(...)kapitan Gaff, uwolniony od swojej chwilowej paniki, zerwał się machając ręką i krzycząc: "Wracać!". Za nim reszta grupy szturmowej pognała co sił do zagłębienia. Tymczasem Doll szarżował dalej wykrzykując swoje zaklęcie: "Mamo! Mamo!". Kiedy wystrzelał wszystkie naboje, cisnął karabin w otwór strzelniczy, dobył pistoletu i zaczął walić z niego. Lewą ręką wyrwał zza pasa granat, przestał strzelać tylko na chwilę, by jednym palcem wyciągnąć zawleczkę,i rzucił granat na zamaskowany dach bunkra, który teraz widział wyraźnie, ponieważ był zaledwie o jakieś dwadzieścia jardów od niego, i na którym granat wybuchnął niepotrzebnie i bez efektu. A potem, nadal strzelając z pistoletu, Doll pognał dalej. Dopiero kiedy pistolet przestał strzelać z braku amunicji, Doll opamiętał się i uprzytomnił sobie, gdzie jest.*

Wojna jest koszmarem, nieujarzmionym żywiołem, czekającym tylko na kolejne ofiary. Nie bierze jeńców, nie okazuje litości - bez mrugnięcia okiem odbiera życie setkom, tysiącom, milionom istnień ludzkich. I nie pukaj się w głowę, drogi graczu, jeśli znasz wojnę tylko z gier komputerowych i filmów. Wojna to nie jest fajna zabawa w dobrych i złych, tu nic nie jest czarno-białe, ale szare. I choć sam tego nie doświadczyłem i bardzo bym nie chciał doświadczyć, jestem chyba na tyle dojrzałą osobą, by zrozumieć, czym jest wojna.

Call of Duty

Jedna to nie przeszkodziło mi w prawdziwej i szczerej radości z gry w tytuł, który wojnę bierze za tło działań. Konkretnie II wojnę światową. I najciekawsze jest to, że pierwszy Medal of Honor uważam niemalże za crap. To ja już wolę pograć w Serious Sama czy Quake'a 2, wystrzelę podobną liczbę pocisków, a i klimat o wiele bardziej sprzyjający bieganiu z jęzorem na brodzie, nie przystawiając nawet oka do szczerbinki.

Ale dobra, koniec marudzenia, skupmy się na obiekcie badań - Call of Duty. Tytuł ten jest już legendą nie tylko wśród fanów FPS-ów. I nie bez powodu - jest to po prostu jedna z najlepszych strzelanek, jaka ujrzała światło dzienne. Moim skromnym zdaniem MoH nie dorasta jej do pięt, mimo iż obie gry tworzyli w zasadzie ci sami ludzie tylko pod innymi szyldami. Tak więc CoD rzuca nas prosto w wir wielkiej wojny. Weźmiemy udział w czterech wielkich operacjach, podzielonych na 4 kampanie. Pokierujemy poczynaniami szeregowca Martina w czasie operacji w Normandii, jednak nie będziemy pechowcami, którzy wylądują na plaży, lecz spadochroniarzami, atakującymi niemieckie umocnienia z dala od szumu fal. Oprócz tego naszymi podopiecznymi zostaną żołnierz brytyjski (podczas operacji Market Garden) i radziecki (przy obronie Stalingradu). W trzech ostatnich misjach trafimy też do Niemiec, wskakując po kolei w skórę wojaków, których wspomagaliśmy wcześniej.

Call of Duty

Tym razem jednak, jak już wcześniej wspomniałem, nie stanowimy jednoosobowej armii, a przynajmniej nie odczuwa się tego tak silnie jak w MoH. Choć zdarza się, że jesteśmy zdani tylko na siebie, zwykle towarzyszy nam oddział kumpli, wspomagających nas ogniem. Ten prosty zabieg sprawił, że czujemy się tylko trybikiem w wojennej machinie. Nie do końca tak jest, ale fakt faktem, że bez towarzyszy broni gra byłaby o wiele trudniejsza. Czasem zdarza się, że gdy wszyscy z nich giną, musimy radzić sobie sami, co jest niezwykle trudne. Nie licząc oczywiście misji, w które wykonujemy sami już od początku.

Call of Duty

I tu dochodzimy do jednego z największych plusów CoD-a - idealnego zoptymalizowania poziomu trudności. Mi bardzo rzadko zdarzało się ginąć, choć najbardziej uzdolnionym graczem nie jestem. Gdy prowadzimy samodzielne działania dywersyjne, wrogowie nie wyskakują nam zewsząd, nie dając dojść nam do głosu, zaś gdy idziemy gromadą, nie liczcie na atak przestraszonego żółtodzioba i psa z kulawą nogą. Czasem towarzysze wspomogą nas, czasem my musimy zdać test bohaterstwa, byle tylko osiągnąć cel. Nikt nam wprawdzie nie każe wchodzić w paszczę lwa, ale drobne ryzyko czasem się przydaje.

Zadania mamy różnorodne, nie polegają one jedynie na zabiciu, zamordowaniu, zakatrupieniu, spaleniu żywcem wszystkiego, co się rusza i próbuje uciekać. Czasami musimy dojść do określonego punktu całym i zdrowym, innym razem zniszczyć wrogą artylerię, zdobyć jakieś dokumenty lub utrzymać pozycję przed przybyciem posiłków. Wszystkie działania, które widzimy na ekranie, wydają się być chaotyczne, ale tak naprawdę wszystko ma swój cel. Nasze zadania zawsze są jasne, co niestety oznacza, że nie ma tu miejsca na skok w bok. Idziemy jak po sznurku do kłębka, gra jest oskryptowana, aż zęby bolą. To oznacza, że tak naprawdę emocje spadają drastycznie przy drugiej próbie przejścia, bo już wiemy, co i kiedy, co nie oznacza, że zanikają całkowicie. Jednak jak wiadomo, najważniejsze jest pierwsze wrażenie, a to jest wprost piorunujące. Podobno wzór Omaha Beach z Medal of Honor jest niedościgniony. Ja nawet nie będę starał się tego negować, fani zjedliby mnie żywcem, jednak w tym tytule są co najmniej dwie misje, które przywodzą na myśl właśnie Omaha. Szczególnie Stalingrad, kiedy to praktycznie jesteśmy bezbronni, gdyż zostaliśmy pechowcami, którym nie przypadł w udziale przydział broni. Jedyne co możemy robić, to biegać od osłony do osłony. Zupełnie inną od tej jest misja w... a, nie powiem gdzie, gdyż chodzi mi o ostatnią. Mogę jedynie powiedzieć, że pod jej koniec, przy akompaniamencie podniosłej muzyki, coś ciśnie w gardle. Obrazu tego dopełniają również nasi "tawariszcze", biegnący z radziecką flagą.

Call of Duty

Etap stalingradzki jest jedynym, kiedy nie używamy broni, oprócz tego mamy do dyspozycji całą ich gamę. Dzielą się one na amerykańskie, brytyjskie, radzieckie i niemieckie. Mi szczególnie do gustu przypadły amerykański Thompson, brytyjski Sten, radziecka "pepesza" (a raczej PPSh-41) i Mosin Nagant z lunetą oraz niemiecki MP 44 (niestety ze względu na jej małą dostępność, nie mogłem zbyt często jej używać). Każdą z misji zaczynamy z domyślna bronią lub tą, która nam pozostała po poprzedniej. Jako że amunicja szybko się wyczerpuje, często jesteśmy zmuszeni do używania giwer upuszczonych przez Szwabów, z pomocą przychodzi nam wtedy ogólnodostępny MP 40. Każda z tychże spluw jest inna i musimy zdecydować, jaki styl walki preferujemy. Jeśli chcemy sprzątać szkopów z dalszych odległości (co nie zawsze jest możliwe), do dyspozycji oddano nam kilka snajperek i karabinów pół-automatycznych, takich jak np. Garand, Kar 98k czy powtarzalny Lee-Enfield. Jednak jeśli preferujemy wbiegnięcia na "hurra" (czego absolutnie nie polecam), przydaje się wspomniany Thompson czy Sten, który charakteryzuje się też tym, że jest cichy (choć tak naprawdę w walkach w zamkniętych pomieszczeniach, w których najczęściej jest stosowany, nie ma to znaczenia). W akcie desperacji możemy użyć też pistoletu, m.in. niemieckiego Lugera czy amerykańskiego Colta. Ich skuteczność jest jednak dyskusyjna. Oprócz tego można podrzucić wrogom świnię... to znaczy granat, ewentualnie spowodować u nich ból głowy Panzerfaustem. Na szczęście nie spełniamy roli magazynu i możemy dźwigać tylko dwie bronie długie, pistolet i dziesięć granatów tego samego rodzaju. Jeśli nie pozostanie nam nic innego, możemy przyrżnąć Niemcowi kolbą, co jest zadziwiająco skuteczne.

Call of Duty

Jednak grając metodą na Rambo jesteśmy najczęściej szybko "temperowani" i zgon następuje szybciej, niż byśmy się mogli spodziewać. Dlatego więcej czasu spędzamy pochyleni niż w pełnym biegu. Równie często ostrożnie wyglądamy zza węgła na czyhającego na nas wroga. Częściej też niż z biodra, mierzymy do wroga, przykładając oko do szczerbinki czy też lunety w przypadku snajperki (notabene bardzo skutecznej broni, nawet na średnie odległości). jeden strzał żywota wroga raczej nie skończy, chyba że przebijemy mu twarz. Należy też pamiętać, że każda broń ma inną celność, jedna trafimy w muchę z odległości kilkuset metrów, z innej obstrzelamy wszystkie kury wokół stodoły.

Call of Duty

No dobrze, kur tu nie doświadczymy, ale stodół kilka zobaczymy. A te wyglądają dosyć okazale, zważywszy na fakt, że gra wyszła dobre kilka lat temu. Wtedy grafika bez mała potrafiła zachwycić, teraz sprawia wrażenie niezwykle sympatycznej. Wokoło nie widzimy szczupłych, pięknych chłopców, ale obładowanych sprzętem twardzieli. To jednak nie pomaga im w robieniu za samodzielną armię, tak samo jak w naszym przypadku. Otoczenie wygląda niezwykle okazale, tekstury są wysokiej rozdzielczości, a efekty świetlne potrafią zaskoczyć rozmachem. Za to dźwięk to czysta poezja. Wszechogarniające odgłosy strzelanin, wybuchy, krzyki żołnierzy, na dodatek towarzysząca nam od czasu do czasu muzyka (szczególnie we wspomnianym... oj, o mało się nie zdradziłem). Dzięki temu wsiąkamy w klimat o wiele szybciej i skuteczniej.

Call of Duty

] Komu mógłbym polecić FPS-a dziejącego się podczas II wojny światowej? Odpowiedź jest prosta - wszystkim. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jest to idealna w proporcjach mieszanka trywialnej strzelaniny z prawdziwą grą wojenną. Jeśli oczekujecie tylko i wyłącznie tego pierwszego, sięgnijcie lepiej po Serious Sama, jeśli tego drugiego - zagrajcie w Operation Flashpoint. Wszyscy pozostali - do broni! Jednak nie szarżujcie za bardzo - rozgrywka kończy się, zanim na dobre się rozpocznie.

* fragment powieści "Cienka czerwona linia"