Energetycy dostaną premie, ale najpierw umowa społeczna. Związkowcy i eksperci nazywają to po imieniu

Po tym, gdy rząd poszedł na rękę górnikom w sprawie umowy społecznej, o swoje zaczęli też walczyć energetycy. Wygląda na to, że też dostaną to, co chcą, bo dla rządu liczy się tylko ich zgoda na utworzenie Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE). Reszta nie ma większego znaczenia.

Za niecały miesiąc minie rok, od kiedy rząd podpisał z górnikami porozumienie zakładające zamykanie ostatniej kopalni w 2049 r. Jest ono fundamentem dla umowy społecznej, w której zawarto dodatkowo dla górników gwarancje zatrudnienia, indeksacje wynagrodzeń w następnych latach, czy jednorazowe odprawy w wysokości 120 tys. zł.

Choć cały czas nie wiadomo, czy na takie rozwiązania zgodzi się Komisja Europejska, od czego i rząd i górnicy uzależniają wejście w życie całej umowy społecznej, to zawarte w tym dokumencie mechanizmy stały się wyznacznikiem także dla innych grup zawodowych, których dotyczy transformacja energetyczna.

Z projektu umowy z energetykami, zakładającej również wydzielenie aktywów węglowych do NABE wynika, że Ministerstwo Aktywów Państwowych postanowiło obiecywać na potęgę, nie do końca przejmując się tym, że niektóre z tych zapowiedzi są po prostu nie do zrealizowania. 

Umowa społeczna w takiej formie to nic innego, jak zapłata za spokój strony społecznej

uważa Bogdan Tkocz, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w Tauron Serwis.

Umowa społeczna dzieli energetyków

Z informacji do jakich udało nam się dotrzeć, wynika, że taki projekt umowy jeszcze bardziej podzielił związkowców. Część z nich ślepo wierzy rządowi i jest gotowa podpisać każdy dokument. Przekonują, że innej drogi nie ma. Ale niektórzy utrzymują, że właśnie, że jest. Że trzeba wszystko od nowa dobrze policzyć, przygotować i zaplanować. 

Bizblog.pl poleca

„Czemu, tak jak w przypadku Polskiego Ładu, rząd nie podpiera się w tej sprawie opinią niezależnej, najlepiej zagranicznej firmy eksperckiej?” – dziwi się Tkocz, który z innymi związkowcami o taki niezależny audyt zabiega bezskutecznie od miesięcy. 

Rząd stara się koncentrować na tych związkowcach, którzy idą z nim pod rękę. Ale tak podpisać umowy społecznej z energetykami raczej się nie uda. Trzeba przygotować coś dla tych, którzy upierają się, że ich zadaniem jest odpowiedzialność za miejsca pracy w branży energetycznej. Tej samej, którą w ich ocenie rząd chce po prostu zlikwidować.

Gruszki na wierzbie tym razem dla energetyków

Co ciekawe: propozycja dla energetyków ze strony resortu aktywów państwowych jest też oceniana jako zwykła łapówka – żeby można było już bez większych przeszkód powołać do życia NABE – nie tylko przez część związkowców, ale też przez ekspertów klimatycznych. Zdaniem Joanny Flisowskiej, szefowej zespołu klimat i energia w Greenpeace Polska, „minister Sasin zdołał już przekonać górnicze związki zawodowe do swojego makiawelicznego planu, obiecując im gruszki na wierzbie, czyli utrzymywanie kopalni węgla kamiennego przez kolejne dekady na koszt podatników”. A teraz czas przyszedł na energetyków. 

Co znajduje się w szkicu? Między innymi wprowadzenie na szeroką skalę technologii wychwytywania CO2, które obecnie nie są nawet w komercyjnym użyciu. W drafcie nie ma ani słowa o OZE czy efektywności energetycznej

– wskazuje Flisowska.

Do tego dochodzą zapisy o wielotysięcznych odprawach, corocznych premiach, czy gwarancjach zatrudnienia. Mowa jest też o stabilizacji zatrudnienia. Na czym miałaby polegać? Jeżeli pracodawca chciałby objętego takim mechanizmem pracownika zwolnić lub zmienić mu dotychczasowe warunki pracy – musi mu sam u siebie lub u innego pracodawcy znaleźć nową, odpowiednią pracę. Pracownicy nieobjęci stabilizacją pracy mieliby dostać dodatkowe odprawy.

Jak spółka trafi do NABE – będzie premie dla pracowników

Na tym nie koniec. Zakłada się też, że do 30 września danego roku pracodawcy energetyczni przedstawią propozycje przyrostu przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia na rok następny. Te mają być wynegocjowane do końca lutego, z mocą obowiązującą od 1 stycznia danego roku. W paragrafie 18 rozdziału VI „Gwarancja wzrostu wynagrodzeń” czytamy też, że każdy z pracowników otrzyma premię w wysokości 10 tys. zł z tytułu powołania NABE i zawarcia umowy społecznej. Premia ta ma być wypłacona w terminie 30 dni od wejścia w życie tej umowy. 

To łapówka w zamian za poparcie projektu NABE. Wszystko to pojawia się w momencie, w którym rząd szuka pieniędzy na różnego rodzaju wydatki budżetowe

– twierdzi Joanna Flisowska.

Eksperci klimatyczni jednocześnie przestrzegają związkowców, że „obietnice składane przez Ministerstwo Aktywów Państwowych są tak samo wiarygodne i sensowne jak niegdysiejsze obietnice budowy elektrowni Ostrołęka C na węgiel”. Są za to, ich zdaniem, stekiem bzdury, za które zapłacą podatnicy.

„Czasu na przeprowadzenie prawdziwej sprawiedliwej transformacji też jest coraz mniej. Rząd musi przestać przepalać pieniądze podatników na grę na zwłokę, która z każdym dniem zbliża nas do katastrofy i jak najszybciej przedstawić plan odejścia od węgla i osiągnięcia przez Polskę neutralności klimatycznej” – uważa Flisowska.

Spotkanie z Sasinem ostatniej szansy?  

Z informacji, do których udało nam się dotrzeć, wynika, że w najbliższy wtorek (31.08) zorganizowane ma być po cichu, bez dziennikarskich kamer i mikrofonów spotkanie związkowców energetycznych z ministrem Sasinem. Szef aktywów państwowych chce ustalić, kiedy mogłoby dojść do podpisania umowy społecznej i odbębnienia przez rząd kolejnego sukcesu.

Tym razem może okazać się to wyjątkowo trudnym zadaniem. Bo związkowcy coraz bardziej jednak zwierają swoje szeregi. I przypominają, że funkcjonuje Trójstronny Zespół ds. Branży Energetycznej. W pkt 2 jego regulaminu zaś czytamy: „zadaniem Zespołu jest wypracowanie wspólnego stanowiska w sprawach ważnych z punktu widzenia polityki państwa wobec branży energetycznej oraz interesów pracowników i pracodawców”. 

To jest niedopuszczalne, że rząd chce rozmawiać tylko z tymi, którzy mu pasują. To nic innego jak zdrada pracowników. Z korupcją polityczną mieliśmy już do czynienia. Teraz czas na korupcję związkowców?

– pyta przewodniczący Tkocz.