Jak ja kocham gry - niespodzianki! Cieszą mnie chwile, kiedy w me łapska trafia tytuł, o którym wcale nie słyszałem (bądź niewiele), o którym ogólnie wiele się nie mówiło, który przeszedł całkowicie bez echa. A już kiedy w nasze ręce wpadną pachnące świeżością płytki takowej gry, nie wiemy czego oczekiwać. I to jest najlepsze! Chwila niepewności wręcz nas wypala, bo dopiero po chwili albo czujemy się załamani jakością produktu, albo zaskoczeni wysokim poziomem danego tytułu. Uwielbiam takie sytuacje, choć w większości przypadkach rozczarowuję się negatywnie, to jednak zdarzają się i miłe zaskoczenia…I tym właśnie zaskoczeniem nadto pozytywnym jest Advent Rising. Gdzieś tak po paru, długich minutach zastanawiamy się, dlaczego nie wcześniej tak dobra gra nie wylądowała na naszym twardym d/pysku?

Mieszanka wybuchowa w najczystszym wydaniu!

Advent Rising jest grą zręcznościową TPP (ale i kamera FPP się znajdzie), stworzoną przez debiutujące - tym projektem - studio GlyphX Games. Zaś sam produkt jest mieszanką tak znanych tytułów jak pierwsza i druga część Max Payne'a i Jedi Academy, osadzoną w klimatach science-fiction, przypominających niesamowicie popularną (szczególnie na "xklocu") grę Halo. AR czerpie z nich tylko najlepsze pomysły, a także dodaje co nieco od siebie. Mimo, że parę rzeczy zostało "zapożyczonych" to trzeba przyznać "inność" gry, bo w sumie dotąd nie grałem w takie lub zbliżone temu dzieło. Wszystko zalatywało lekkim powiewem świeżości i nowatorstwem (ale bez przesady, aż tylu nowości w tym dziele nie uświadczymy, więc nie naparzajcie się zbytnio entuzjazmem ;)). Historia w Advent Rising została stworzona przez zapewne znanego na prawie całej kuli ziemskiej pisarza science-fiction - Orsona Scotta Carda. Akcja gry osadzona została w odległej przyszłości, gdzie jedynymi żyjącymi tam rasami są ludzie i kosmici zwani - "The Seekers". Gra opowiada o losach i poczynaniach Gideona - głównego bohatera. Jego zadaniem jest zaprzestanie działań obcych (ale tych złych, bo i ci dzielą się na dobrych). I na tym zastopuję, bo nie chcę Wam zdradzić niuansów tejże naprawdę genialnie opowiedzianej historii! Już dawno w żadnej grze tego typu nie widziałem tak ciekawej i złożonej oraz pełnej zwrotów akcji fabuły! Najwięcej dowiadujemy się i wyciągamy wnioski z przedstawionych filmikach, które oglądałem z niekrytym zainteresowaniem. Chyba w żadnej grze tego typu na PC nie trwały one tak długo (nie licząc tylko serii MGS), niektóre zabierały mi nawet po parę minut, ale były tak ważne, że wyłączając je, nie zrozumielibyśmy późniejszych sytuacji, wynikających właśnie z naszego wcześniejszego postępowania (tak na marginesie - doczepiłbym się średniej jakości samych filmików). Czułem się jakbym oglądał pierwszej klasy film akcji - serio. Powiem Wam jedno - dla tej jednej rzeczy warto bliżej poznać AR!

Uciekaj, gdzie pieprz rośnie!

Nie tylko dobra fabuła, ale i szybka akcja!

Oprócz iście genialnej fabuły gra zaskakuje pod względem rozgrywki, ale o tym za chwilkę. Najpierw chciałbym rzec, że początek Advent Rising jest troszkę niemrawy, tzn. nie rzuca na kolana ani nie oszałamia rozmachem. Po prostu pierwsze etapy wprowadzają nas znakomicie w ten wspaniały świat. Najpierw przechodzimy poziom treningowy, gdzie uczymy się podstaw, od sterowania postacią po naukę walki ręcznej i obsługiwaniem się bronią. Ale czym dalej brniemy, tym jest coraz ciekawiej. Mniej więcej gdzieś tak do połowy rozrywki gra przypomina już nie tak nowego, ale nadal dobrego Max Payne'a, tyle że w klimatach S-F. Zabawa jest równie świetna jak w wyżej wymienionym dziele! (osoby grające w MP wiedzą czego już oczekiwać).

Pełna frajda zaczyna się dopiero, gdy nauczymy się używać mocy (np. w celu stworzenia tarczy ochronnej albo przyspieszenia naszych ruchów czy podniesienia za pomocą telekinezy jakiegoś ogromnego głazu i pchnięcie nim w przeciwnika)! Wtedy rozrywka bardziej przypomina inny świetny tytuł - Jedi Academy. Z czasem Gideon uczy się różnych mocy PSI. Po pierwsze używając tych zdolności awansujemy - prawie jak w "rolpleju" - na wyższe poziomy (maksimum wynosi 5). Po drugie co pewien czas dostajemy możliwość używania większej ilości tychże umiejętności. Wachlarz jest naprawdę szeroki. Samych mocy jest 10 ni mniej ni więcej, ale każda posiada alternatywny tryb (przykłady podałem wcześniej). Jednak przez przynajmniej połowę gry nie pozostaje nam nic innego jak męczarnia z różnymi, ale równie interesującymi broniami. Do dyspozycji będziemy mieli takie techniczne cudeńka jak: szybkostrzelne pistolety, kosmiczne spluwy o niezwykłej sile rażenia czy wyrzutnie rakiet. A także nie może obejść się bez użycia maszynek cięższego kalibru.

Ta zmiana "sytuacji" w Advent Rising przypomina mi trochę tą z Jedi Knight II, gdzie 6 poziomów przechodziliśmy tylko z użyciem broni, a dalej opieraliśmy się głównie na mocach Jedi i mieczu świetlnym. Tutaj jest niezwykłe podobieństwo, tylko że zamiast "lightsabera" dostajemy wyłącznie moce. Nie mówię, że to złe (w JKII rzecz ta lekko, może nie irytowała, ale chciałoby się mieć miecz Jedi od razu, nie?), bo akurat w AR wcale to nie przeszkadza. Bo w AR nieważne czy bez mocy czy z mocami dostajemy i tak bardzo strawną sieczkę z watahą wrogów. Te specjalne zdolności tylko urozmaicają rozrywkę, a zarazem dają nam całkiem inne spojrzenie na grę. A na brak akcji narzekać nie powinniśmy, bo ta wcale nie ustępuje pod względem emocji wyżej wymienionym tytułom, a powiedziałbym, że w paru miejscach je nawet przewyższa!

Pisnąłem słówko na temat, z czym możemy pójść do kosmitów, a nie napisałem o samych przeciwnikach, jacy się podwiną pod nasze zabójcze spluwy, podczas całej gry. Głównie walka toczyć się będzie pomiędzy ziemianami, a rasą "seekerów", ale i przyjdzie nam stoczyć bój kosmitów z k…(ale cii…;)). Przez większą część gry podróżujemy sami albo w towarzystwie kompana/kompanów lub przy boku brata albo pięknej damy (to zależy jaką decyzję podjęliśmy na samym początku AR, również ten ważny wybór odzwierciedli dalsze przygody, a także wpłynie na samo zakończenie gry). Muszę przyznać, że gdyby nie inteligencja tej rozumnej rasy to zabawa nie byłaby tak dobra, jaka rzeczywiście jest. Przeciwnicy kryją się, myślą, wspierają się nawzajem, pominę, że parę razy podczas gry nie zauważyli mej postaci i stali jak wryci w ziemię, ale to już mniej istotna - niezbyt wpływająca na gryw - rzecz, ale na pewno warta nakreślenia. W kilku momentach przyjdzie nam zawalczyć z większymi twardzielami tzw. Bossami. Walka z nimi trzeba przyznać, że wymaga od nas pomyślunku i zwinności. Jeszcze oprócz samego "mięsa" do zestrzelania pod nasz celownik trafią i statki kosmiczne, które nie stanowią jednak tak dużego wyzwania, jakiego na pewno byśmy przypuszczali. W grze liczy się zręczność i umiejętność używania odpowiednich mocy i broni na danych wrogów. Jeżeli to opanujemy to całą grę będziemy mieli w jednym, małym paluszku. Oczywiście nie oczekujcie, że po 15 minutach będziecie wyprawiali na ekranie monitora cuda :)

Czy to Wam czegoś nie przypomina?

Urokliwa grafika i szokująca oprawa dźwiękowa!

Gra aż tak nowa, jak byśmy myśleli nie jest, bo swą premierę miała w roku 2005. Jednak do tego czasu grafika nie zestarzała się w sumie wcale (no może ociupinkę). Widoki robią nadal szokujące wrażenie (zwłaszcza wysepki!), a niektóre efekty wgniatają prawie w fotel! I właśnie, dlaczego niektóre? Otóż AR jest deczko nierówne pod tym względem, ponieważ część leveli jest świetnie skonstruowana, budzące w nas podziw i uwielbienie, natomiast druga część jest co najwyżej średnia ewentualnie tylko dobra. Zwłaszcza końcowe etapy, w których lawina się leje tu i tam. Rażą wtedy niezbyt udane tekstury, ale nie psuje to aż tak ogólnej oceny. A co do samych poziomów są one wystarczająco rozległe, w czasie gry zobaczymy dość spore przestrzenie otwarte, ale także równie przestrzenne, zamknięte pomieszczenia.

Cieszy mnie fakt, że twórcy postawili na rozmaitość, aczkolwiek parę miejsc się przeplata - odwiedzimy je niejeden raz. Szkoda, że programiście nie pokusili się może nie o całkowicie inne lokacje, a lekko "zdeformowane" albo zmienione nie do zauważenia levele. Chodzi mi tutaj o zmianę (nie dokładną, ale coś na ten wzór) taką, jaka nastąpiła w przypadku serii KotOR, gdzie planety z części pierwszej w sequelu uległy lekkiej "przebudowie". Animacje zaś są bardzo dobre, może mieć tylko zarzut wobec szybkiego poruszania się postaci (ale z czasem się tego nie zauważa - kwestia przyzwyczajenia). A jak z wymaganiami? Wydawałoby się, że patrząc na prezentowaną grafę nie będą zbyt duże. Rzeczywiście tak jest, ale w paru lokacjach odczuwało się spadek klatek, nawet po zmniejszeniu rozdziałki i przycięciu detali (pozostałości po konsoli?).

Chciał mieć efektowne lądowanie?

Dużo i to dużo lepiej w Advent Rising wypadła ścieżka muzyczna. Ta jest po prostu boska! Świetne, pasujące do klimatu gry utwory, grające jeszcze w naszych bębenkach po wyłączeniu komputera. Trudno to opisać, to trzeba usłyszeć! Jak dla mnie cud, miód i orzeszki. Nie zawahałbym się dać nawet najwyższej noty, ale gorzej, może niewiele, ale jednak gorzej prezentuje się reszta dźwięków. Głosy postaci jak najbardziej są OK, odgłosy wybuchów czy broni (tutaj jednak większość brzmi podobnie, przynajmniej ja miałem takie wrażenie) również, ale hałas wydobywający się z każdego pojazdu wydawał się taki sam, czy to była "advent risingowa" wersja nowego Hammera, czy statku kosmicznego. Ale to mało znaczące elementy.

Epickie wręcz dzieło!

Po ukończeniu tego "małego dzieła" pragnę rzec, że czuję pewien niedosyt. Niedosyt spowodowany tym, iż dopiero wczuwałem się w grę, a tu nagle bach! Zakończenie i koniec! Od początku wiadome było, że Advent Rising to trylogia, podzielona na kilka części. Ale jakoś o drugiej części ani widu ani słychu, mimo że minął ponad rok od premiery "jedynki". Czyżby na decyzję GlyphX Games wpłynęła zbyt niska sprzedaż tegoż wspaniałego przecież produktu? Szkoda, że tym projektem nie zainteresował się jakiś większy koncern np. Ubi czy wracający do formy Eidos (tylko broń Boże nie EA!). Ja do dziś głowię się, jak mogłem dopiero teraz zauważyć tak znakomitą grę, po tyle miesiącach (w sumie słyszałem o niej w dniu premiery, ale jakoś niezbyt ciągnęło mnie do jej zasięgnięcia). Ale w końcu zainteresowany dość pochlebnymi opiniami graczy zdecydowałem się! I nie żałuję żadnych chwil, z nią spędzonych. Dostałem w me ręce tytuł niezwykłej wagi o epickiej wręcz fabule (powodującej w mych oczach łzy!), godnej oprawie wizualnej, fenomenalnej warstwie dźwiękowej, wtapiającej w krzesło oraz masę, wypływającego z niej miodu. Sama gra poważniejszych wad nie ma, chyba najbardziej doskwierającym minusem jest brak zapisu stanu gry w dowolnym momencie. "Save" nie był za często, więc zmusza to nas do przejścia całego etapu, żeby po następnym uruchomieniu AR nie przechodzili danego poziomu jeszcze raz. Mimo, że są "checkpointy", ale te odnoszą się wyłącznie do miejsca "odrodzenia" naszego bohatera, kiedy padniemy na polu bitwy.

Prawie jak Prey

Advent Rising jest grą dla każdego, nie jestem wstanie wyobrazić sobie osoby, której nie przypadłby ten tytuł do gustu. A jeśli już ktoś ją zaliczył, to warto do niej wrócić w wolnym czasie i przypomnieć sobie niezwykłe sceny albo dla samego poznania alternatywnego zakończenia. Mi do teraz szczególnie w pamięci utkwił etap, w którym atakowaliśmy kosmitów i musieliśmy przebrnąć do wrogiej bazy po wylądowaniu na wyspie naszych statków kosmicznych. Scena ta przypominała wręcz Omaha Beach, tylko w innym wydaniu! Czasem naprawdę warto dać ponieść się emocjom i zagłębić w świat gier niezwykłych, a wręcz filmowych…