Politykom marzą się państwowe spożywczaki. Lepiej niech trzymają się od biznesu z daleka

Jest takich dwóch wiceministrów, jeden od aktywów państwowych nazywa się Artur Soboń, a drugi od infrastruktury nazywa się Marcin Horała. W ciągu kilku ostatnich dni ten pierwszy najpierw nie wykluczył, że rząd mógłby stworzyć państwową sieć sklepów spożywczych. Mogłaby ona powstać na drodze przejęć istniejących już sklepów. A ten drugi dorzucił, że rząd może będzie przejmować podmioty na rynku handlu detalicznego, jeśli trafi się okazja.

Mamy spowolnienie gospodarcze, nie są więc wykluczone przejęcia na rynku handlu detalicznego, a niektóre firmy mogą być sprzedawane poniżej wartości. Tak przynajmniej donosił PAP, opisując wypowiedź Horały w państwowej telewizji. Wiceminister infrastruktury dodał też, że ma to być element szerszego planu utworzenia dużego podmiotu państwowego w branży rolno-spożywczej.

O tym, że to element większej całości wspominał też wcześniej ten pierwszy, kiedy w rozmowie z money.pl mówił tak:

Sieć sklepów kontrolowana przez państwo byłaby na pewno czymś, co by uzupełniało to, nad czym w tej chwili pracujemy, czyli nad obecnością państwa na kilku rynkach w ramach przetwórstwa produktów rolno-spożywczych. Byłoby to dobrym rozwiązaniem dla producentów rolnych i polskich grup producenckich.

A we wtorek w agencjach prasowych pojawiła się jego kolejna wypowiedź o konsolidowaniu aktywów rolno-spożywczych, które są w rękach państwa. W praktyce miałoby chodzić o doklejanie do istniejącej Krajowej Spółki Cukrowej kolejnych spółek i w ten sposób stopniowo rozbudowywać KSC i rozszerzać jej działalność o kolejne rynki. Swoją drogą Krajowa Spółka Cukrowa ponosi już tego pomysłu koszty, bo podpisała z firmą KPMG umowę na świadczenie usług doradczych w zakresie „przygotowania i realizacji procesu konsolidacji”.

Bizblog.pl poleca

Tego samego dnia pojawił się komunikat z Ministerstwa Aktywów Państwowych, w którym ktoś napisał, że „wbrew spekulacjom medialnym” (czyli wbrew wcześniejszym wypowiedziom wiceministra) ministerstwo nie planuje tworzyć państwowych sieci sklepów spożywczych.

Będąc precyzyjnym, należy zauważyć, że wiceminister Soboń nigdy nie mówił, że planuje. Mówił, że nie wyklucza i to pozwalało mu rozwijać wizje pełne domniemanych korzyści z zaistnienia takiej sieci. Ale o planowaniu nic nie mówił.

Można dojść do wniosku, że komunikat ministerstwa kończy temat i tych sklepów nie będzie. Ale wynika z niego też, że argumentacja, która stała za tą koncepcją nadal jest aktualna. Chodzi o to, by konsumenci zyskali konkurencyjne ceny, a z drugiej, by rolnicy i wytwórcy otrzymywali dobrą zapłatę za swoje produkty. Nadal wygląda na to, że zdaniem już nie tylko wiceministra Sobonia, ale całego ministerstwa dzisiaj w sklepach nie ma konkurencyjnych cen, a producenci nie dostają dobrej zapłaty. A do tego wiele polskich marek zostało przejętych przez obcy kapitał, co spowodowało, że „Polska bezpowrotnie utraciła nad nimi kontrolę”.

Ministerstwo straszliwie histeryzuje

W gospodarce rynkowej nigdy nic nie jest „bezpowrotne”. Zawsze możliwe są kolejne transakcje i marki, które były kiedyś kontrolowane przez polskiego przedsiębiorcę, a dziś są na przykład pod kontrolą czeskiego przedsiębiorcy, za jakiś czas mogą być kontrolowane przez kogoś z Boliwii, Szwajcarii, ale także z Polski. Wystarczy zaproponować odpowiednią cenę. Kuriozalne jest też to, że według tego komunikatu Polska kontroluje każdą markę, która należy do Polaków. Na przykład markę „Cyberpunk 2077” dzisiaj kontroluje Polska, a nie CD Projekt. Nawet Bizblog.pl i SpidersWeb według tego rozumowania są kontrolowane przez Polskę. Ale to tylko taka uwaga na marginesie.

Chodzi o to, że pomimo odcięcia się od pomysłu ze sklepami mamy tak naprawdę ciąg dalszy tego, co zostało powiedziane w ostatnich dniach. Przypomnę więc, że zarówno z wcześniejszych wypowiedzi Sobonia, jak i Horały wynikało, że obecnie jest źle, bo wyprzedano sektor rolno-spożywczy zagranicy, a sieci sklepów detalicznych są obce.

Horała powiedział też, że polski rolnik dostaje za swoje produkty bardzo mało, a konsument płaci w sklepach bardzo dużo i to dlatego, że poprzedni rząd doprowadził do wyprzedaży polskiego sektora rolno-spożywczego. Chociaż zapewne nie chodziło mu o rząd Beaty Szydło. Horała powiedział też, że chodzi o to, aby powstał podmiot, który płaci „uczciwe ceny” rolnikom, i jednocześnie oferuje produkty polskim konsumentom nie po „przesadnie wygórowanych” cenach. Dodał, że jeśli państwowa firma faktycznie pojawi się na rynku , to wtedy inne podmioty będą musiały się dostosować do warunków gry i nie będą mogły przesadnie zawyżać cen.

Kilka nieudokumentowanych ani nieuzasadnionych zarzutów

Zarzut pierwszy jest taki, że sklepy zawyżają ceny, a to oznacza, że ceny są w nich za wysokie. Nie wiadomo jednak, jak to panowie wiceministrowie wyliczyli. Nie wiadomo też, skąd oni w ogóle to wiedzą. Czy ktoś im o tym powiedział? Konsumenci? Rolnicy? Czy istnieje jakiś benchmark, od którego można mierzyć odchylenie cen i na tej podstawie uznawać, że są już za wysoko? Nie wiadomo też, jakie ceny nie byłyby za wysokie. Po prostu przyszedł wiceminister i powiedział, że trzeba coś zrobić, bo ceny w sklepach są za wysokie. I już.

Drugi zarzut jest taki, że te ceny są za wysokie, ponieważ to sklepy je zawyżają. Mamy tu wyraźną sugestię pewnego oszustwa. Te ceny zapewne byłyby zupełnie nie za wysokie, gdyby ktoś ich celowo i sprytnie nie zawyżał. Tutaj też niestety pomimo ewidentnego pomówienia prywatnych firm o praktyki niezgodne z prawem brak jakiegokolwiek uzasadnienia, czy przedstawienia dowodów. Formułującym zarzuty nie przeszkadza, że rynek detaliczny w Polsce jest bardzo mocno rozdrobniony i istnieje na nim bardzo dużo różnych sklepów pod różnymi markami. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji sklep, który sztucznie zawyża ceny, straciłby klientów, którzy przenieśliby się do konkurencji, która cen nie zawyża. Istnieje jednak proste wytłumaczenie tego pozornego dysonansu. Najwyraźniej zawyżać ceny muszą wszyscy, tak aby konsument nie był w stanie znaleźć tańszego sklepu. Skoro wszyscy zawyżają jednocześnie i tak samo, to znaczy, że muszą być w zmowie. Teraz wyraźniej widać, dlaczego musimy mieć dużą państwową spółkę na rynku rolno-spożywczym. Po prostu inni są w zmowie.

Trzeci zarzut wydaje się kluczowy w argumentacji obydwu wiceministrów. Sklepy zawyżają ceny (i zapewne są w zmowie), bo są zagraniczne. Nastąpiła przecież wyprzedaż i teraz te sklepy są w obcych rękach. Wydaje się, że zdaniem naszych bohaterów polskie firmy działają zupełnie inaczej niż niepolskie. Tym polskim chodzi po prostu o normalne zarabianie na sprzedaży czegoś ludziom z umiarkowaną i rozsądną marżą. Jednak firmom niepolskim chodzi o coś zupełnie innego. One płacą rolnikom za mało, a nam każą płacić za dużo, ponieważ są zagraniczne. O tym więc, czy firma na rynku zachowuje się uczciwie, czy nieuczciwe przesądza to, skąd pochodzi właściciel tej firmy. Z zestawu wielu różnych cech właściciela firmy wybieramy jedną: narodowość i na podstawie tej jednej cechy przyporządkowujemy mu automatycznie inne cechy, które pozwalają nam go oceniać.

Zagraniczny jest zły i oszukuje, a krajowy jest dobry i uczciwy

Moim zdaniem mamy tu do czynienia z ekonomiczną mową nienawiści. Polega ona na obrażaniu i szkalowaniu innych osób, tylko dlatego, że mają inną narodowość. Niestety jest to mowa nienawiści w wykonaniu urzędników rządowych z dwóch różnych ministerstw.

W ich wypowiedziach jest też coś, co mnie osobiście niezwykle bawi. Otóż Horała twierdzi, że jak już powstanie ten państwowy sklep, to wtedy wszystko się zmieni na lepsze. Bo inni gracze na rynku będą musieli się dostosować do nowej sytuacji i nie będą już mogli tak bardzo zawyżać cen. Tu też nie wiadomo, dlaczego miałoby się tak stać, skoro pomysłodawcy twierdzą, że sieć może powstać tylko dzięki przejęciu kogoś, kto padnie w pandemii koronawirusa, a rynek generalnie jest w Polsce dość rozproszony. Aby uzyskać skalę pozwalającą dyktować warunki innym, trzeba by się postarać o jednoczesny upadek wielu naprawdę dużych sieci, które jednak dziś nie wyglądają tak, jakby miały za chwilę zbankrutować. Dlaczego więc te podmioty miałyby zmieniać cokolwiek w swojej działalności po tym, jak na rynku pojawi się coś państwowego?

Możliwe, że chodzi o sposób wyjścia z tej fantastycznej koncepcji poprzez dalszą kreację fikcyjnej rzeczywistości i proste stwierdzenie za kilka miesięcy, że po utworzeniu państwowej firmy inne sieci przestały zawyżać ceny. I sprawa załatwiona.

Horała i Soboń najwyraźniej wierzą w to, że kapitał ma narodowość. Tyle że to nieprawda, kapitał to kapitał i pracuje tak samo, niezależnie od narodowości jego właścicieli. Polskie firmy zachowują się tak samo na polskim, na rumuńskim czy na niemieckim rynku. Wszędzie chcą zdobyć udział i na tym zarabiać. Podobnie firma francuska czy włoska tak samo zachowuje się we Włoszech, we Francji, w Belgii i w Polsce. Wszędzie chodzi o to samo. Zarzucanie jej, że u siebie działa normalnie, ale u nas oszukuje, tylko dlatego, że jest zagraniczna, jest chore i niebezpieczne.

Ale za to narodowość ma polityka, więc kiedy wpuści się politykę i polityków do spółek, to wtedy te spółki mogą stać się polityczne i tym samym ich kapitał faktycznie nagle może zacząć mieć narodowość.

Ale kluczem nie jest sam kapitał, tylko politycy

Kiedy są to politycy nacjonalistyczni, to wtedy mogą nawet celowo dążyć do tego, aby ten kapitał miał narodowość, a spółki zaczęły realizować cele polityczne, a nie biznesowe. Nie ma to nic wspólnego z dobrem tej spółki, bo gdyby miało, to robiliby tak wszyscy także w sektorze prywatnym. Kapitał może mieć więc narodowość tylko wtedy, kiedy jest w rękach polityka. To dlatego politycy powinni się od biznesu trzymać z daleka.

Natomiast jeśli rolnicy mają problem z pośrednikami w branży spożywczej, to nie ze względu na pochodzenie kapitału, ale przez to, że nie potrafią się zjednoczyć i zdobyć dzięki temu lepszej pozycji przetargowej. Państwo powinno im pomóc nie za pomocą nowych państwowych molochów, tylko pomagając im tworzyć dobrze zarządzane grupy producenckie. Wtedy mogliby sobie sami wynegocjować lepsze ceny i u Francuza i u Niemca i u Polaka. Czego im szczerze życzę.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.