Czy rząd przeprosi się z rosyjskim gazem? Oferta cenowa Gazpromu może okazać się zbyt kusząca

Uzależnienie od rosyjskiego gazu było dla Polski utrapieniem, ale to już przeszłość. Teraz rząd chce z niego całkiem zrezygnować. A jeśli Gazprom zaproponuje tak niską cenę, że żal będzie z niej nie skorzystać? Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl, zastanawia się, czy mamy szansę obronić się przed przyszłą propozycją cenową Gazpromu.

Fot. mat. pras. Gazprom

Gaz ziemny – to nie od dzisiaj polski pomysł na dywersyfikację źródeł energii. Pal licho, że to też paliw kopalne, ale może aż tak jak węgiel niedziałające na wyobraźnię urzędników z Brukseli. Dość, że gaz ziemny ma nam pomóc w przeprowadzeniu w miarę bezboleśnie rozwodu z „czarnym złotem” i odczuwalnie (także, a może przede wszystkim dla naszych portfeli) zmniejszyć emisję CO2. 

Bizblog.pl poleca:

Ta kwestia okazała się tak istotna, że przy okazji jej omawiania w Parlamencie Europejskim eurodeputowani znad Wisły zagłosowali wyjątkowo jak jeden mąż. Chodziło o zielone światło dla takich inwestycji jak m.in. budowa nowych terminali na gaz LNG czy gazociągu Baltic Pipe.

W tym kontekście współpracę polskich europarlamentarzystów oceniam bardzo dobrze. Pokazaliśmy, że w istotnych sprawach potrafimy mówić jednym głosem

– komentował to swego czasu były wiceminister energii, obecnie europoseł Grzegorz Tobiszowski

Dla Zielonych zasiadających w PE zgoda na gazowe inwestycje, to wręcz zdrada Zielonego Ładu dla Europy i zapowiadają wnoszenie stosownych wniosków. tej sprawie na posiedzeniu plenarnym PE.

Gaz ziemny jest obecnie największym czynnikiem przyczyniającym się do wzrostu emisji

– przekonuje przy tej okazji Corrine Le Quere z University of East Anglia.

Gaz ziemny, czyli jak nie wpaść w rosyjską pułapkę

Ale ewentualnie inicjatywy Zielonych w tym zakresie raczej nikomu nie spędzają snu z powiek. Miał rację Grzegorz Tobiszowski, kiedy tłumaczył, że wnioski grupy europosłów mają jednak inną wagę niż jednoznaczne stanowisko komisji przemysłu PE, która opowiedziała się za gazowymi inwestycjami.

My za to możemy mieć całkiem inny kłopot z gazem ziemny, o czym wspomina w swoim felietonie Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl. Rzecz w tym, że od co najmniej paru lat coraz bardziej odczuwalna jest presja, by Polska pod względem energetycznym raz na zawsze odwróciła się do Rosji plecami. 

Taka wielkości importu węgla z tamtego kierunku w ostatnich latach (w 2018 r. około 13,5 mln ton, a od stycznia do września 2019 r. – przeszło 8 mln ton) stała się bardzo wygodnym narzędziem politycznym. Działającym zwłaszcza na Polaków, u których wywołanie strachu przed rosyjską dominacją (co zresztą historycznie jest uzasadnione) jest banalnie prostym zadaniem. Dlatego w ostatnim czasie częściej dawało się w Polsce słychać nawoływania nie do walki z węglem w ogóle, a tylko z tym rosyjskim. Bo skoro jesteśmy już od Rosji niezależnie politycznie, gospodarczo i militarnie – to bądźmy wreszcie też energetycznie.

Tylko co jak rosyjska cena będzie się jednak zgadzać?

Wojciech Jakóbik dobrze identyfikuje gazowy indeks Polski. Z jednej strony wszak jest kontrakt na dostawę LNG z USA. Z drugiej są norweskie źródła gazu, które mają dać naszemu PGNiG 2,5-3 mld metrów sześciennych rocznie. Jest jeszcze kontrakt katarski i kontrakty z dostawcami z Morza Północnego. Wydawać by się więc mogło, że możliwości na omijanie dostaw od rosyjskiego Gazpromu jest aż nadto. Tyle że w biznesie liczą się na pierwszym miejscu pieniądze, a nie emocje. Cena zaś zaproponowana przez Gazprom po 2022 r. może okazać się wyjątkowo atrakcyjna.

Rosyjski Gazprom może zastosować formułę cenową uzależnioną od cen na europejskich hubach gazowych

– pisze Wojciech Jakóbik.

I co wtedy? Czy będziemy mieć możliwości wyboru jeszcze tańszego surowca, ale jednak nie z Rosji? Czy wyjątkowo tym razem emocje wezmą górę nad matematyką? Być może z pomocą przyjdą nam regulacje Unii Europejskiej dotyczące infrastruktury przesyłowej: Gazociągu Jamalskiego i Nord Stream 2, które wiązałyby się z dodatkowymi kosztami przesyłu po stronie Gazpromu.

Nadzieją są także rozporządzenie dywersyfikacyjne, które zakłada, że do 2022 r. można z jednego źródła sprowadzać do 70 proc. importowego wolumenu, ale już rok później, od 2023 r. – tylko 33 proc.

I tak w nas uderzy nasz wewnętrzny monopol gazowy

Tylko, czy naprawdę ewentualne niskie ceny Gazpromu są naszym największym problemem związanym z gazem ziemnym? Piotr Maciążek w Bizblog.pl wskazywał na jeszcze jeden kłopot, który może bardzo szybko przysłonić wszystkie inne. Rzecz w tym, że polityka ostatnich lat nad wyraz skutecznie wykosiła krajową konkurencję PGNiG, który może stać się ofiarą własnego monopolu. 

Aby przełamać dyktat Gazpromu, rząd Zjednoczonej Prawicy sztucznie wzmacniał krajowego monopolistę – PGNiG. Działo się tak wbrew Komisji Europejskiej, która naciskała na liberalizację rynku

– pisał Piotr Maciążek.

Przekonuje, że zamiast liberalizować nasz rynek gazu, dzięki czemu surowiec miałby szansę stanieć – sami „stworzyliśmy potwora”, który niebawem zacznie jeść własny ogon. Potężna spółka gazowa PGNiG miała rosnąć w siłę, by w końcu stawić czoła Gazpromowi. Tymczasem, po drodze, wycięła całą konkurencję i została sama na placu boju.

Pytaniem otwartym pozostaje, czy już po uporaniu się z gazem z Rosji nadal będziemy hodować własnego monopolistę, co rychło nam się odbije finansową czkawką, czy jednak – nie widząc już realnego zagrożenia ze Wschodu – postawimy na liberalizację i wzrost konkurencyjności, strącając PGNiG przy okazji z tronu?

Wyhodowaliśmy potwora. I teraz wszyscy słono zapłacimy za śmierć polskiego rynku gazu