W dzisiejszych czasach, wśród książek fantasy, gdzie dominują "Harry Potter", "Eragon" czy "Władca Pierścieni" tudzież - lecz nie na całym świecie - nasz polski "Wiedźmin" (niedawno wydany w Wielkiej Brytanii), trudno o rodzynka, o coś nowego, coś, co zachwyci Czytelników równie bardzo, jak wyżej wymienione dzieła. Ale jednak - nadal zdarzają się perełki, które mogą po stoicku rywalizować z największymi powieściami. Jedną z takich jest debiutancka książka Brandona Sandersona "Elantris", która (prawie że) na każdym kroku zachwyca i nie pozwala zachować obojętności.

Elantris - onegdaj miasto bogów. Miasto przepojone magią, a jego mieszkańcy jeszcze bardziej. Niegdyś piękne, cudowne, lśniące niczym oświetlone blaskiem słońca. Ale od tego czasu minęła dekada. Przez ten okres zniewalający urok po prostu... prysnął. A żyjący tam Elantrianie, uważani za bóstwa, nawet za prawie- lub nieśmiertelne bóstwa i mający ogromne moce, przestali fascynować i ich prawie boskie życie zostało owiane legendą. Przyczyną tegoż stanu była Reod.

Kto by nie chciał żyć w mieście, w którym nie potrzeba ni jadła, ni krystalicznej czystej wody? Elantrianie obdarzeni niewiarygodną mocą potrafili ze zwykłej igły zrobić widły, a z ziarnka kukurydzy - kukurydzę. Wystarczył gest dłoni. Cuda czynili, w co nikt nie wątpił. Chorą nogę bez problemu uzdrowić mogli. Lecz wymagało to skupienia i dokładności. Wszystko za pomocą znaków, które rysowali. Czar prysnął. Mieszkańcy stali się przeciwnością samego siebie. Kiedyś - olśniewający, dziś - potępieni. I znowuż wina leżała po stronie Reod.

A najważniejsze - Elantrianinem mógł zostać każdy. Nieważne - chłop czy baba. Shaod, inaczej Przemiana, atakowała swoich wybrańców częstokroć nocą, kiedy pograżeni byli w lekkim letargu. Shaod atakowała znienacka, kiedy ich umysł i ciało nie reagowały na bodźce zewnętrzne. Taki cel, doświadczając Przemiany, nie czuł nic - spał smacznie i śnił. A rano, kiedy budził się, nie czuł chłodnego powiewu wiatru, lecz nieziemski, wręcz narastający z każdą sekundą głód. Oczywiście nie od razu odkrywał, że dosięgła go Shaod, dopiero gdy zauważył siebie samego w lustrzanym odbiciu, wiedział, że przyszło nieoczekiwane.

Historia Elantris jest wielowątkowa. Dotyczy ona nie tylko popadającego w ruinę miasta i przeklętych jej mieszkańców. Sięga aż po stolicę Arelonu, Kae, gdzie toczą się spory, a zagrożenie ze strony Fjordell czyha tuż, tuż. Imperium, które rozsyła do nienawróconych miast swoich gyornów wraz z kapłanami, by ci wpajali, że religia i bóg, jakie czczą fjordelscy fanatycy są tymi odpowiednimi i jedynymi słusznymi dla ludu Kae, jak i sprzymierzonego z nimi Teod.

Elantris

Do Kae przybywa księżniczka Sarene, mająca na celu poślubienie księcia Raodena, który, jak się potem okazuje - niespodziewanie umarł. Ta, zostając wdową, postanawia wplątać się w spiski i wmieszać się w sprawy polityki stolicy. Miasto coraz bardziej podupada, a Sarene walczy, by do tego nie dopuścić. Zaś... Raoden, którego dosięgła Shaod, a nie śmierć spowodowana poważną chorobą, wraz ze swoimi krajanami pragnie zbudować Nowe Elantris.

Autor świetnie wykreował obraz gnijącego Elantris. W ogóle sam pomysł stworzenia takiego świata jest dość - trzeba przyznać - oryginalny, choć miejscami zalatywało sztampą, ale to tylko złudzenie. Przyczepić mógłbym się do mało przekonujących postaci - żadna nie ujęła mnie. Jednakże opis rozmyślań i żmudnego nawrócenia jednego z gyornów Fjordellu i kilka zwrotów akcji są godne poszanowania.

Co jednak przykuwa oko Czytelnika i nie pozwala rzucić książki w kąt? Trudno mi rzec - "Elantris" ma wiele zalet, a mało wad. Wyśmienicie opowiedziana historia (zwłaszcza jak na debiutanta), na dodatek wciągająca niczym bagienny muł czy opis tytułowego miasta, który intryguje, to zaledwie naparstek plusów, dzięki którym powieść Brandona Sandersona jest jedną z lepszych z gatunku fantasy ostatnimi czasy. Ponadto czyta się (a jest co!) ją i przyjemnie, i lekko. Polecana nawet przez wybitnego wręcz pisarza książek fantasy i science-fiction Orsona Scott Carda, którego słowa zostały zacytowane na okładce "Elantris". Mnie wystarczy ogłosić wszem i wobec, że książka ta bez dwóch zdań znamienita jest.