Koronawirus może wywołać w Polsce deflację. Zobaczcie, co się dzieje w USA

Istnieją dwa sprzeczne ze sobą poglądy dotyczące tego, co będzie skutkiem pandemii koronawirusa. Jeden pogląd mówi o tym, że załamanie popytu w gospodarce wywoła spadki cen i będziemy mieć groźną deflację. Drugi pogląd mówi, że programy ratunkowe rządów wywołujące potężne wzrosty deficytów budżetowych i akcje banków centralnych polegające na skupie z rynków prawie, że wszystkiego, co się rusza, wywołają niebezpieczną inflację. Jedno i drugie jednocześnie zdarzyć się nie może, ktoś więc ma rację, a ktoś inny się myli.

Najnowsze doniesienia ze Stanów Zjednoczonych, gdzie negatywny wpływ koronawirusa na gospodarkę jest chyba największy na świecie, wskazują na rosnące ryzyko pojawienia się deflacji.

Zapowiedź tego, że gospodarka amerykańska może pójść w tę stronę mieliśmy już miesiąc temu. Wtedy dane za marzec pokazały pierwsze od 2010 roku obniżenie inflacji bazowej. Jednak spadek był znikomy o 0,1 proc. Dane za kwiecień wyglądają już zupełnie inaczej. Amerykanie nadal mogą mówić o inflacji, ale jest ona już praktycznie niezauważalna. Wskaźnik CPI w kwietniu spadł do zaledwie 0,3 proc., do najniższego poziomu od 2015 roku.

W stosunku do marca ceny w USA spadły średnio o 0,8 proc. To oczywiście głównie efekt taniejących o ponad 20 proc. paliw, ale inflacja bazowa, która paliw i cen żywności nie obejmuje, też obniżyła się i to rekordowo. W stosunku do marca o 0,4 procent, co jest największym spadkiem w historii pomiarów, które rozpoczęto w 1957 roku. W skali roku inflacja bazowa jest na plusie. Ale wynosi już tylko 1,4 proc. czyli najmniej od 2011 roku.

Inflacja spada, choć ceny żywności idą w górę

W ciągu miesiąca przeciętny wzrost cen w całej tej kategorii wyniósł 2,4 proc. i był najwyższy od 1974 roku. W rekordowym tempie drożały drób, napoje gazowane i pieczywo. Warto też pamiętać, że w ostatnim miesiącu w Stanach zamykane były niektóre przetwórnie mięsa, w których pojawiał się koronawirus. To wywoływało tymczasowe braki w sklepach, co z kolei powodowało wzrost jego cen.

Sama żywność nie jednak wystarczy, aby powstrzymać wskaźniki inflacyjne przed opadaniem. O tym, że mimo to inflacja wyraźnie idzie w dół, przesądzają ceny usług, które obniżyły się najbardziej od 1982 roku – o 0,3 proc. oraz spore spadki cen ubrań, a także te związanych z podróżowaniem: biletów lotniczych, wynajmu samochodów, czy pokojów w hotelach.

Bizblog.pl poleca

Wygląda na to, że największa gospodarka świata stoi na progu deflacji. Zgadzają się z tym poglądem główni ekonomiści z Pekao SA i PKO BP: Ernest Pytlarczyk i Piotr Bujak

Mechanizm spadających cen dość łatwo wyjaśnić Lecą one w dół w ślad za znikającym popytem. Jest to przejaw rozpaczliwych prób różnego rodzaju przedsiębiorstw podtrzymania części ruchu w biznesie, aby zachować chociaż ułamek wcześniejszych przychodów. W normalnej sytuacji firma nie powinna mieć żadnego powodu, aby obniżać ceny produktów. Jeśli dzieje się to na taką skalę, że aż przekłada się na oficjalne wskaźniki inflacyjne, to znaczy, że w gospodarce jest duży problem. Oczywiście dzisiaj nie musimy zgadywać, jaki to problem, bo wiemy, że za spadkiem cen stoi koronawirus i różnego rodzaju zakazy i obostrzenia wprowadzane przez państwa po to, aby opanować i zdusić rozwój pandemii.

Ale jest też drugi pogląd, zapowiadający inflację i to niemałą

Taką opinię wyraził kilka dni temu amerykański bank Morgan Stanley. Co ważne, nie podważa on tego, że Stany mogą za chwilę wpaść w deflację, ale jego zdaniem, kiedy pandemia minie, a gospodarka zacznie szybko stawać na nogi, czeka nas wzrost inflacji do poziomów nieobserwowanych od lat.

Według banku nie będzie to zasługa środków nadzwyczajnych wprowadzanych przez państwa. Te bowiem wcale nie wywołują presji inflacyjnej. Zwiększone wydatki rządów powiększające deficyt oznaczają wprawdzie, że w gospodarce pojawia się więcej pieniądza, ale ze względu na pandemię krąży on znacznie wolniej niż zwykle. Tak właściwie, gdyby nie te nowe pieniądze ze strony rządowej, paraliż obiegu pieniądza wywołałby falę bankructw, bo firmy pozbawione przychodów nie miałyby, jak regulować zobowiązań, których niestety nikt z powodu koronawirusa nie odwołał. W takiej sytuacji przy znikającym popycie nie da się wywołać inflacji niezależnie od tego, ile nowych pieniędzy wstrzyknie się do gospodarki. O tym właśnie świadczą najnowsze dane o spadku inflacji w USA.

Kiedy jednak gospodarka znowu zacznie się kręcić, wtedy już może być inaczej. Morgan Stanley twierdzi, że w końcu są spełnione ważne warunki konieczne do tego, aby inflacja zaczęła rosnąć: mamy jednoczesne poluzowanie zarówno polityki fiskalnej, jak i polityki monetarnej, a do tego państwa bardziej niż zwykle skłaniają się w stronę protekcjonizmu (np. niektóre zakazują eksportu zbóż i żywności) i większych niż zwykle zastrzyków finansowych kierowanych do uboższych, (np. podnoszą zasiłki dla bezrobotnych). Taki miks może zaowocować wyraźnym wzrostem inflacji. Najciekawsze jednak jest to, że amerykański bank uważa, że jeśli tak się stanie, to będzie to scenariusz pozytywny. W końcu bowiem świat zerwie z sytuacją, która ma miejsce od blisko czterdziestu lat, w której inflacja stopniowo maleje.

Co pozytywnego jest w inflacji i co złego jest w deflacji?

Zrozumienie tego może stwarzać pewną trudność. Głównie dlatego, że mamy skłonność postrzegania całej gospodarki przez pryzmat doświadczeń osobistych. Z punktu widzenia pojedynczego konsumenta sytuacja, w której ceny idą w górę, jest niedobra, a sytuacja w której ceny idą w dół, jest bardzo pożądana. Jednak deflacja, czyli spadek cen wszystkiego, szybko może wpędzić w tarapaty producentów, którzy bankrutując mogą doprowadzić gospodarkę do kryzysu. Coś, co dla pojedynczego konsumenta wygląda dobrze, dla całej gospodarki jest szkodliwe.

Z drugiej strony dobrze funkcjonująca gospodarka zawsze sama z siebie wytwarza pewną, niewielką inflację. Ludzie w zdecydowanej większości mają pracę i stopniowo ich dochody rosną, bo firmy, które sobie dobrze radzą, stać na podwyżki płac. Stać je na to także dlatego, że są w stanie podnosić stopniowo ceny, a mogą to robić, bo popyt na rynku jest duży, a zarabiających coraz więcej i ludzi stać na to, żeby zwiększać swoje wydatki. Kiedy inflacja wynosi 2 proc., a dochody rosną o 4 proc., wtedy nawet pomimo inflacji społeczeństwo i tak realnie się bogaci. Do tego w takiej sytuacji łatwiej jest obsługiwać zadłużenie. Istnieją możliwości podnoszenia cen i zwiększania przychodów, natomiast raty zadłużenia pozostają bez zmian, ich inflacja nie obejmuje. W deflacji natomiast dług, który nominalnie się nie zmienia, realnie staje się coraz cięższy w obsłudze.

Dlatego banki centralne jako cel ustawiają sobie inflację na ok. 2 proc.

Zdaniem Morgana Stanleya teraz możemy oczekiwać, że wzrośnie ona nawet nieco bardziej, ale po latach inflacji wyraźnie poniżej dwóch procent, a nawet zagrożenia deflacją, będzie to w sumie zdarzenie pozytywne, a nie negatywne.

Banki centralne będą mogły w końcu przestać zajmować się sztucznym wywoływaniem inflacji w ramach obrony przed deflacją, znikną ujemne stopy procentowe i zrobi się normalnie. Oprocentowanie lokat w bankach przestanie wyglądać jak nieudany żart. Nie wiadomo tylko, czy prognoza amerykańskiego banku się sprawdzi. Prawdopodobieństwo tego, że zanim doczekamy nieco wyższej inflacji, trzeba będzie przejść przez deflację, jest niestety spore.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.