1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

A może by tak rzucić wszystko i zostać nomadem? Recenzujemy nominowany do Oscara film „Nomadland”

„Nomadland” w reżyserii Chloe Zhao oraz z kolejną znakomitą rolą Frances McDormand to kino wielkich emocji zamkniętych w małych gestach. Skromna i niepozorna perełka szczególnie dla fanów kina drogi.

Akcja „Nomadland” rozgrywa się na przestrzeni 2011 i 2012 roku. Sześćdziesięcioletnia kobieta o imieniu Fern (w tej roli Frances McDormand) w wyniku szalejącej recesji i bezrobocia przerabia swojego vana na mini-mieszkanie na kółkach i wyrusza w drogę, by wieść życie nomada, czyli podróżować po Stanach Zjednoczonych i pracować tam, gdzie to możliwe.

„Nomadland” to nie tylko film surowy i niezwykle skromny formalnie, ale też w gruncie rzeczy dość prosty.

Czasem ta prostota jest jego siłą, gdyż film Zhao dzięki niej zyskuje na bezpretensjonalności i szczerości. Czasem jednak bywa słabością, bo momentami „Nomadland” ociera się o banał. Jest to wprawdzie banał szlachetny i niosący ze sobą konkretny ładunek emocjonalny, ale to jednak nadal banał. Tyczy się to przede wszystkim postaci, które Fern spotyka podczas swojej odysei. Reżyserce, Chloe Zhao zależało, by większość obsady była naturszczykami, i choć z samym tym faktem nie mam problemu, to jednak historie tych bohaterów epizodycznych wydały mi się pisane na kolanie i podane w formie telegraficznej.

Z jednej strony mamy np. starszą kobietę, która choruje na raka i życie nomada to jej sposób na spędzenie ostatnich chwil na Ziemi w pełnej wolności. Inny przypadek to m.in. cierpiący na zespół stresu pourazowego weteran wojny w Wietnamie. Dowiadujemy się o jedynie nich szczątkowe informacje. Autorka nie przygląda się im bliżej. Oglądamy ich przez chwilę. Cel to, jak rozumiem, stworzenie kalejdoskopu ludzkich historii otaczających Fern. Przyznam, że zabrakło mi w nich głębi i większego zaangażowania, które rzutowało też, negatywnie, w moje zaangażowanie w całą opowieść.

Tym bardziej, że, przynajmniej ja tak to odbieram, „Nomadland” miał być filmem także o tych innych, poza Fern, nomadach; miał to być wizualny opis ludzi wiodących taki styl życia - Ameryki, o której nikt nie chce za bardzo opowiadać. Zhao zarysowała nam tę społeczność jako szkic, ale nic ponadto. Fern pełni w końcu w tym obrazie funkcję jednego z nomadów, ale trzymającego się trochę na uboczu, raczej będącego obserwatorem, łącznikiem widza z tymi postaciami. Szkoda więc, że ten aspekt „Nomadland” się nie udał, bądź został odsunięty na trzeci plan przez autorów.

Zostaje nam więc część podstawowa, czyli samotna wyprawa, także wewnętrzna, kobiety, która jest cały czas w procesie żałoby. I jest to żałoba nie tylko za zmarłym mężem, ale za całym jej wcześniejszym życiem. W wyniku kryzysu i recesji straciła nie tylko dom i pracę, ale całe miasto, w którym żyła zostało wymazane z mapy USA.

W tym względzie „Nomadland” jest udaną i poruszającą elegią ku pamięci tego, co było i już nie wróci.

Chloe Zhao daleko na szczęście do bezwstydnego wyciskania łez. W jej filmie melancholia towarzyszy nam co krok, wychyla się co chwila z każdego zakamarka, ale nie przekracza granicy. Towarzyszy jej bowiem szczypta delikatnego humoru oraz paradokumentalny sznyt. Ale ogromna w tym także zasługa kolejnej wybitnej kreacji aktorskiej Frances McDormand, która po mistrzowsku operuje emocjami i często te najsilniejsze potrafi zamknąć w drobnym grymasie, spojrzeniu, sposobie wypowiedzi.

Pisałem wyżej, że „Nomadland” to prosty film, i to prawda. Nie ma w nim zbyt wiele do interpretacji, brak ukrytych znaczeń, metafor i tym podobnych. To kino szczere i otwarte na widza - opowiada tyle, ile widzimy. Ale też nie znaczy, że nie ma w nim smaczków godnych wyławiania przez oglądających i właśnie rola McDormand jest jednym z nich.

Innymi smaczkami są też przepiękna muzyka i wspaniałe zdjęcia portretujące Amerykę jaką nieczęsto oglądamy.

„Nomadland” to film fabularny chwilami wchodzący w rejony dokumentu i to jest całkiem ciekawe połączenie. Równie interesujące jest zwrócenie uwagi na nieczęsto reprezentowane na ekranie grupy społeczne (ile znacie filmów z sześćdziesięcioletnią bohaterką) i realne zainteresowanie się ich problemami. Sama filozofia życia nomadów przedstawiona w filmie również potrafi dać nam do myślenia, ale tutaj znowu muszę wrócić do mojego zarzutu dotyczącego zbyt ogólnego i płytkiego zarysowania tego zagadnienia.

Jak pewnie jesteście w stanie się domyślić czytając wszystko co powyższe, „Nomadland” to kino oszczędnych środków i raczej wymagające od widza skupienia i cierpliwości.

Nie znajdziecie tu dynamicznego montażu, wulkanów emocji, trzymania w napięciu przez cały seans czy jakichkolwiek zwrotów akcji. To spokojne, kontemplacyjne kino z wszystkimi wadami i zaletami tego rodzaju poetyki opowiadania historii. To z pewnością jeden z lepszych filmów ostatnich miesięcy, ale osobiście nie stawiam go pośród najlepszych. Jeśli jednak kochacie kino drogi, uwielbiacie podróże i nie możecie oderwać wzroku od kreacji Frances McDormand, to „Nomadland” powinien was usatysfakcjonować.