Gdy tylko słyszę cokolwiek o casual gamingu, od razu mam przed oczami gibającą się wesoło na kanapie rodzinkę, a w TV zapuszczone nowe przygody Mariana. I muszę przyznać, że nie ubóstwiam tego typu obrazków, a wręcz przeciwnie - nie trawię. Tym gorzej, że casual powoli opanowuje naszą branżę... Upraszczanie i ugrzecznianie gier, tak aby poczuł się w nich dobrze przeciętny dziadek czy babcia, stoi już na porządku dziennym. Również węszące za kasą Electronic Arts powoli się w tym rynku odnajduje, o czym świadczy chociażby całkowicie nowy oddział EA Freestyle, zajmujący się właśnie tego typu biznesem. Ich pierwszym murowanym hitem ma być przezabawna bijatyka FaceBreaker dla - i tu podkreślam - całej rodzinki. Wstęp powinien dobitnie mówić, co ja o całym przedsięwzięciu uważam...

Według twórców, już samo założenie produktu powinno napawać optymizmem - "Wykrzyw mordkę swojego rywala!", a po naszemu - "Udało nam się zrobić całkiem fajny system deformacji twarzy zawodników". I to by było na tyle w kwestii oryginalności, bo niczym innym szczególnym się FaceBreaker nie wybija. Ot, zwykła bijatyka z solidną - przywodzącą na myśl Team Fortress 2 - oprawą, która zachęci całą familię do wzajemnej rzezi. Oczywiście "rzezi" przez małe r, bo nawet krwi tutaj za bardzo nie ma co szukać.

FaceBreaker

Kończę już jednak marudzić, bo jeszcze mi się cera popsuje. Coś, co naprawdę zasługuje w FaceBreakerze na uwagę, to pomysłowość w wykonaniu poszczególnych zawodników. Każdy pięściarz jest na swój sposób unikalny, niepowtarzalny - taki rosyjski Molotov z pasem pełnym materiałów wybuchowych, albo jakiś pokręcony, obmalowany w cętki Szaman VooDoo czy też poruszający się z włoską gracją Romeo. Naprawdę widać, że twórcy przy kreowaniu ich słodkich mordek świetnie się bawili. A podobno wyglądają jeszcze słodziej, gdy obrobi się je prawym sierpowym... To samo dotyczy aren - jest na przykład zoo, jest jakiś placyk kempingowy, są areny z maszynami arcade dookoła... Jest po prostu ciekawie i najzwyczajniej w świecie - wesoło.

FaceBreaker

Sama rozgrywka opiera się na bardzo prostej, aż za prostej ("caaasuaaal!" - krzyknął z rozpaczą) mechanice i niestety trudno się w niej doszukać jakiejś większej głębi. Za ciosy odpowiadają dwa przyciski - jednym uderzymy w tors, drugim w głowę oponenta. Możemy się jeszcze bronić lub ośmieszyć rywala i tłuc go z jedną ręką za plecami. Tyle. Esencję zabawy ma podkręcać dodatkowo specjalny pasek, po naładowaniu którego możemy używać ataków specjalnych - zaczyna się od GroundBreakera, przez SkyBreakera i BoneBreakera, po tytułowy FaceBreaker, czyli swoisty finisher (o, i na jednym ze screenów zauważyłem jeszcze BallBreakera... brrr!). U każdego z zawodników inny, ale tak samo efektowny. O ile efektownym można nazwać skoczenie gościowi z butami na twarz. Zwłaszcza, jeżeli to twoja własna twarz.

Tak, tak, w FaceBreakerze pojawi opcja kustomizacji swojego własnego potworka. Można mu pozmieniać wszystko, poczynając od gatek, a kończąc na wklejeniu mu na twarz swojego własnego zdjęcia. Łącznie suwaczków ma być coś koło sześćdziesięciu. Nieźle. Ale pewnie część z nich da tak olbrzymi efekt, że wręcz niezauważalny...

FaceBreaker

Oprawa graficzna jest bardzo komiksowa i jak już mówiłem - niemalże kropka w kropkę identyczna jak w Team Fortress 2. Ale to wcale nie czyni jej złą, ba, właśnie dzięki braku bezpośredniej konkurencji z resztą bijatyk (no, może poza Street Fighterem 4, ale to też na siłę) wydaje się być bardzo zjadliwa i po prostu solidna, bez zauważalnych niedociągnięć. Ma swój styl i niech się tego trzyma.

Pojawi się również sieciowy multiplayer - ostatnia nadzieja, abym nie spisał tej gry na totalną popierdółkę. No wybaczcie, ale taka jest prawda. FaceBreaker będzie zapewne śmieszyć przez pierwszą godzinkę, a dawać jakąkolwiek satysfakcję przez... Góra tydzień? Nawet babcie będą wolały obejrzeć kolejny odcinek Mody na Sukces. Nie wróżę sukcesów, ale z drugiej strony... Co ja tam wiem o casual gamingu?