"Ślepiec biegający nocą w czerwonym, lateksowym kostiumie z różkami na głowie, a na dodatek myśli, że budzi grozę. I gra go Ben Affleck". - właściwie tym krótkim tekstem mógłbym wypełnić całą recenzję. Postać komiksowego Daredevila nie jest wspaniale ciekawa, jednak jego historia zdobyła dużą popularność - sprawdzony schemat pokrzywdzonego w dzieciństwie człowieka, który stracił rodziców i teraz walczy z niesprawiedliwością. Bruce Wayne mnie jednak bardziej przekonał.

Daredevil

Fabuła Daredevila nie zaskoczy chyba nawet widza, który przez wiele lat nie był w kinie. Matt Murdock, będąc jeszcze małym chłopcem, traci wzrok. W jego układzie nerwowym zachodzą niepojęte reakcje, w wyniku czego jego sprawne zmysły działają po stokroć lepiej, niż przed wypadkiem. Matt potrafi orientować się w otoczeniu głównie za pomocą słuchu, a nawet węchu. Tragiczny moment przychodzi, gdy ojciec bohatera, samotnie go wychowujący, ginie z powodu nieczystych form zarabiania pieniędzy, jakimi się parał. Następnie film przeżywa skok o wiele lat do przodu, widzimy Matta (już jako Bena Afflecka), który został adwokatem, lecz nocą wymierza sprawiedliwość na własną rękę, tam, gdzie prawo nie sięga.

Tym, co najbardziej mnie drażniło podczas oglądania, był Ben Affleck. Jest to jeden z tych aktorów, którzy (oczywiście moim zdaniem) wiele talentu i zdolności nie mają, za to udało im się wybić dzięki jednej dobrej roli. Postać grana przez mojego ulubieńca co prawda odbiega od jego sztandarowych, cwaniackich charakterów, więc chyba jestem uprzedzony. Poza Affleckiem spotkać możemy tu także Jennifer Garner, która bardzo… zmysłowo zagrała Elektrę Natchios, niedoszłą kobietę Diabełka. Jest też Colin Farrel, dość sugestywnie wyrażający swą postać, mordercę o pseudonimie "Bull's Eye".

Daredevil

Film wrzuciłbym do worka "bajeczka na motywach komiksu". Bajeczka, bo większość scen i sytuacji zawartych w akcji po prostu łamie prawa przyrody i jeszcze potem po nich depcze.

Nie mówię już o zdolnościach Daredevila, bo to wymuszone zostało przez komiks, chodzi mi o wszelkiego rodzaju upadki z wieżowców na ulice itp. Ciężko mi odnieść się do pierwowzoru, by porównać fabułę i realia - nie miałem wiele styczności z komiksami o Diabełku. Jest to jednak idealny przykład złapania przez Amerykanów gotowego wzoru, "shollywoodzenie" go na tyle, ile to możliwe, wstawienie 2-3 znanych aktorów i voila - mamy kasowy film!

Daredevil

O akcji w filmie nie ma co pisać, jest to dość standardowy dla adaptacji komiksów schemat. Co ciekawe, w tym wszystkim odnaleźć można trochę klimatu, może nie takiego, jaki bym chciał, ale pewna atmosfera jest. Scena w wieży kościoła, walka na ulicy i tym podobne sytuacje wprowadzają w dość komiksowy nastrój. Ciężko wypowiadać się o efektach specjalnych, gdyż tych za wiele w filmie nie ma. Tam gdzie jednak się pojawiają, nie rażą w oczy. Za to ciekawie rzecz się ma z muzyką - niektóre kompozycje są odpowiednio klimatyczne i dynamiczne, nie rozumiem jednak, co miał na celu kompozytor wrzucając do filmu DWA utwory grupy Evanescence… I to jeszcze te najbardziej znane. Pasują one tutaj jak pięść do nosa, no ale co ja się będę spierał z fachowcami.

Daredevila porównałbym do łąki pełnej chwastów, jednak z kilkoma ładnymi kwiatkami (poeta ze mnie!). Wszystko jest strasznie kiczowate, na czele z kostiumem bohatera, jednak momentami ogląda się to przyjemnie. Sceny akcji bywają na tyle pomysłowe, że pojawia radość z obserwowania wyczynów postaci. Tak jak wspomniałem, drażni mnie Ben Affleck ze swoją toporną grą aktorską. Dla fanów niezobowiązujących, lekkich i dość krótkich filmów akcji jak znalazł, dla reszty raczej porażka.