Nadchodzi wielka inflacja. Ziemniaki zdrożały już 150 proc. I jeszcze te hot dogi w Ikei… Szaleństwo! xD

Szwedzka sieć podniosła ceny hot dogów. I to o 100 procent. A WizzAir właśnie podniósł opłaty za bagaż. Abonamenty za telefon podrożały niedawno. Generalnie można mieć wrażenie, że wszystko drożeje (chociaż to nieprawda, bo na przykład trochę tanieją masło i mleko).

W takiej sytuacji dość łatwo o samonapędzające się zapętlenie. Kiedy widzisz, że wszystko drożeje, wtedy przestajesz się dziwić temu, że drożeje, nie buntujesz się, nie postanawiasz, że poszukasz tego czego szukasz w jakimś innym sklepie, gdzie będzie taniej. Bo przyjmujesz do wiadomości, że tam też nie będzie taniej. Bo wszystko drożeje. A skoro nigdzie nie będzie taniej, to kupujesz tam, gdzie właśnie podrożało.

Tak działa wzrost oczekiwań inflacyjnych. Kiedy wszyscy wciąż słyszą, że idzie inflacja, drożyzna, a do tego widzą, że faktycznie ceny w sklepach rosną, wtedy po początkowej fazie buntu i wyparcia następuje faza akceptacji. No bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

Wzrost oczekiwań inflacyjnych wszystko zmienia

I ta faza akceptacji jest tym wspaniałym, rzadko spotykanym momentem w życiu chyba każdego biznesu, w którym może on próbować podnieść swoje ceny. No bo skoro z drugiej strony jest klient, który zaakceptował to, że wszystko drożeje, to informacją, że u nas też podrożało raczej go nie zaskoczymy. Pokiwa głową i tyle. I wtedy nagle okazuje się, że właśnie podrożały hot dogi w Ikei. Chociaż przecież IKEA równie dobrze mogłaby je rozdawać za darmo, oni zarabiają na czym innym. No ale skoro koszty produkcji hotdoga wzrosły i oczekiwania inflacyjne wzrosły, to czemu nie.

dogi w Ikei. Chociaż przecież IKEA równie dobrze mogłaby je rozdawać za darmo, oni zarabiają na czym innym. No ale skoro koszty produkcji hot doga wzrosły i oczekiwania inflacyjne wzrosły, to czemu nie.

Warto to podkreślić: sam wzrost kosztów nie wystarczy. Bo wtedy klient, który naszym panem jest, zirytuje się, może wścieknie, zapewne zapamięta to jako wysoce niemiłe zdarzenie i w porywach może nawet następną szafkę do kuchni kupi gdzieś u konkurencji. Wtedy nie warto ryzykować i z wyższymi kosztami radzić sobie trzeba inaczej. Dlatego same tylko wzrosty cen paliw czy prądu zwykle nie wystarczają do rozkręcenia inflacji. Ale wzrost oczekiwań inflacyjnych wszystko zmienia i otwiera dotąd niedostępne możliwości.

Oczywiście zawsze są jakieś granice i zawsze wszystkie zjawiska w gospodarce w pewnym momencie wygasają. Gdyby tak nie było, to wtedy raz odpalone oczekiwania inflacyjne niechybnie doprowadzałyby nas do hiperinflacji. Na szczęście zazwyczaj na rynku znajdzie się ktoś, kto ochotę firmy na podnoszenie cen ogranicza, nawet jeśli klient zaczyna się na to godzić. Albo jakiś bogatszy konkurent, któremu zawsze może strzelić do głowy, że jak wszyscy podnoszą ceny, to on obniży, żeby przejąć rynek. Albo państwo, które lubi coś uregulować. Albo w końcu klient może dojść do wniosku, że jeśli żelki, które kosztowały dwa złote, a potem trzy, a nagle kosztują pięć, to przestanie je kupować. Takie ryzyko zawsze istnieje i zwykle skutecznie ogranicza bardziej wybujały wzrost cen. Ale aby tak się stało, musi minąć trochę czasu. Na początku pobudzone oczekiwania inflacyjne umożliwiają podnoszenie cen w granicach rozsądku.

W ten sposób gadanie o inflacji wywołuje inflację. Bo oczekiwania inflacyjne rosną głównie od gadania o inflacji. Często przyczyniają się do tego media, co jest w sumie nawet zabawne, bo pisząc o inflacji, media zawsze na nią narzekają i nią grożą. Zawsze. Nie ma w mediach tekstów radujących się z powodu inflacji. Można więc przyjąć, że autorzy tych tekstów nie chcą inflacji. A jednak, pisząc o niej z odpowiednią częstotliwością sami pomagają ją wywołać.

Jasna strona inflacji

Mimo wszystko można pokusić się o poszukanie w inflacji (oczywiście takiej w granicach rozsądku) czegoś pozytywnego. Istnieje w naszym życiu szereg rzeczy, które bardzo lubimy i regularnie kupujemy. Dla mnie na przykład taką rzeczą jest abonament w Spotify. Jestem heavy userem. Mógłbym za niego płacić pewnie z 2-3 razy więcej niż dziś. Nie chciałbym tego robić i mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, ale jak sobie wyobrażę taką sytuacją, to pewnie z ciężkim sercem uległbym i zapłacił. Z drugiej strony Spotify to nie jest firma mocno rentowna. To samo można powiedzieć na przykład o Netflixie. Ale to może być też nowy spożywczak na osiedlu z fajnym chlebem albo kiełbasą, której nie ma w asortymencie giganta detalicznego, który stoi tuż obok.

Bizblog.pl poleca tego autora:

Jest cały szereg firm, które wchodząc na rynek, wnoszą ze sobą coś nowego, ciekawego i wartościowego, ale przez to, że są nowe, muszą walczyć o miejsce na tym rynku i próbują konkurować niską ceną, która w ich przypadku zwykle oznacza straty. Ryzyko porażki jest wysokie. Podniesione oczekiwania inflacyjne pozwalają takim firmom podnosić ceny w ślad za liderami rynku, co daje im więcej oddechu i więcej możliwości przy doskonaleniu modelu biznesowego (który w naturalny sposób na początku zwykle wymaga udoskonalenia). Ci najlepsi oczywiście poradziliby sobie w każdych warunkach, ale w warunkach sprzyjających udać może się także tym nieco mniej lepszym. W efekcie będziemy płacić nieco więcej, ale za to będzie mogli korzystać z większej liczby użytecznych towarów i usług. Życie będzie trochę droższe, ale jednocześnie trochę lepsze.

Skoro inflacja ma też swoje plusy, a łatwiej ją wywoływać, podnosząc oczekiwania co do wzrostu cen, a oczekiwania te dość wygodnie podnosi się w mediach, to uwaga… podnoszę oczekiwania: łapcie się za portfele, bo nadchodzi wielka inflacja, ziemniaki podrożały już o 150 procent. No i te hot dogi w Ikei. Szaleństwo! 😉

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik „Dziennika Gazety Prawnej” i Tok FM.