Zakaz marnowania żywności dobije małe sklepy. Chybiony pomysł na nową ustawę

Cel szczytny, ale konsekwencje dla sklepów i klientów słabe. Jakby tego było mało, to nie placówki handlowe marnują najwięcej jedzenia, a my, Polacy. I może z tym należałoby coś wreszcie zrobić.

Fot. Bruno/Flickr.com/CC BY-SA 2.0

Rozumiem intencje, jakie przyświecają autorom nowych przepisów, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Tkwi i szaleńczo w nich chichocze. Bo przepisy w obecnym brzmieniu mogą się okazać gwoździem do trumny dla polskiego handlu. Nic dziwnego, że małe sklepy się zbuntowały, zwłaszcza że senatorowie znowu zasugerowali – podobnie jak w przypadku podatku handlowego – by kluczowym kryterium, które zdecyduje o objęciu zapisami nowej ustawy, była powierzchnia placówki, a nie na przykład obroty.

„Obowiązek przekazywania żywności organizacjom pożytku publicznego powinien dotyczyć sklepów powyżej 500 mkw., a nie 250, jak zapisano projekcie ustawy” – przekonuje Polska Izba Handlu i zwraca się do Sejmowej Komisji Gospodarki i Rozwoju o wyłączenie małych (i trochę większych) sklepów z nowych przepisów.

Zobacz także

Duży może być też mały

Izba przekonuje, że mali i średni przedsiębiorcy często prowadzą sklepy o powierzchni przekraczającej 400 mkw., a nadal według wielu metodologii są to małe placówki.

„U przedsiębiorców posiadających jeden czy dwa sklepy o powierzchni 400 – 500 mkw. – co w przypadku handlu niezależnego jest częste – skala operacji handlowych nie jest duża. Sklepy te nie posiadają zaawansowanej infrastruktury technicznej (centralnych magazynów, systemów komputerowych śledzących towar). Tego typu rozwiązania cechują duże sieci handlowe, dla których często dominującą wielkością jest powierzchnia sklepu od 600 do ponad 1000 mkw.” – wskazuje PIH.

W opinii Izby dla małych i średnich firm handlowych dysponujących sklepami wielkości rzędu do 400 – 500 mkw. wprowadzenie rozwiązań proponowanych w projekcie ustawy, czyli dodatkowych opłat i obowiązków administracyjnych, stanowić będzie obciążenie duże obciążenie i kosztowe, i organizacyjne. Obniży to rentowność, która już jest niska i oscyluje koło 1%.

– W realiach wzrostu kosztów wynagrodzeń, energii czy walki konkurencyjnej z dyskontami wykorzystującymi wspierającą ich postawę producentów pogorszy się możliwość konkurowania z zagranicznymi sieciami dyskontów – mówi Maciej Ptaszyński, dyrektor Polskiej Izby Handlu.

PIH zwraca uwagę, że zgodnie z większością metodologii renomowanych instytutów badawczych powierzchnia graniczna małego sklepu przebiega znacznie powyżej 250 mkw. i dlatego nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia, aby obciążać tak małe podmioty dodatkowymi obowiązkami i kosztami.

„Należy dodać, że wiele niedużych sklepów znajduje się w miejscowościach, gdzie możliwość przekazania żywności lokalnie jest bardzo ograniczona. Zatem do wspomnianych już kosztów dochodzą koszty transportu i logistyki, które także będą obciążały najmniejsze placówki handlowe”.

A może zostawmy sklepy w spokoju?

Projekt ustawy o marnowaniu żywności złożyli wpłynął do Sejmu w marcu ubiegłego roku. Senatorowie, którzy wymyślili nowe przepisy, wskazują, że koszty związane z marnowaniem żywności w UE oszacowano na około 143 mld euro w 2012 r., z czego – tylko! – 10 mld euro dotyczy etapu dystrybucji.

Na dodatek dla Polski brak jest szczegółowych i bieżących danych o skali zjawiska. Z danych Eurostatu za 2006 r., wynika, że rocznie w naszym kraju marnuje się ok. 9 mln ton żywności . W przeliczeniu na statystycznego mieszkańca, Polska zajmowała piąte miejsce w UE (235 kg).

„Większość żywności (42%) marnowana jest na etapie gospodarstw domowych, obszar dystrybucji wciąż odpowiada za ok. 5% marnowanej żywności: – zauważają w uzasadnieniu złożenia projektu sami jego autorzy.

Może więc, panowie senatorowie, warto coś zrobić z tym problemem, a sklepy zostawić w spokoju?