Hollywood uczy nas wciąż czegoś nowego. Wiele osób zapewne żyje w świadomości, że tajnym agentom komputery nigdy się nie zawieszają, a wszystkie aplikacje chodzą wolno tylko wtedy, kiedy jest to potrzebne do budowania napięcia. Inna ze złotych zasad, które często obserwujemy w przeróżnych kryminałach i thrillerach mówi o tym, żeby nigdy nie podchodzić zbyt osobiście do ciemnych interesów i nie mieszać gangsterskiego życia z prywatnym, bo to zazwyczaj źle się kończy. Tym razem jednak mamy okazję być świadkami umoralniania "tego złego" przez "to dobre".

Jeśli coś miałoby mnie przyciągnąć do filmu, o którym nie mam bladego pojęcia, to nazwiska. Znany reżyser lub aktor wprost z okładek kolorowych tygodników mogą zapewnić sukces jeszcze przed premierą. W przypadku "Fatalnego skoku" podpis "Charles Burmeister" widnieje zarówno pod napisem "Reżyser", jak i "Scenariusz". Pierwsze słyszycie? Nic dziwnego. Zapewne nieco większy entuzjazm obudzi się u niektórych, gdy odkryją, że w główną rolę wciela się Val Kilmer, znany chociażby z "Deja Vu", czy nieco starszego "Świętego".

Fatalny skok

"Na początku był chaos" - w pierwszej scenie widzimy brodatego jegomościa, który ściga jakiegoś faceta z walizką. W końcu go dopada i odbiera to, co mu się należy. Od razu można się domyśleć, że cała sprawa jest dość mocno szemrana i posiadaniem towaru nie należy zbytnio się chwalić. Dla Johna ciężko zdobyty pakunek nie jest zbyt wiele wart, póki go nie spienięży. Jedyny problem polega na tym, że znajdowanie kupca metodą obdzwaniania znanych paserów zbyt bezpieczne nie jest. Wszak w końcu ktoś może stwierdzić, że jedyna zapłata, jaką może zaoferować, to kulka w czoło posłana bohaterowi. Zaczyna się więc utarty schemat - wyrolować w sprytny sposób tych złych i znaleźć kogoś lepszego. I tak do znudzenia.

Fatalny skok

Dość ciekawa jest sama konstrukcja filmu. Większość czasu widzimy proste rozmowy telefoniczne. John, złodziej z walizką, niemal przez cały czas znajduje się w parku i dzwoni to z budki, to z komórki do różnych osób, które włącza w swój cwany plan ocalenia życia przy jak największej korzyści finansowej. Ktoś ciągle każe mu czekać, więc przysiada sobie na ławeczce i zastanawia się nad sensem życia, pokazując widzowi sceny ze swojej przeszłości. Spotyka też czarnoskórego chłopca, dzięki któremu doznaje nagłego olśnienia, powraca mu sens życia i przy okazji finalizowania wielkiego skoku pragnie naprawić relacje ze swoją byłą żoną i córką. Doprawdy, wzruszające.

Po obejrzeniu "Fatalnego skoku" aż chciałoby się powiedzieć, że stanowi on swojego rodzaju "misz-masz". Takie danie trzy w jednym. Tytuł oryginału, po dosłownym przetłumaczeniu, to "Dzień Kolumba" - w pewnym momencie jedna z rozmów telefonicznych schodzi właśnie na temat bliskiego Amerykanom podróżnika. Nawiązuje się dyskusja, podczas której miałem wrażenie, jakby scenarzysta zapożyczył co nieco od Quentina Tarantino. U niego to przecież liczne dialogi dotyczą omawiania codziennych spraw, takich jak dawanie napiwków w barze czy różnice między jedzeniem w Europie a USA. Nie chcę mówić, że w wykonaniu Kilmera takich rozważań źle się słuchało, ale odnoszę wrażenie, że są tu one wplecione lekko "na siłę". Natomiast całkiem udane jest połączenie lekkiego dramatu ze spokojnym kryminałem i nielicznymi scenami akcji. Ci, którzy zdecydowali się na kupno filmu po obejrzeniu całkiem niezłego zwiastunu mogą się zawieść, bo zapewne będą liczyli na więcej pościgów i strzelanin, których jest tu jak na lekarstwo.

Fatalny skok

Polskie wydanie jest dość standardowe. Nie dostajemy praktycznie żadnych dodatków, poza tym, że okładkę od pudełka DVD możemy "wywinąć" na lewą stronę i postawić film na półce z innym obrazkiem. Nie przypadł mi zbytnio do gustu lektor. Brzmiał on trochę tak, jakby się gdzieś śpieszył i wypowiadał swoje kwestie, żeby tylko nadążyć za aktorami. Samo tłumaczenie jest poprawne, chociaż trochę irytujący może być fakt pomijania lub łagodzenia wszystkich przekleństw.

Jeśli ktoś liczy na solidny thriller bądź kryminał ze sporą dozą akcji - nie powinien oglądać "Fatalnego skoku". Jest to dość dobry kawałek kina dla niezbyt wybrednych. Może podobać się tym, którzy akurat nie mają co robić w leniwe, niedzielne popołudnie i chcą wypocząć przy jakimś "lekkostrawnym" filmie.