Dlaczego polski węgiel jest tak drogi? Przyczyn jest co najmniej kilka

Nie tylko z Rosji, ale też z Mozambiku, Australii, Kolumbii, Republiki Południowej Afryki czy Stanów Zjednoczonych – wszędzie tam węgiel jest na tyle tani, że bardziej opłaca się go stamtąd sprowadzać niż wydobywać w Polsce. Bo Uparcie stawiamy na coraz droższą metodą głębinową? Jak najbardziej, ale nie tylko. Powodów tego cenowego rozjazdu jest znacznie więcej.

Jeszcze w 2018 r. ceny węgla w portach Amsterdamie, Rotterdamie i Antwerpii kształtowały się na poziomie 96 dolarów za tonę. W ubiegłym roku też było nieźle i za „czarne złoto” przyszło płacić ok. 84-85 dol. za tonę. Takie poziomy cenowe to już raczej marzenia ściętej głowy, po tym, jak styczeń 2020 r. zaczął się najniższymi notowaniami od 2016 r., a w pierwszym tygodniu obecnego roku cena węgla osiągnęła wartość raptem lekko ponad 52 dol. za tonę.

Bizblog.pl poleca:

Spójrzmy na dane bardziej przemawiające do polskich kieszeni. Najtaniej możemy sprowadzać węgiel z Republiki Południowej Afryki. Wtedy tona wychodzi nas raptem 239 zł. „Czarne złoto” z Kolumbii jest nieco droższe i kosztuje ok. 278 zł za tonę. Z kolei za surowiec sprowadzany z Rosji płacimy ok. 303 zł.

To cały czas znacznie i odczuwalnie taniej niż w jakiejkolwiek kopalni PGG. Tutaj najtaniej za węgiel zapłacimy 412 zł za tonę. W Bogdance 460 zł, a w Tauron Wydobycie 442 zł. Nawet jak spojrzymy na cenę węglowego miału, to dalej cenowo będziemy zbyt oddaleni od importowanych stawek zwykłego węgla. 

Dlaczego ten zagraniczny węgiel jest taki tani?

Powodów jest co najmniej kilka. Przede wszystkim trzeba brać pod uwagę zdecydowanie ostatnio mniejszą konsumpcję węgla w takich krajach jak Niemcy, Hiszpania, Wielka Brytania oraz Francja. Powodowana jest to kilkoma czynnikami.

„Spadek konsumpcji w elektrowniach węglowych napędzany jest słabszym zapotrzebowaniem na energię w rezultacie wyższych temperatur w okresie zimowym, korzystnymi uwarunkowaniami dla energetyki gazowej czy rosnącą konkurencją ze strony paliw odnawialnych” – czytamy w komunikacie Agencji Rozwoju Przemysłu S.A.

Wreszcie nie można nie wspomnieć o zmniejszającym się popycie na węgiel na rynkach Atlantyku. W efekcie Kolumbia musiała ograniczyć swój import surowca do Europy. A i tak tam cena węgla osiągnęła najniższe poziomy od połowy 2016 r. I jeszcze jeden czynnik, który ma wpływ, że na świecie ceny węgla maleją – w odróżnieniu od Polski.

Otóż u nas „czarne złoto” zazwyczaj wydobywa się metodą głębinową. Koszty takiej metody idą w dziesiątki złotych jak nie lepiej na jednej tonie surowca. Z kolei metoda odkrywkowa to ok. 20-24 zł doliczanych do tony węgla. Pamiętać jednak należy, że wydobywając paliwo kopalne odkrywkowo – bardziej niszczymy środowisko, co też wpływa na koszty końcowe.

Jeden właściciel kulą u nogi?

Jakie w takim razie czynniki wpływają na taką cenę węgla w polskich kopalniach? Przede wszystkim trzeba podkreślić, że od lat – co roku – rosną koszty procesu produkcji i samej pracy górników. W 2017 r. w polskich kopalniach węgla kamiennego pracowało 82,7 tys. ludzi. Rok później było ich już 82,8 tys. Rok temu, w lutym 2019 r. liczba zatrudnionych w kopalniach wyniosła już 83,2 tys. – najwięcej w Unii Europejskiej. W efekcie tylko w latach 2017-2019 PGG miała przeznaczyć na wynagrodzenia i świadczenia dla pracowników 1 mld 95 mln zł powyżej wydatków planowanych przy tworzeniu tej górniczej spółki.

A czy w tym czasie, skoro zwiększała się liczba rąk do pracy, wydobycie też pięło się w górę? Niestety, w 2017 r. wydobyliśmy łącznie 65,5 mln ton węgla, w 2018 r. jeszcze mniej, bo 63,4 mln ton. Zgodnie zaś z danymi Ministerstwa Aktywów Państwowych za 11 pierwszych miesięcy 2019 r. wynika, że wydobycie zamknęło się w liczbie 56,69 mln ton.

Według analityków największym pechem tej układanki i takim wewnętrznym hamulcowym jest fakt, że najbardziej znaczący gracze na polskim rynku węgla mają tego samego właściciela: Skarb Państwa. A to w definicji stoi w sprzeczności z konkurencyjnością, także tą cenową. 

Fiskalizacja branży sprowadza ją na finansowe dno

Zbytnie opodatkowanie to argument podnoszony za każdym razem, kiedy jest mowa o cenie węgla. Trudno się dziwić. Wszak jak wylicza Górnicza Izba Przemysłowo-Handlowa na wszystkie podatki i składki branża wydaje nawet 65 proc. swoich całkowitych kosztów. To ubezpieczenie społeczne, zdrowotne, podatki od osób fizycznych, Fundusz Pracy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, Fundusz Emerytur Pomostowych i PFRON. Do tego dochodzi jeszcze podatek dochodowy od osób prawnych, VAT, akcyza oraz opłaty i kary na rzecz funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej i na rzecz gmin. 

Na tak liczne obciążenia fiskalne nie muszą się skarżyć zagraniczni producenci. Nawet koszty dostawy surowca do Polski tego nie wyrównują i import węgla nad Wisłę jest po prostu ciągle dla nich opłacalny. Według związkowców takie obciążenia podatkowe są podobnie destrukcyjne dla polskiego górnictwa jak „szkodliwa i kosztowna polityka klimatyczna UE”.

Zwracamy uwagę na wysokie opodatkowanie VAT polskiego węgla, który jest obarczony stawką 23 proc., podczas gdy rosyjski obowiązuje znacznie niższa stawka – 15 proc. Rosyjski węgiel jest tani również m.in. poprzez szerokie dotacje, w tym do transportu surowca. Polska nie może temu dorównać ze względu na obostrzenia Unii Europejskiej

– wskazuje w rozmowie z Bizblog.pl Patryk Kosela, rzecznik prasowy Komisji Krajowej WZZ „Sierpień 80”.

Górnicy przekonują, że w stu procentach realizują swoje zobowiązania publiczno-prawne wobec budżetu państwa, samorządów i ZUS. Tymczasem owe obciążenia, zamiast się zmniejszać, co obiecywał rząd PiS, ulegają stałemu zwiększaniu.

A do tego wszystkiego polskie spółki węglowe szorują po dnie

Rychłą nadzieją na zmianę tego stanu rzeczy mogła być doskonała kondycja polskich spółek węglowych i energetycznych, które chcąc stawiać na węgiel Made in Poland i zbić jego cenę w porównaniu z zagranicznym surowcem – sięgnęły by same do swych pojemnych kieszeni. Ale nie ma co na to liczyć. Te spółki ledwo same wiążą koniec z końcem, żeby jeszcze o jakikolwiek dodatkowych wydatkach w ogóle myśleć.

Wystarczy wszak przyjrzeć się giełdowemu żywotowi JSW S.A. Dziewięć lat temu, przy okazji zakupu w ofercie publicznej, za jedną akcję JSW trzeba było zapłacić 136 zł. Dzisiaj trzeba wydać mniej niż 19 zł. Tylko od początku roku, raptem w trzy tygodnie, akcje JSW straciły na wartości aż ponad 60 proc. Analitycy Trigon DM w swoim raporcie stwierdzili, że ich „wartość dla akcjonariuszy mniejszościowych może zbiegać do zera”.

A co z takimi tuzami jak PGNiG i PGE? W pierwszym przypadku zysk w ostatnim kwartale zeszłego roku był aż 12 razy mniejszy, niż wcześniej to szacowali analitycy. To raptem, 30 mln zł wobec wypracowanych rok temu 390 mln zł. Z kolei w PGE zdają sobie sprawę, że czasy, kiedy za ich jedną akcję płacono nawet ponad 20 zł – już raczej nie wrócą. Teraz trzeba wysupłać jedynie 6 zł. 

Inwestowanie miliardów euro w wydobycie węgla brunatnego przez kolejne dziesięciolecia nie ma ekonomicznego sensu

– doradza PGE Gerard Wynn, konsultant finansowy Instytutu Ekonomii Energii i Analiz Finansowych.