Polacy domagają się podatku katastralnego. Już nie tylko młodzi mają dość tego, co się dzieje

Samorządy chcą wprowadzenia katastru, bo nie wyrabiają finansowo. Młodzi Polacy też, bo dostają szału, patrząc na to, co dzieje się z cenami mieszkań. Tymczasem ministrowie obecnego rządu udają, że nie wiedzą, o co chodzi. To ja wam powiem.

Promowany w Bizblog.pl ku wściekłości jednych i uciesze innych temat podatku katastralnego wypłynął nieoczekiwanie podczas niedawnego Samorządowego Kongresu Finansowego w Sopocie. Nieoczekiwanie dla przedstawiciela fiskusa, dodajmy.

Borykające się z coraz większymi problemami finansowymi samorządy dociekały u wiceministra Sebastiana Skuzy, czy rząd planuje coś zmienić w zasadach opodatkowania nieruchomości, czy nie.

Wiceminister Sebastian Skuza przyznał, że wpływy z katastru stałyby się dochodem własnym dla jednostek samorządu terytorialnego, ale obciążyłyby Polaków wyższymi stawkami podatku majątkowego, dlatego rząd nad takim rozwiązaniem nie pracuje. Przyznał jednak, że pojawił się postulat, by dokonać przeglądu stawek maksymalnych podatków od nieruchomości zapisanych w ustawie.

Trudno się dziwić. Ewentualne wprowadzenie katastru podreperowałoby nadwerężone pandemią i decyzjami administracji centralnej finanse wsi, miast i miasteczek. Ale poza stwierdzeniem, że gdyby taki podatek wprowadzono, to kasa popłynęłaby do lokalnych kas, samorządowcy nie otrzymali zadowalającej odpowiedzi.

Bizblog.pl poleca

Podatki od nieruchomości są śmiesznie niskie, bo rząd nic z nich nie ma

W tej chwili wysokość stawek podatku od nieruchomości ustalają rady poszczególnych gmin, ale maksymalne stawki zgodnie z ustawą o podatkach i opłatach lokalnych (Dz.U.2019.1770.) ustala co roku w rozporządzeniu minister finansów. O tym, kto ile płaci, zależy od powierzchni i – jak przekonują samorządowcy – są to kwoty symboliczne. Dlatego wpływy z opodatkowania budynków i gruntów od lat nie są głównym źródłem dochodów gmin. Mimo cięć, jakie w sposobie podziału pieniędzy z PIT-u i CIT-u zafundowała samorządom Zjednoczona Prawica, to podatki dochodowe od osób fizycznych i prawnych decydują, jak zasobne są lokalne budżety.

Wiele wskazuje, że gdyby gminy zaczęły naliczać podatek nie od powierzchni, a od wartości budynków i gruntów, jak to działa choćby w krajach anglosaskich, szybko mogłoby się to zmienić. Załóżmy, że stawka podatku katastralnego zostałaby ustalona na 1-proc. wartości nieruchomości. Właściciel 50-metrowego mieszkania w dużym mieście musiałby wtedy wysupłać 3-5 tys. zł rocznie. Dla porównania obecnie płaci od 300-500 zł.

To nie koniec. Z międzynarodowego badania, w którym kilka lat temu uczestniczyła SGH na temat perspektyw wprowadzenia katastru w krajach Europy Środkowej, wynika, że dochód, jaki osiągają samorządy z tytułu opodatkowania nieruchomości, jest kilka razy niższy niż na Zachodzie. W Czechach i na Słowacji jest to zaledwie 0,4 proc. PKB, na Węgrzech – niecały 1 proc., w Polsce – 1,3 proc., tymczasem we Francji i Wielkiej Brytanii gminy potrafią wycisnąć 4 proc. PKB.

Efekt jest taki, że w naszym kraju gminy ponoszą większe nakłady finansowe na realizację świadczeń publicznych, niż otrzymują w formie dochodów z tytułu podatku od nieruchomości. Co w tym dziwnego? To, że na Zachodzie jest odwrotnie.

Czas na zmiany w podatkach od nieruchomości

Okazuje się, że fiskus doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo gminy już od dawna szturmują jego twierdzę przy Świętokrzyskiej, przekonując, że coś z tym podatkiem trzeba w końcu zrobić.

Niektóre stawki być może powinny być zmienione

– zgodził się w Sopocie z samorządowcami wiceminister Sebastian Skuza.

Ale natychmiast dodał, że to nie oznacza, że prace nad zmianami w opodatkowaniu nieruchomości się toczą, a w ogóle to, żeby samorządowcy z głowy wybili sobie, że wprowadzony zostanie kataster.

Stanowisko wiceszefa fiskusa to żadne zaskoczenie. Pomysłom wprowadzenia podatku od wartości nieruchomości już dwa lata temu stanowczy odpór dał prezes PiS Jarosław Kaczyński, a wiadomo, że bez jego „tak” wprowadzenie katastru nie wchodzi w rachubę.

Jest w tym pewien haczyk. Rządzący nie zdają się zauważać, że wielu młodym Polakom 500+ przestało wystarczać i chcieliby teraz mieszkań. A tu dramat, bo rząd nie ma im nic do zaproponowania. Każdy z forsowanych od 2015 r. pomysłów zakończył się spektakularną klapą. Okazało się, że PiS nie umie w mieszkania, więc odgrzał pomysł Platformy,

Nie wprowadzimy katastru, tylko coś zupełnie innego

Najnowsze pomysły Zjednoczonej Prawicy, by przywrócić dopłaty do kredytów hipotecznych albo jeszcze lepiej REIT-y, wyśmiane w Bizblog.pl przez Agatę, jeszcze bardziej wkurzył dwudziesto- i trzydziestolatków.

Wychowane w III RP pokolenia Y i Z wiedzą, że w ten sposób politycy zamiast ostudzić rynek, jeszcze bardziej podsycają popyt, który od ponad dwóch lat winduje ceny nieruchomości na nienotowane poziomy:

Zatrudnieni na śmieciówkach i zarabiający grosze, w żadnym banku nie mogą liczyć na kredyt, inna sprawa, że widząc, co spotkało frankowiczów, wcale się do tego nie palą. Na szczęście, bo przy historycznie niskich stopach i tak wyśrubowanych cenach mieszkań, nie skończyłoby się to dobrze.

Nie dziwię im się, że coraz głośniej domagają się opodatkowania seryjnych landlordów, kupujących na pęczki mieszkania, których ci nie zamierzają im wynająć, bo liczą na grubą kasę z wynajmu krótkoterminowego.

Rząd na razie nic sobie nie robi, ani z robiących bokami samorządów, ani z coraz bardziej wkurzonych młodziaków. Bardzo jestem ciekaw, jak to się skończy.