Polacy, szykujcie się na obniżkę emerytur. Zniesienie limitu składek ZUS nic nie da

Pamiętacie cyrk z cenami prądu? Chyba mamy powtórkę z rozrywki. Tym razem chodzi o zniesienie 30-krotności ZUS. Rząd w tej sprawie ewidentnie chce zjeść ciastko i ciągle je mieć w kieszeni. Presja jest coraz większa, bo kasa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych świeci pustkami. Ale czy zniesienie limitu składek dla najlepiej zarabiających cokolwiek zmieni? Nawet 10 mld zł to nie 3 bln…

Z inicjatywą zniesienia 30-krotności ZUS wyszła grupa posłów PiS. Ich projekt zakłada zniesienie limitu od stycznia 2020 r. Wtedy składka ubezpieczenia emerytalne i rentowe odprowadzana byłaby już od całości przychodu. 

Im wyższa kwota odprowadzanych składek i im dłuższy okres zatrudnienia, tym wysokość świadczenia jest wyższa. Stąd też zniesienie limitu wysokości podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe bezpośrednio będzie wpływać na wysokość otrzymywanej w przyszłości emerytury – czytamy w uzasadnieniu projektu ustawy

Trzeba szukać kasy, bo w ZUS nie ma pieniędzy

Z jednej strony jest święte oburzenie przedsiębiorców i brak politycznego konsensusu: o zniesieniu 30-krotności od początku bardzo negatywnie wypowiada się Porozumienie Jarosława Gowina. Wicepremier w poprzednim rządzie Mateusza Morawieckiego (wszystko wskazuje, że zachowa tekę w nowym rozdaniu) ma obecnie w Sejmie 18 szabel i podobno nie zawaha się ich użyć. A bez nich partia Kaczyńskiego straci sejmową większość.

Z drugiej strony są twarde dane ekonomiczne. Szczególnie bezwzględne dla ZUS-u. Zakład nie ma innego wyjścia i wydaje każdą złotówkę, która wpłynie do jego kasy. Przez obniżenie wieku emerytalnego pogłębia się deficyt z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Sięga on już astronomicznej kwoty 3 bln zł. Tyle bowiem Polacy mieliby wpłacić składek na poczet przyszłych wypłat emerytur. Doszło do tego, że Robert Gwiazdowski, członek Rady Nadzorczej ZUS, twierdzi, że być może w przyszłości trzeba będzie tak zmienić algorytm, żeby emerytury były niższe od tych obecnie zakładanych. To znaczy jeszcze niższe.

Dlatego ZUS szuka kasy, gdzie się da

Problemy systemu ubezpieczeń społecznych przy tak rozłożystej polityce socjalnej to najczarniejszy sen rządzących. Filozofia marchewki w blasku fleszy i ukrytego kija raz na zawsze spali na panewce. Dlatego Zakład szuka pieniędzy, gdzie się tylko da. Można przypuszczać, że właśnie taka a nie inna kondycja finansowa ZUS stoi za falą kontroli kobiet, które prowadząc działalność gospodarczą urodziły dziecko i potem z tego tytułu pobierały świadczenia (zasiłek chorobowy lub macierzyński). 

Tutaj także leży przyczyna pojawienia się takich pomysłów, jak pełne oskładkowanie umów zleceń. Miałoby to dać Zakładowi ok. 3 mld zł rocznie. Głównie dotyczyłoby osób najgorzej zarabiających – w przedziale od 1 do 5 tys. zł.

A jak w tym towarzystwie czuje się inicjatywa znosząca 30-krotność ZUS? Bardzo dobrze. Takie przepisy dotyczyłyby wprost ok. 370 tys. podatników. A wpływ do kasy ZUS? Niebagatelny, bo liczony na ponad 7 mld zł co roku. Tak więc jak zsumujemy tylko te trzy źródła (kontrola kobiet na działalności gospodarczej, szusowanie umów zlecenie i zniesienie 30-krotności) to robi nam się niezła, miliarda góra pieniędzy, którą w takiej a nie innej sytuacji żal stracić z oczu. 

Jeszcze jest jeden hamulcowy: wybory

Zniesienie 30-krotności może rozjuszyć wielu wyborców. To z pewnością ryzykowny politycznie krok, zwłaszcza jak się zerknie na kalendarz. Za chwilę znajdziemy się na finiszu wyborczego maratonu. Po wyborach samorządowych, do PE i Sejmu przyjdzie za kilka miesięcy czas na prezydenckie. Jedynie w tym widzę możliwość przeniesienia w czasie inicjatywy ustawodawczej znoszącej 30-krotność ZUS. A co potem? Następne wybory są już za parę lat…