1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Belief & Betrayal: Medalion Judasza

Medalion Judasza. I wszystko powinno być jasne. Nie? No to może inaczej - kojarzycie Kod Leonarda da Vinci? Pustelnicy nas raczej nie czytują, więc zakładam, że tak. Śmierć jakiegoś ważniaka, dziwne artefakty, tajemnicze stowarzyszenia, policja depcząca nam po piętach, para domorosłych detektywów na tropie jednej z największych afer w dziejach ludzkości, w którą obowiązkowo zamieszany musi być Kościół. Tak więc pokrótce znacie zarys fabularny Belief & Betrayal.

Z dziennikarskiego obowiązku jednak muszę napomknąć Wam nieco więcej o fabule jak i o samej grze, choć najchętniej zakończyłbym tę recenzję w tym miejscu odnośnikiem do metryczki. Bo pomimo tego, iż nastąpił ostatnio prawdziwy wysyp przygodówek, mało która prezentuje jakiś sensowny poziom. Podobno tylko Jack Keane wydaje się być godnym następcą i daje możliwość przetrwania gatunkowi, nawet Sinking Island nie zawsze zbiera wysokie oceny.

Nie, to nie mój pokój. Ja nie mam plakatów panienek na ścianie

Jednak wracając do meritum - w B&B przyjdzie nam wcielić się w Jonathana Dantera, młodego dziennikarza. Gdy wybiera się właśnie na przeprowadzenie wywiadu z wpływowym kardynałem Gregorio, który (wywiad, nie kardynał) zapewni mu sławę, pieniądze, fury, la... rozpędziłem się. Wszystko pięknie, ładnie, aż tu nagle dzwoni do niego jajogłowy ze Scotland Yardu i informuje go o śmierci wujka, który... nie żyje od dziesięciu lat. A przynajmniej tak się Jonathanowi wydawało. No więc Jo dyma do Londynu, gdzie czeka na niego mieszkanie wujaszka, "ktoś-kto-nie-chce-by-tajemnica-została-ujawniona" i jego nowa przyjaciółka - Katrin. Okazuje się, że denat swojego czasu pracował nad pewną sprawą (oczywiście związaną z Kościołem i jego skrzętnie ukrywanymi sekretami), jednak ktoś nie chciał, by wszystko wyszło na jaw. Nuuu(...)uda! Nie wiem dlaczego w niektórych recenzjach można wyczytać, że fabuła jest całkiem ciekawa.

Tak mniej więcej wygląda Białystok. Tylko ludzi zwykle mniej niż na obrazku

No dobra, koniec psioczenia na scenariusz. Popsioczmy na temat "zagadek". Nie bez przyczyny wziąłem to słowo w cudzysłów, gdyż takowych w klasycznym tego słowa rozumowaniu nie uświadczymy zbyt wiele (tak na dobrą sprawę jest ich około pięciu). Cóż to za przygodówka bez zagadek, zapytacie zapewne? Sam chciałbym to wiedzieć... Gra tak naprawdę składa się w znakomitej większości z zadań typu: znajdź przedmiot, daj komuś przedmiot, użyj przedmiotu na otworze o podobnym kształcie czy też niedorobione klony tych z Mysta - powciskaj przyciski w odpowiedniej kolejności i dostaniesz magnesik, użyj go na otworze, potem użyj jakiejś karteluszki na czymś jeszcze, a zostaniesz nagrodzony. Nie wiem, jak Was, ale mnie takowe wkurzają jak jasna cholera. Kiedy są za trudne, mogę mieć pretensje tylko do siebie (mało analityczny ze mnie mózg), jednak jeśli ocierają się o banał - autorzy chyba wątpią w potencjał intelektualny współczesnych graczy. A ja naprawdę nie lubię, gdy ktoś bierze mnie za debila.

No i już wiadomo, o czym jest gra

Oczywiście, jak to w grze przygodowej, sporo czasu spędzamy na poszukiwaniach różnych dupereli (tak, w B&B posiedzimy nad tym wyjątkowo długo). Mała uwaga - niepotrzebnie w ekwipunku znajdziemy rzeczy, z których nie korzystamy lub używane są bez naszej ingerencji (np. Katrin używa wprawdzie raz szminki, jednak niezależnie od nas), poza tym przedmioty po użyciu nie znikają (chyba że np. komuś je oddajemy). A znajdowanie fantów nie zawsze jest proste. Raz - niektóre z nich to parę pikseli na krzyż, w które trzeba wcelować (choć po naciśnięciu spacji podświetlone zostają wszystkie obiekty w danej lokacji, ale o tej opcji łatwo się zapomina). Dwa - ze względu na WYJĄTKOWO wkurzający interfejs.

Pomyślicie - co to za filozofia, to tylko point & click. Tylko i aż. Na pierwszy rzut niech pójdzie bieganie po lokacji. Po dojściu do pewnego punktu zmienia się kamera, to dosyć oczywiste. Niestety bardzo często musimy na czuja szukać tego punktu, by się nie zapętlić. Kolejna sprawa - z przedmiotów korzysta się nader niewygodnie. Tyczy się to głównie palmtopa, który otrzymujemy w drugim rozdziale. Fakt, przydatne urządzenie, ale powiesiłbym za jaja tego, kto wymyślił, jak z niego wysłać maila.

Ale wsiowa terakota, buahaha!

A kiedy znudzi nam się użeranie z osprzętem - zawsze możemy z kimś pogadać. Rozmowy są tu prowadzone całkiem nieźle, szkoda tylko, że większość z nich prowadzimy na zasadzie "siadajta i słuchajta". A nawet jeśli już mamy do wyboru jakieś opcje dialogowe to i tak tylko jedna-dwie z nich są istotne, reszta to zwyczajne zapchajdziury.

No dobra, ja tu tylko marudzę, ale za jedną innowację muszę Artematicę pochwalić. Mianowicie chodzi o sposób wykorzystywania niektórych informacji. Po prostu gdy Jo/Katrin usłyszy o czymś ważnym, jest to zapisywane w notatniku, do którego możemy w każdej chwili zajrzeć i... połączyć zdobytą wiedzę z przedmiotem bądź osobą. I tak już na samym początku Jo zauważa książki w biblioteczce wuja ułożone w dziwnej kolejności. Następnie wystarczy skojarzyć ten fakt z pewnym obiektem i voila! Niestety czasem jest to utrudnione, nie tylko przy próbie wysłania informacji mailem, ale gdy jest ona... Powiedzmy, że niezbyt dosłowna. Po przetłumaczeniu przez Katirn sentencji łacińskiej my nadal nie wiemy, co ona znaczy (a ja akurat łaciny się nie uczę, sorry, Winnetou). I tak, musiałem skorzystać z solucji, by dowiedzieć się, co z tym fantem zrobić. Zaglądałem do niej zresztą kilkukrotnie z podobnych powodów, a nie dlatego, że nie wiedziałem, "jak to ugryźć".

Panienko, ostrożnie z tym gnatem w kieszeni

Uff, mam dosyć. Niestety, czeka mnie jeszcze skrobnięcie paru zdań o oprawie. No cóż, jest ona, lekko mówiąc, niedzisiejsza. O ile grafika wybrania się klimatem i wcale-nie-takim-beznadziejnym wykonaniem (choć projekty postaci są wykonane paskudnie), o tyle o dźwięku nie dane mi jest powiedzieć dobrego słowa. Głosy postaci są denne i kompletnie bez wyrazu, zaś brytyjski akcent Jonathana może doprowadzić do ciężkiej cholery. Tak samo jak jego próby bycia dowcipnym, ale to już inna bajka. Same odgłosy jeszcze nie odstraszają, a muzyka czasami jest przyjemna dla ucha, ale całokształt wypada blado albo i gorzej. Grafika, jak już wspomniałem, nie jest taka najgorsza, jednakże od technicznej strony jest mizerna, a animacje postaci budzą jedynie uśmiech politowania. I jeszcze te filmiki. Aż się palców na klawiaturze strzępić nie chce.

To się dopiero nazywa sztuka współczesna...

Straszliwie męczyłem się, recenzując ten tytuł. Podchodziłem do niego wielokrotnie i tyleż razy się odbijałem. W końcu się przemogłem i gdyby nie to, że i tak otrzymałem tę grę do recenzji - żałowałbym. Nikt nie zmusiłby mnie do grania w to, choćby mnie łańcuchami i pejczami szczuli. Tytuł ten ratuje tylko zaskakujące zaskoczenie, którego wyjawić nie mogę. Toteż pozbawiłem recenzję choćby jednej większej pochwały. Achtung, achtung - nie dotykać!