Jakie skojarzenia nasuwają się wam jako pierwsze, gdy ktoś powie "fantasy"? Zapewne takie same, jak i mi: klimat średniowieczny, smoki, rycerze, czarodzieje, walki na miecze i kusze, magiczne stwory etc. Jednakże rosyjski pisarz Siergiej Łukjanienko postanowił nieco przedefiniować pojęcie i wyplątać fantastykę z oklepanych schematów. Powieść "Nocny patrol", a także sequel pod tytułem "Dzienny patrol" okazały się bestsellerami, na podstawie których powstały filmy oraz gry komputerowe, której drugą cześć dzisiaj wezmę pod lupę. Skąd taka popularność? Powiedzmy sobie szczerze: wampirów w Moskwie nie spotyka się na co dzień. Właściwie to się spotyka, tylko my o tym nie wiemy.

Zero siedem i napój orange!

Przed wiekami, kiedy prawo stanowił miecz, wybuchła wyniszczająca wojna między siłami Światła i Ciemności. Jednakże bój ten nie mógł się rozstrzygnąć. Obydwie strony były jednakowo silne, toteż ciągłe walki nie przynosiły wyniku. Światło i Ciemność postanowiły więc o pokoju, zatwierdzając pakt, który na tysiąc lat miał zagwarantować ludzkości wytchnienie od wiszącego w powietrzu widma zagłady świata przez siły nadprzyrodzone. Zawieszenie broni miało trwać do chwili, kiedy narodzi się człowiek gotów opowiedzieć się po stronie Ciemności, by rozpętać wojnę na nowo, która tym razem zostałaby już ostatecznie rozstrzygnięta…

Gra wydana została przez Nival Interactive, które to studio wsławiło się wypuszczeniem Silent Storm - znakomitej turówki osadzonej w realiach drugiej wojny światowej. (Że o Etherlords czy HoMM V nie wspomnę... - mCrvn) W takim wypadku najprościej było stworzyć produkcję opartą na sprawdzonym silniku. Tak też uczyniono i na kanwie filmu popełniono grę Day Watch (Dnevnoy Dozor). W Night Watch staliśmy po jasnej stronie. Tym razem przyjdzie nam pokierować Anną, wysłanniczką ciemności, która została nieco po macoszemu potraktowana w powieści. Przez ten zabieg wszyscy Ci, którzy za sobą mają lekturę książki, będą mogli uczestniczyć w zupełnie nowej historii, lecz w znanych im realiach. Oprócz Anny pod dowództwo dostaniemy bohaterów znanych z ekranu. Ich wirtualne odpowiedniki są podobne do swoich pierwowzorów, więc można szybko się połapać "who is who" już po samym wyglądzie.

O niebiosa! Anorektycy atakują!

Opisywana produkcja jest klasyczną turówką z bardzo ciekawym i klimatycznym systemem walki. Otóż pojedynki z przeciwnikami prowadzimy na dwóch płaszczyznach: w świecie normalnym i tzw. Mroku (Twilight). Postacie magiczne (mające na sobie piętno magiczne z powodu przodków) mogą poruszać się między dwoma wymiarami. Kiedy bohater znajdzie się w mroku, staje się niewidoczny dla osoby pozostającej w realnym świecie. Co prawda nie ma co liczyć na włażenie pod prysznic razem z nieświadomą niczego atrakcyjną sąsiadką, lecz niezorientowanego wroga zawsze łatwiej ukatrupić. ;) Do Mroku może zatem wejść każdy, kto ma zdolności magiczne. Osoby takie dzielą się na kilka klas: czarodziejów, wampirów i shapeshifterów.

O ile dwa pierwsze rodzaje raczej nie wymagają komentarza, to trzecia opcja wymaga krótkiego wyjaśnienia. Otóż shapeshifter - jak sama nazwa wskazuje - zmienia kształt. Przeistacza się w dzikie zwierzę, które z dużą szybkością atakuje przeciwnika. Innym całkiem niezłym sposobem na słabszych wrogów jest… latarka, a konkretnie jej stuningowana magicznie odmiana. Wsadzając specjalne kryształy na miejsce żarówek, zwykła elektryczna żagiew przeistacza się w narzędzie czarodziejskiej eksterminacji. Oprócz latarki i wszelakiej maści czarów, których uczymy się wraz z progresem w grze, dostępny jest garnitur broni palnej i białej. Nie ma co jednak liczyć na taki wybór jak chociażby w Silent Storm - twórcy chcieli raczej, by gracz walczył za pomocą czarów.

A mama mówiła, byś się nie wsadzał ołówka do gniazdka…

Między walkami trafiamy do baru o uroczej nazwie "Tłusty Wampir", gdzie możemy nająć pomocników do walki i gdzie możemy spokojnie odetchnąć, jednocześnie dowiadując się o nowych zadaniach dla naszej brygady. Przed każdym wyjściem na misję musimy wygrać w ciekawą minigierkę. "Analizator prawdopodobieństwa" to aplikacja wbudowana w telefon Anny. Za pomocą pryzmatów i luster wszelkiego rodzaju musimy wedle własnej woli doprowadzić jak najwięcej strumieni odpowiednich świateł do odbiornika. Czerwone światło symbolizuje pech, niebieskie zdarzenia losowe a zielone powodzenie. W zależności od ilości zmagazynowanego światła danego koloru w odbiorniku, nasza misja będzie trudniejsza albo łatwiejsza. Warto się czasem przemęczyć przed misją, bo wiele zadań przy pomocy "analizatora prawdopodobieństwa" da się rozwiązać bez walki. To ważne, bo Anna nawet na wyższych poziomach doświadczenia nie jest tytanem.

Grafika jako żywo przypomina tą ze Silent Storm oraz Hammer & Sickle. Niestety, nie ma co liczyć na animacje tej samej klasy co w wymienionych produkcjach. Zarówno ruchy postaci jak i przerywniki renderowane na silniku gry wyglądają drętwo i sztucznie. Pomimo zastosowania sztucznej fizyki, praktycznie mało co da się rozwalić, choć postacie latają jak szmaciane lalki. Tekstury również nie należą do najlepszych, choć efekt Mroku jest bardzo interesujący. Oprawa dźwiękowa jest za to na dużo wyższym poziomie niż grafika. Przygrywają nam sympatyczne rockowe kawałeczki z nutą elektroniki, a przede wszystkim ze wschodnim duchem. Słychać tutaj inspiracje rosyjskimi zespołami grającymi cięższą muzykę. Głosy postaci to jest dopiero Power! Angielskim napisom towarzyszy… rosyjski dubbing! Fajnie sobie posłuchać oryginalnej wersji - to potęguje klimat.

W Day Watch gra się całkiem przyjemnie, jednak po jakimś czasie robi się nudno. Walki praktycznie cały czas wyglądają identycznie. Głównym motorem napędowym gry jest historia, tworząca linię fabularną tytułu. Inaczej byłoby krucho, gdyż same walki przejadają się po paru razach. Zrozumiałym posunięciem jest stworzenie gry na podstawie bestsellera, lecz jednak, zazwyczaj, takowe produkty nie umywają się do protoplasty. Tak jest i tym razem.