powstała? Po pierwsze, nie posiadam żadnego papierka, który by udowodnił, że należę do grona wykwalifikowanych krytyków filmowych. Po drugie, jako przeciętny widz chcę wam zaprezentować wady i zalety komedii Konrada Niewolskiego, gdyż jego wcześniejsze filmy wykreowały go jako jednego z najbardziej oryginalnych i utalentowanych polskich reżyserów młodego pokolenia. Po trzecie, nie czuję się krytykiem w tzw. humorze abstrakcyjnym. Z wielkimi nadziejami i nie biorąc słów występującego krytyka na poważnie, kontynuowałem więc oglądanie.

Job, czyli ostatnia szara komórka

Z minuty na minutę zaczynałem jednak stwierdzać, że nie do końca takiej produkcji oczekiwałem. Na początku wszystko było całkiem w porządku. Prezentacja "narratoholizmu", głównych bohaterów, ich lat dziecięcych i dorosłych, wprowadzała uczucie zainteresowania i chęci dalszego oglądania. Później jednak całość przysparza coraz więcej kłopotów. Pierwszym mankamentem jest bardzo chaotyczne podejście do sprawy scenariusza (jeśli takowy w ogóle istniał). Całość składa się na sporą ilość mniejszych epizodów, które przerywają się lub zaczynają w dowolnym czasie i łączą się jedynie postaciami. Co chwilę pojawiają się nowi bohaterowie, wprowadzający jeszcze większy zamęt. Chcą tym samym zaprezentować specyficzne poczucie humoru autora...

...mogące niekoniecznie zachwycić widzów. I niestety w większości przypadków wszelakie gagi się nie sprawdzają. Tutaj schemat "dobre, bo stare" kreuje negatywny wydźwięk u odbiorcy. Niewolski tworzy bowiem skecze z kawałów, które dawno już wyszły z mody. Jakbyście zareagowali, gdyby dziś ktoś zacząłby wam opowiadać żart o świecących się firankach, czy o pobożnych dzieciach, które zapytane, czy potrafią się żegnać odpowiadają - "Tak! Do widzenia"? No właśnie! Ta koncepcja humoru wprowadza zażenowanie i chęć jak najszybszego zakończenia seansu. Mimo to, niektórzy widzowie mogą, tak jak ja, niecierpliwie oczekiwać na zmianę rodzaju dowcipu w późniejszych scenach.

Do takiej sytuacji niestety nie dochodzi, aczkolwiek pojawiają się smaczki, dzięki którym efekt "obrażonego na cały świat smutasa" przemienia się na plus, wywołując pojedynczy i krótki histeryczny śmiech lub po prostu drobny uśmiech. Dochodzi do tego nie w momentach, gdy film przedstawia polską kulturę w krzywym zwierciadle (a sprawa nagłej ochoty/musu nauki języka angielskiego jest tu dosyć mocno naświetlona), ale gdy wytworny kinomaniak zauważy aluzje do wielu innych, starszych produkcji rodzimej kinematografii. Mamy parodiowanych m.in. "Blokersów", "Ediego" czy "Symetrię". Problem polega w tym, że tylko bardzo zainteresowany filmem polskim widz zdoła zauważyć, rozpoznać i zabawić się tego rodzaju humorem.

W trakcie oglądania, nasuwały mi się skojarzenia z serią "Straszny Film". Oto bowiem parodyjny i abstrakcyjny dowcip jest w "Jobie" na porządku dziennym, a prezentowane (czasem na siłę) gagi mają na celu nie tylko ujawnić specyfikę produkcji, ale również ocenić, dla kogo ten film tak naprawdę został zrobiony. I gdy we wszelakich parodiach motorem napędowym jest wyśmiewanie wielkich produkcji filmowych, a głupota (w teorii "tak beznadziejna, że aż śmieszna") jest niezbędnym tego dodatkiem, to w "Jobie" jest niestety na odwrót i co gorsza nie wywołuje to odpowiednich reakcji. Tematy były naprawdę dobre. Pierwsza parodia polskich filmów mogłaby zadowolić nie tylko krytyków, ale również i widzów. Zamiast tego otrzymujemy nieudaną próbę przedstawienia współczesnego polskiego społeczeństwa w sposób ironiczny. Jesteśmy karmieni przez żart słowny i sytuacyjny, który jest już tak przedawniony, że w ogóle nie śmieszy. A to jest najmocniejszy "cios", jaki można zadać komedii.

Job, czyli ostatnia szara komórka

Konrad Niewolski w jednym z wywiadów udzielonych dla Antyradia, mówiąc o "Jobie", powiedział - "Taki jest mój typ humoru. Jak komuś się nie podoba, to niech ****rdala". To w takim razie, ja już sobie pójdę...