Obniżone progi alarmowania o smogu. Przepisy już klepnięte, teraz poczekamy na efekty

Minister środowiska podpisał rozporządzenie w sprawie niższych progów alarmowania o smogu. Szkoda tylko, że to wyborcza prowizorka, a nie faktyczna walka z zanieczyszczonym powietrzem.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uważa, że jeżeli w ciągu roku w danym mieście stężenie PM10 co najmniej 35 razy przekracza 50 µg/m3 – to możemy mówić o sytuacji niepokojącej. W Polsce najwidoczniej takiego zagrożenia nie ma w ogóle, bo jak podaje Polski Alarm Smogowy, w 2018 r. w żadnym mieście wojewódzkim nie zapaliły się kontrolki os smogu.

Bizblog.pl poleca:

Na, ale jak to? Przecież WHO co roku publikuje listę najbardziej zanieczyszczonych miast europejskich, gdzie te polskie przegrywają tylko z bułgarskimi. Innej konkurencji nie mają. A teraz okazuje się, że to pic na wodę, fotomontaż? 

Warto w tym miejscu przypomnieć, jakie wartości poziomów alarmowych przyjęte są w innych krajach europejskich. Np. w Belgii alarm smogowy włączany jest przy stężeniu pyłu PM10 rzędu 70 µg/m3, we Francji – 80 µg/m3, a w Czechach – 100 µg/m3. W Polsce zaś — zgodnie z rozporządzeniem z 2012 r. — alarm smogowy był ogłaszany po przekroczeniu średniodobowej wartości 300 mikrogramów na metr sześcienny dla pyłu PM10. Informowanie uruchamiano zaś przy wartościach 200 µg/m3.

I to wedle tych wartości w 2018 r. w żadnej stolicy województwa nie było przekroczonych norm dotyczących pyłu PM10. Gdybyśmy alarm smogowy wszczynali znacznie wcześniej — szybko okazałoby się, że nasze miasta takie wolne od smogu jednak nie są.

Teraz? Minister podpisał i kalendarza zabraknie

Teraz, na tydzień z okładem przed wyborami parlamentarnymi, całkiem przypadkiem Henryk Kowalczyk podpisuje nowe rozporządzenie dotyczące alarmów smogowych i razem z kolegami z rządu rozpościera transparent, na którym czytamy, że tak jak oni to z zanieczyszczonym powietrzem nikt nie walczy. 

Rozumiem, dlaczego resortu środowiska nie poszedł krok dalej i nie zgodził się na sugestie Ministerstwa Zdrowia, żeby poziomy alarmowania jeszcze bardziej ściąć — do wartości 80 µg/m3. Wtedy tacy samorządowcy z Krakowa, Rybnika, Opoczna czy Żywca trąbiliby co drugi dzień, że jest smog i się duszą. Jakby nie było w Polsce innych problemów.

A tak? I wilk syty i owca cała. Suweren dostał wyraźny sygnał, że rządowi zanieczyszczenie powietrza leży na sercu i chce walczyć ze smogiem. Alarm o smogu nie będzie jednak włączał się tak szybko, jak w wielu innych krajach europejskich, co by nie powstało wrażenie, że faktycznie mamy w naszym kraju taki problem. 

Tylko że i tak gabinet Morawieckiego wbrew całej tej smogowej ostrożności (a nuż się lobby węglowe zdenerwuje i co to będzie?) może wpaść we własne sidła. Przecież biorąc pod uwagę jeszcze stare poziomy alarmowania i informowania (300 i 200 µg/m3) w takim Krakowie odnotowuje się rocznie ok. 165 dni z przekroczonymi normami pyłów PM10. A np. w Wodzisławiu Śl. – 114. No to teraz i tak wyjdzie, że w tamtych miastach smog jest przez większą część roku. I co wtedy? Zapomniałem: to będzie wina samorządowców.

Smog w Polsce, czyli prowizorka goni prowizorkę

Jak widzę i słyszę polityków (niezależnie od barw politycznych), którzy zwłaszcza jak trzeba zabiegać o głos wyborcy, tak bardzo smog mają na sercu i przeganiają się w radach, jak efektywnie z nim walczyć — otwiera mi się nóż w kieszeni. 

Bo oczami wyobraźni widzę jedną z mieszkanek Rybnika, która w zeszłym roku, z dzieckiem na ręku, u siebie w domu miała znacznie przekroczone normy. Albo przypominam sobie niedawną wizytę ze swoimi chłopakami u laryngologa, który stwierdził, że ich częstsze kaszle to kwestia zanieczyszczenia powietrza.

I mdli mnie już na widok tego sztucznego wyścigu rządzących z samorządowcami, który ma pokazać, że nikt tak nie walczy ze smogiem, jak drużyna premiera. Tylko że to najpierw samorząd województwa małopolskiego przyjął — w formie prawa miejscowego — uchwałę antysmogową. Potem w ich ślad poszło województwo śląskie i inni.

W odpowiedzi, kilka miesięcy później, rząd pokazał swoją receptę na zanieczyszczenie tego, czym oddychamy, czyli program „Czyste Powietrze”. Zdaniem speców Banku Światowego rządowa inicjatywa będzie miała tylko wtedy sens, jak co roku będzie podpisywanych ok. 400 tys. umów. Tymczasem na koniec lipca 2019 r., po blisko roku od funkcjonowania programu, podpisano raptem 20 tys. umów. Ale co tam, grunt, że obniżyliśmy normy alarmowania i teraz możemy się tym pochwalić. Może smog też usłyszy i znad Wisły sam ucieknie?