Chwalą się, że są lepsi niż Tinder, a działają jak Uber. Zlecisz im nawet… pilnowanie kur w Warszawie

True story – jedna z użytkowniczek Stepapp naprawdę potrzebowała pomocnej dłoni w zapanowaniu nad swoim stadkiem. Plany polskiego startupu sięgają jednak dalej. Młodzi przedsiębiorcy mówią o zmianie paradygmatu wymiany siły roboczej w gospodarce.

Stepapp ma walczyć z nadchodzącym kryzysem pracy i zabieganiem Polaków. Za jej pomocą można zlecić różne obowiązki sprawdzonym osobom w okolicy za niewielką opłatą. Od sprzątania, napraw i dostaw, po przygotowanie przyjęcia urodzinowego.

Aplikacja nie jest nowa w swoim zamyśle. Wiele podmiotów z różnym skutkiem próbowało już połączyć ze sobą uczestników lokalnych społeczności – grupę z potrzebami i grupę z umiejętnościami, narzędziami lub po prostu wolnym czasem. Na polskim rynku działa już choćby Fixly od OLX-a, które koncentruje się na zajęciach wymagających fachu w ręki. Zajęcie znajdą tam elektrycy czy hydraulicy.

Stepapp ma nieco inną propozycję wartości. Tu zlecić można dosłownie każdą czynność: skoszenie trawnika czy zamontowanie półki na książki.

Bizblog.pl poleca

Wystarczy opublikować zlecenie i podać wycenę

Stepapperzy mogą wyrazić zgodę na wykonanie zadania lub targować się o cenę. Terminem Stepaperzy twórcy aplikacji określający osoby chętne do pracy jako wykonawca. Nie muszą one płacić za możliwość kontaktu ze zleceniodawcą, ale Stepapp pobiera 15 proc. prowizji od ich zarobku.

Czy to wystarczy, aby przekonać do siebie użytkowników i zbudować masę krytyczną? Właśnie o tym rozmawiam ze współtwórcą aplikacji, Jakubem Mocarskim.

Karol Kopańko, Spider’s Web: Zacznijmy od kluczowego pytania – jak to się wszystko zaczęło?

Jakub Mocarski, Stepapp: Razem ze wspólnikiem Thomasem Wernerem ze Szwecji postanowiliśmy zrobić coś znaczącego w trakcie krajowego lockdownu i spróbowaliśmy pomóc lokalnym społecznościom.

Mocne słowa, a co robicie na co dzień?

Studiujemy ekonomię i prawo na Uniwersytecie w Białymstoku. Tu też się poznaliśmy. Thomas wychował się za granicą, wcześniej prowadził startup w Szwecji i odkrył, jak wiele pracy zlecanej jest polskim programistom. Jakoś tak wyszło, że na studia trafił do Białegostoku, skąd pochodzi jego rodzina.

Ja zaś chciałem wyjechać do Warszawy, ale bardziej skupiłem się na prowadzeniu działalności foto-reklamowej, więc zostałem na studiach w Białymstoku. Przypadkiem znaleźliśmy się na tym samym kierunku i teraz razem spakowaliśmy się i wyjechaliśmy do stolicy realizować to, co zawsze siedziało w naszych głowach.

Co konkretnie siedziało w waszych głowach?

Chcieliśmy spróbować rozwiązać problemy, których sami doświadczamy. Bolało mnie, że osoby wokół – w tym rówieśnicy, ale także osoby starsze – mają olbrzymi problem z zarobieniem pieniędzy, mimo że mają umiejętności i chęć do pracy, której inni potrzebują. Chciałem im dać możliwość zarabiania w kompletnie inny, elastyczny, bardziej ciekawy sposób, niż jest to obecnie możliwe.

Thomas widział zaś, że w jego rodzinnym domu było mnóstwo niezałatwionych, drobnych rzeczy – a to parapet się odklejał, klamka odpadała, a ze ściany schodziła już farba… Paradoksalnie, jego tata prowadzi firmę budowlaną i mógłby się tym zająć, jednak nie ma na to czasu. Chętnie zleciłby to komuś innemu, ale nie ma takiej możliwości, bo fachowcy i firmy nie chcą jeździć do tak małych zadań.

Jakub Mocarski i Thomas Werner.

Jak w takim razie przeszliście od pomysłów do czynów?

Zaprojektowaliśmy aplikację i pozyskaliśmy świetnych developerów, którzy ją zbudowali.

Jaki macie w takim razie podział obowiązków w zespole?

Razem z Thomasem odpowiadamy za wszystko niezwiązane z czystym programowaniem. Sami zrobiliśmy też cały design apki. Zaprojektowaliśmy ją wizualnie, zrobiliśmy sesję reklamową i stworzyliśmy stronę internetową. Nie jesteśmy UI desigerami ani web developerami, a mimo to, myślę, że wyszło to dobrze i nie wydaliśmy na to dziesiątek tysięcy złotych.

Software house policzyłby nas około 300 tys. zł za zbudowanie obu aplikacji (jedna dla wykonawców, druga dla zleceniodawców), ale nasi developerzy wyrobili się z tym w 3 miesiące. To są ludzie, którzy tak jak my, poświęcili się Stepapp.

Można już korzystać z waszej aplikacji?

Właśnie trafiła do marketów Androida i iOS-a, więc Warszawiacy mogą ją swobodnie testować. Jednocześnie już wcześniej budowaliśmy rynek od strony wykonawców i klientów. 

Pomogliśmy kilkuset osobom odkryć, że mogą w końcu zarobić na różnych rzeczach, które potrafią. Wcześniej musieliby iść do konkretnej, etatowej pracy lub na własna rękę szukać ludzi, którzy chcieliby skorzystać z ich usług. Załatwiliśmy też trochę prac i obowiązków, głównie ułatwiając życie zapracowanym mamom.

Wydaje mi się jednak, że rynek jest dość gęsto zaludniony klonami TaskRabbit.

My jednak widzimy niszę. Nie ma platformy, gdzie możesz zlecić komuś, aby polatał za ciebie po mieście i pozałatwiał różne rzeczy.

Owszem, na rynku działa Fixly, ale dotyczy ona bardziej zaawansowanych prac, gdzie podnajmujemy firmy i fachowców w formie on-demand. Fixly transferuje istniejącą grupę zawodową (elektrycy, hydraulicy, firmy transportowe czy budowlane) na inny kanał marketingowy. My zaś tworzymy nowe miejsca i możliwości pracy, pomagając lokalnym społecznościom w codziennym życiu.

Tworzymy nowe możliwości pracy. Widziałeś gdzieś możliwość zlecenia komuś pilnowania kur? To akurat raczej w kategorii śmiesznych, ale naprawdę pewna pani z Warszawy potrzebowała pomocy, kiedy opuszcza dom. My za to w Stepapp mamy dziewczynę, która wychowała się na wsi i teraz mieszka w Warszawie, jest idealną osobą do tego zadania.

Dlatego porównuj nas raczej do Airbnb czy Ubera dla usług, a ludzi łączymy lepiej niż Tinder.

To mocne porównanie, biorąc pod uwagę, że dopiero startujecie. A może nie widziałem ogłoszeń o pilnowaniu kur, bo taka potrzeba pojawia się raz na milion? Może większe aplikacje zjadły już najbardziej dochodową część tortu?

Mówimy ogólnie o całym zakresie tego typu nietypowych prac, które mogą być w Stepapp łatwo zlecone innym osobom. Jeśli weźmie się pod uwagę jednostkowe przykłady, takie jak to, że jedna pani chciała, aby ktoś skoczył za nią do sklepu i wybrał prezent dla znajomej na urodziny, nie można zbudować na tym całego rynku. Kiedy jednak weźmie się te wszystkie prace, które wymagają rezolutnej osoby do zrealizowania, do kupy – powstaje duży, niezagospodarowany rynek pozostałych usług.

Duże nieefektywności widzimy również w ugruntowanych rynkach. Kiedy sprawdzam, ile czasu zajmuje obecnie znalezienie sprzątaczki, to często słyszę, że kilka tygodni, a może miesięcy. A to ktoś deklaruje, że przyjdzie, a potem nie przychodzi, rezygnuje i klient musi szukać w kółko od nowa. Jest to szalenie nieefektywne, a tak być nie musi. W Stepapp chcemy ten czas skrócić do kilku godzin, bo oferujemy pomoc w okolicy na żądanie.

To duża odpowiedzialność. Jak weryfikujecie workerów?

Podczas rejestracji, weryfikujemy tożsamość za pomocą dokumentu tożsamości. Do tego dochodzi weryfikacja konta bankowego. Na koniec zadajemy kilka pytań i przeprowadzamy rozmowę wstępną, w której pytamy o umiejętności i instruujemy.

W aplikacji mamy profile workerów, w których klient widzi ich doświadczenie, umiejętności, opinie, ale także notkę personalną. Chcemy nawiązać bliższą więź między osobami i zbudować zaufanie. To tak, jakbyś w Stepapp poznawał sąsiada, którego jeszcze nie miałeś czasu poznać.

Aplikacja wydaje się idealna dla studentów, którzy chcą dorobić pomiędzy zajęciami, ale jak się domyślam, to niejedyni użytkownicy.

Widzimy duże zainteresowanie wśród studentów. Elastyczność pracy i opcja robienia czegoś „cool” bardzo do nich przemawia. Wzbudzamy jednak szersze zainteresowanie. Inną grupą są nieco starsze osoby, w wieku 25 – 40 lat, które pracują nie w pełni ich możliwości czasowych, chcą pracować i zarabiać więcej. Rynek nie daje im na to odpowiednich warunków.

Jak jest, jeśli chodzi o osoby zlecające zadania?

Są to głównie kobiety, najczęściej takie z rodziną i dziećmi, które wolnego czasu do zagospodarowania w swoim dniu mają najmniej i chcą pozbyć się części obowiązków. Pracują w korporacjach lub prowadzą własne biznesy. Wynajęcie kogoś, kto zrobi coś za nie, jest bardziej efektywne i opłacalne, niż poświęcenie na to własnego czasu. Mogą też znaleźć pomoc w czymś, czego nie potrafią same zrobić – szybciej, prościej i taniej.

Ale jest jeszcze słynny problem kury i jajka. Po uzbieraniu odpowiedniej grupy wykonawców na start, zaczynamy gościć w świadomości osób skłonnych do zlecenia prac. Znajdujemy ją głównie na grupach zrzeszających zapracowane kobiety, często matki, które chętnie powierzyłyby swoje prace innym za opłatą (bardzo podoba mi się społeczność pod nazwą *ujowa Pani Domu!).

Możliwości, które im oferujemy spotkają się z naprawdę sporą aprobatą, bo staramy się robić to, czego nie oferuje konkurencja – prawdziwą pomoc w codziennym życiu.

Na czym w takim razie planujecie zarabiać?

Zlecanie zadań jest darmowe. Docelowo chcemy pobierać 15 proc. prowizji od workerów za wykonanie zadania.

15 proc.? Wydaje mi się to sporą częścią ich zarobku.

Nie, uważam, że to rozsądne. Ludziom, którzy nie mieli możliwości pracy w taki sposób, otwieramy nowe horyzonty. Ludziom, którzy w pewien sposób prowadzili takie usługi – dajemy lepsze warunki niż konkurencja. Trzeba też pamiętać, że ta kwota musi pokryć koszty każdego klienta – prowizje od pośrednika płatności, koszty usług weryfikujących.

Fixly, Oferteo, Oferia są bezpłatne tylko z pozoru. Aby pozyskać klientów nie uciekniesz od płacenia za opcje promocji. Mało tego, na Oferteo, wykonawca musi zapłacić za samą możliwość kontaktu z klientem, mimo że nie gwarantuje mu to żadnego zarobku, bo klient może jednak wybrać kogoś innego. My pobieramy prowizję, dopiero kiedy ktoś faktycznie zarobi pieniądze, przez co nie jest to dla wykonawcy tak odczuwalne. Nie ukrywamy żadnych haczyków, nie wymagamy opłat i żadnych inwestycji początkowych.

A sami szukacie inwestora? W jaki sposób się finansujecie?

Wprowadzamy produkt na rynek własnym nakładem finansowym, bo wychodzimy z założenia, że sami udowodnimy, że to działa i się sprawdza. Jesteśmy zwolennikami bootrastrapowania, a nie inwestowania w pomysły na kartce papieru. W przypadku Stepapp na początku najważniejsze jest złapanie odpowiedniej trakcji i damy radę zrobić to własnymi środkami. Co będzie potem, nie da się przewidzieć, ale na pewno będzie wymagało to dodatkowych środków. Rozegramy sytuację odpowiednio.

A marketing?

Skupiamy się na tak zwanym word of mouth, czyli przekazywaniu poleceń. Chcemy zapewnić jak największą satysfakcję klientowi, zamiast wydawać jak najwięcej na reklamę ze znaną twarzą, którą klient zobaczy kątem oka i nie dostanie z tego żadnej wartości. Rozmawiamy z ludźmi wprost w internecie, wskazujemy, jakie ich problemy możemy rozwiązać, a potem cieszymy się, bo w odpowiedzi słyszymy „Świetnie! Będę polecać znajomym”, „Super, pomogę mojej mamie”. To wymaga zupełnie innych rzeczy niż środków finansowych. 

Mamy też ogrom fizycznych pomysłów w głowie, które chcemy sprawdzić. To jest dla nas świetna zabawa, jak ogromny plac zabaw, w którym sam tworzysz atrakcje jakie chcesz i możesz ponieść się swojej wyobraźni. Jeśli chcemy, żeby ludziom się to podobało, musimy sami mieć z tego fun.