Jego imperium hotelowe budziło podziw, ale i potężne kontrowersje. Nie żyje Tadeusz Gołębiewski

Działalność gospodarczą na dużą skalę rozkręcił jeszcze za PRL-u, ale stał się jednym z symboli rozkwitu polskiego biznesu w czasach gospodarki rynkowej. Tadeusz Gołębiewski najpierw odniósł sukces jako cukiernik, ale sławę zyskał jako hotelarz, właściciel czterech gigantycznych obiektów rozsianych po Polsce. Nie doczekał otwarcia piątego – w Pobierowie. Zmarł 21 czerwca w wieku 79 lat.

Śmierć Gołębiewskiego potwierdziła Agnieszka Gawińska, rzeczniczka firmy Tago, jednej z dwóch odnóg imperium przedsiębiorcy spod Wołomina. Dziś ukaże się informacja na stronach internetowych hoteli i przedsiębiorstwa TAGO. Upoważniona jestem tylko do przekazania informacji, że Tadeusz Gołębiewski zmarł w dniu wczorajszym – powiedziała PAP.

Tadeusz Gołębiewski stawiał pierwsze kroki w biznesie jeszcze w latach sześćdziesiątych. Jako świeżo upieczony absolwent SGH postawił na domową produkcję ciastek. Miał łeb do interesów, ale też potrafił zakasać rękawy – sam spawał formy, które wyrzuciła przedwojenna fabryka, a następnie produkował w nich wafle. Z kolei kultowa pralka Frania służyła mu do wyrabiania ciasta.

Bizblog.pl poleca

Tania produkcja, prawie nieograniczony zbyt, rosnące zyski, które w całości reinwestował. W kolejne maszyny, używane, ale solidne, z Austrii, w nowe produkty – andruty, bezy, rożki do lodów – w stale rozbudowywaną fabrykę – pisze „Newsweek”.

Od cukiernika do hotelarza

Produkty cukierniczego imperium Tadeusza Gołębiewskiego stały się popularne nie tylko w Polsce, ale również odnosiły sukces za granicą. W najlepszych czasach działalności Tago notowało nawet kilkanaście milionów złotych zysku rocznie. Fortuna zbudowana na biznesie cukierniczym umożliwiła Gołębiewskiemu start w nowej branży – hotelarstwie.

Pierwszy hotel wybudował już w 1989 roku. Był to obiekt w Mikołajkach, który otwarty został w 1991 roku. Nieco tracący dziś myszką hotel początkowo był dużo mniejszy, ale w toku prac budowlanych rozrósł się, a kolejne segmenty dodawano przez kolejną dekadę. Dziś bardziej przypomina osiedle bloków, które zrosły się w jeden monstrualny kompleks.

Metoda zmieniania planów i stopniowej rozbudowy bez uzyskania pozwolenia była bardzo kontrowersyjna, ale okazała się strzałem w dziesiątkę i Gołębiewski zastosował ją przy kolejnych hotelach. W 1999 roku rozpoczął budowę gigantycznego hotelu w Wiśle, choć nie uzyskał wszystkich wymaganych prawem zezwoleń. Ciągali mnie za to po sądach, ale nie miałem wyjścia, bo inaczej wszystkie moje firmy by upadły, były pod zastaw kredytu – tłumaczył potem. Sprawy umorzono, ale Gołębiewski dorobił się łatki specjalisty od samowoli budowlanej.

Bez pozwoleń

Ośmielony tymi sukcesami biznesmen postanowił pójść o krok dalej. W Karpaczu poszedł na całość. Zamiast 630 pokoi buduje 880, dwa piętra więcej. Obiekt jest dużo większy niż w planach. Tym razem prócz ekologów protestował też konserwator zabytków – pisała „Polityka”. Przeciw tak rażącej samowoli budowlanej i tak silnej ingerencji w krajobraz Karpacza zaprotestował nawet ówczesny minister kultury, ale władze miasta stanęły murem za Gołębiewskim. Choć dostał nakaz rozbiórki dwóch pięter, hotelarzowi znowu się udało uniknąć konsekwencji.

Po drodze był jeszcze hotel w Białymstoku, który – dla odmiany – Gołębiewski kupił, ale także ruszył z nielegalną rozbudową, za co nawet przez jakiś czas ścigał go prokurator. Najnowszym i trwającym skandalem wokół hotelarskiego imperium Gołębiewskiego jest budowa gargantuicznego obiektu w Pobierowie. Aby zrobić dla niego miejsce dla tak dużego budynku, wycięto cztery hektary lasu nad samym morzem. To dla nas jak najazd Hunów. Wyrżnęli wszystko w pień – mówił burmistrz Łeby.

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gdańsku złożyła nawet w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Wycinka objęła bowiem drzewa, które były pod ochroną. Sprawa nie została jednak podjęta. Dziś hotel w Pobierowie jest już na ukończeniu.