Mamy się cieszyć niskim bezrobociem? Niedobór rąk do pracy zaraz przydusi polski biznes

Aksjomat – twierdzenie, które jest tak oczywiste, że nie trzeba go udowadniać. Przez długie lata była nim zbitka „im niższe bezrobocie, tym lepiej”, ale czasy się zmieniły i sprawa nie jest już tak prosta. Druga strona medalu to niedobór rąk do pracy, który także jest bardzo szkodliwy dla gospodarki i dla wielu obywateli. Kolejne resorty pracy wciąż jednak mentalnie tkwią w latach 90. i niską stopę bezrobocia bezkrytycznie traktują jako synonim „doskonałej kondycji rynku pracy”.

– Nie masz problemu z pracownikami? — pytam znajomego menedżera z branży hotelarsko-gastronomicznej. — Nie. Po prostu ich nie mam — odpowiada, uśmiechając się gorzko.

Czytaj też:

O problemie dziesiątków tysięcy wakatów, szczególnie w budownictwie, produkcji czy handlu, od dłuższego czasu trąbią organizacje pracodawców i eksperci rynku pracy.

Prywaciarze narzekają? Dobre

Można wzruszyć ramionami i uznać to za lobbing wielkiego biznesu. „Widocznie za mało płacą i za słabo się starają” — stwierdzi z politowaniem niejeden wrażliwy społecznie publicysta-teoretyk, dla którego prowadzenie firmy to zawsze pływanie w luksusie i wyzysk pracowników.

To, co pozwala zdobyć punkty do fejmu w kawiarnianych dyskusjach czy podczas twitterowych potyczek, nie za bardzo wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością. Nie trzeba jechać na głęboką prowincję, by usłyszeć od przedsiębiorców — dużych, małych i tych całkiem drobnych — że braki kadrowe zagrażają funkcjonowaniu ich firm.

Może niektóre firmy faktycznie mogłyby bardziej sypnąć groszem i nie da się ukryć, że wciąż często mają sporo do zrobienia w kwestii warunków pracy. Jeśli jednak podnoszenie płac i dorzucanie kolejnych zachęt nie działa, bo po prostu nie ma na kogo, to problem jest nieco głębszy.

Nie chcę zostać źle zrozumiany — nie twierdzę, że dla zdrowia gospodarki i dla komfortu przedsiębiorców powinno występować odpowiednio wysokie bezrobocie, zapewniające łatwy dostęp do taniej siły roboczej. Nic z tych rzeczy.

Problem z danymi o bezrobociu jest taki jak ogólnie ze statystyką — otrzymujemy uśrednioną dla całego kraju wartość, która często mocno odstaje od lokalnych uwarunkowań. Stopa bezrobocia na poziomie 3,8 proc. (a tyle wynosiło zgodnie z metodą BAEL w maju) oznacza, że w niektórych miejscach występują pewne problemy ze znalezieniem pracy, ale w wielu innych chętnych do pracy nie ma w ogóle.

Bezrobocie naturalne

Nawet przy idealnej równowadze pomiędzy liczbą miejsc pracy a liczbą chętnych do jej podjęcia wskaźnik bezrobocia nigdy nie wyniesie zero. W każdej zdrowej gospodarce występuje tak zwane bezrobocie naturalne. Oczywiście istnieje wśród ekonomistów spór w tej kwestii, ale zazwyczaj przyjmuje się, że wynosi od 2 do 5 proc.

Skąd się bierze bezrobocie naturalne? W każdym momencie pewna część ludzi aktywnych zawodowo z różnych przyczyn zmienia pracę i zanim podejmie kolejną, przez jakiś czas nie pracuje.

W bieżącym roku spodziewamy się kolejnych spadków, ale nie będą one już tak spektakularne, jak do tej pory. To dlatego, że zbliżamy się do poziomu stopy bezrobocia naturalnego

mówiła w kwietniu ówczesna szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska.

Odrębną kwestią jest polska specjalność, czyli wskaźnik bezrobocia rejestrowanego. Nie jest on oparty na badaniach ankietowych (jak BAEL), lecz na liczbie osób, które zarejestrowały się w pośredniaku. Problem polega na tym, że spora część takich osób robi to dla określonych korzyści, na przykład dla dotacji do założenia działalności gospodarczej czy stworzenia miejsca pracy. Nic więc dziwnego, że bezrobocie rejestrowane jest znacznie wyższe niż BAEL.

Wystarczy jednak tych dygresji. Jak wiadomo, obecnie firmy budowlane często nawet nie przystępują do wielomilionowych przetargów publicznych, bo wiedzą, że nie będą miały jak ich zrealizować, a przyjmowane przez zamawiających wartości kontraktów są w całkowitym oderwaniu od realiów płacowych i cen materiałów budowlanych.

Istnieje coraz większe ryzyko, że Polska z tego powodu nie będzie w stanie wydać dużej części z około 200 mld zł, jakie na rozwój infrastruktury ma nam przekazać Bruksela, a Bank Światowy uznaje niedobór pracowników za najważniejszy czynnik, który na dłuższą metę będzie ograniczał wzrost gospodarczy nad Wisłą.

Na razie pesymistyczne scenariusze się nie sprawdzają i polska gospodarka wciąż zaskakuje swoimi siłami witalnymi, więc płynące z wielu stron ostrzeżenia można łatwo zbyć, ale od rządu trzeba jednak oczekiwać myślenia na nieco dłuższą metę.

Same dobre wiadomości

A co właściwie myśli rząd o sytuacji na rynku pracy? Nie ma sensu łapać premiera czy ministrów za słówka w sytuacji, gdy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej opublikowało analizę „Rynek pracy zmienia oblicze”.

Przez ostatnie cztery lata polski rynek pracy zmienił swoje oblicze. Stabilne tempo wzrostu gospodarczego przekłada się na bardzo dobrą kondycję rynku pracy

— czytamy w komunikacie MRPiPS.

„Po raz pierwszy od 28 lat (w czerwcu 2018 roku) liczba bezrobotnych spadła poniżej miliona” – cieszy się resort Bożeny Borys-Szopy. „Stopa bezrobocia w końcu 2018 roku wyniosła 5,8 proc. i była o prawie 4 punkty procentowe niższa od jej poziomu z końca 2015 roku” – podkreśla.

Czytamy dalej i wciąż same doskonałe wiadomości — MRPiPS zarzuca nas liczbami pokazującymi, jak szybko spada bezrobocie i jak bardzo wyprzedzamy pod tym względem Europę. W dalszej części są też same dobre wieści na temat rosnącej liczby miejsc pracy, aktywności zawodowej Polaków czy wskaźnika zatrudnienia.

Dzięki korzystnym zmianom zachodzącym na polskim rynku pracy dystans Polski do średniej w UE w zakresie głównych wskaźników opisujących sytuację na rynku z roku na rok jest coraz mniejszy

– podkreśla MRPiPS.

Na koniec resort Bożeny Borys-Szopy wskazuje, że coraz lepsza sytuacja na rynku pracy to także podnoszona przez rząd w szybkim tempie płaca minimalna, wprowadzenie stawki godzinowej i zmiany w prawie, które lepiej chronią pracowników przed nadużyciami ze strony pracodawców.

Konkluzja? Odsetek dobrych wieści na temat polskiego rynku pracy według MRPiPS wynosi 100 proc. W całym tekście podsumowującym zmiany, jakie zaszły w ostatnich czterech latach nie znalazła się najmniejsza nawet wzmianka o niekorzystnych zjawiskach i tendencjach.

Ukraińcy w Polsce? Pierwsze słyszę

Mało tego, jeśli ktoś przez ostatnie cztery lata mieszkał za granicą i zupełnie nie interesował się tym, co dzieje się w kraju, z podsumowania resortu pracy nie dowie się, że zdecydowanie największa zmiana, jaka w tym okresie zaszła na rynku pracy, to olbrzymi napływ imigrantów ekonomicznych. Według ostrożnych szacunków NBP liczba legalnie pracujących pracowników tylko z Ukrainy oscyluje wokół 1,2 mln.

Przemilczenie tego „szczegółu” sprawia, że takie zaniechanie, jak brak jakiejkolwiek wzmianki na temat nabrzmiewającego problemu niedoboru pracowników, może wydawać się drobnostką.

Obie kwestie są jednak bardzo blisko związane. Jeśli swoje rynki pracy — zgodnie z pojawiającymi się coraz częściej zapowiedziami — szeroko otworzą dla Ukraińców najbogatsze kraje Unii Europejskiej, nagły odpływ imigrantów ekonomicznych może wpędzić polski rynek pracy w kryzys, jakiego jeszcze nie mieliśmy okazji doświadczyć.