Fotoradary powinny stanąć przed większością przejść dla pieszych. Change my mind

Kolejny głośny wypadek śmiertelny lub zdarzenie z cyklu „oszukać przeznaczenie” na przejściu dla pieszych gdzieś w Polsce na chwilę rozpala dyskusje o tym, co byśmy zrobili takiemu przedstawicielowi szkoły „szybko, ale bezpiecznie”. Sytuacji nie zmienią ani wiralowe nagrania, ani pogadanki ekspertów, ani zmiana przepisów, jak ta pierwszoczerwcowa. Jeśli coś ma się zmienić, trzeba postawić fotoradary lub wideorejestratory przed tyloma przejściami dla pieszych, ile to możliwe.

„O mało nie zabił chłopca na hulajnodze, wyprzedzając auta zatrzymujące się na pasach”. „Zabił 12-latka prowadzącego hulajnogę na przejściu dla pieszych”. „Kierowca BMW zabił 51-latkę na przejściu dla pieszych w Będzinie”. Takie tytuły w mediach pojawiają się niemal codziennie i niestety będą się pojawiać.

Bizblog.pl poleca

Swój emocjonalny – ze zrozumiałych powodów – tekst komentujący wydarzenie na przejściu dla pieszych w Rędzinach napisał naczelny Spider’s Web i właściwie mógłbym poprzestać na stwierdzeniu my thoughts exactly (no, prawie), ale ten temat aż prosi się o kontynuację.

Tak drastyczne sytuacje, jak ta w Rędzinach właściwie komentują się same i prowokują do formułowania zwykle słusznych sądów w rodzaju „trzy lata więzienia dla tego bandyty to kilkanaście za mało”, by skupić się na tych łatwiej cytowalnych. Niestety jak każde ekstremum danego społecznego zjawiska – taki przypadek nie jest reprezentatywny i miarodajny.

Nie ma sensu zastanawiać się, co by podziałało akurat tego człowieka, który ma już na koncie spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym, bo są ludzie, których nic nie powstrzyma przed kolejnym odrażającym czynem – czy chodzi o notorycznego bandytę drogowego, o pedofila mordującego dzieci czy dresiarza atakującego maczetą człowieka na ulicy. Skupmy się na jednostkach, na które działają racjonalne argumenty kodeksowe.

Polscy kierowcy mają z reguły bardzo lekceważący stosunek do znaków drogowych i obowiązujących zasad. Z jednej strony przejawia się zupełnym brakiem potrzeby znajomości przepisów, co powoduje, że chcąc nie chcąc je łamią. Ile osób wie, co oznacza ta śmieszna niebieska plansza z ludzikami, domem i samochodem, znana niektórym jako „strefa zamieszkania”? Ile osób wie, że to między innymi oznacza zakaz przekraczania 20 km/h?

Drugi przypadek to „znam ten przepis, ale sam oceniam sytuację na drodze”, występujący także w pokrewnych wersjach: „przecież i tak nikt nie zwraca uwagi na te znaki, postawili je bez sensu” albo „mam dobre hamulce, a te zakazy są rodem z czasów malucha i syrenki”. To właśnie dlatego przed znakiem „stop” nie zatrzymuje się prawie nikt, a przestrzeganie ograniczeń prędkości to domena kandydatów na prawo jazdy.

Prawie każdemu wydaje się, że jeśli łamie przepisy, to robi to racjonalnie i świadomie, ale weryfikacja tego głupiego przeświadczenia niestety często następuje dopiero na przejściu dla pieszych, gdy taki „szybki, ale bezpieczny” kierowca potrąci przechodzącą prawidłowo osobę, bo „skąd mógł wiedzieć, że ktoś wyjdzie zza tego auta”. Było za szybko? „Przecież nikt nie zwalnia do pięćdziesięciu na Zakopiance, nie bądźmy śmieszni”.

Właśnie, Zakopianka. Odcinek między Krakowem a Myślenicami to dla mnie patologia polskiego ruchu drogowego w pigułce. Niby droga dobrze utrzymana, bardzo dobrze oznakowana, a nawet obdarzona kilkoma fotoradarami, ale niewidzialny i niesłyszalny licznik wykroczeń drogowych wariuje tam jak licznik Geigera pod sarkofagiem w Czarnobylu.

Polscy kierowcy wychodzą z założenia, że jak są dwa pasy ruchu w jednym kierunku, a łuki drogi są w miarę łagodne, to właściwie jesteśmy na autostradzie. Pierwsze przejście dla pieszych przez cztery pasy ruchu na Górze Libertowskiej z ograniczeniem do 50 km/h? Duma nie pozwala odpuścić i dać się wyprzedzić tej octavii z tyłu. W efekcie wszyscy przejeżdżają przez to przejście z prędkościami często dochodzącymi do setki, ale nie brakuje takich, którzy jadą tam szybciej, radośnie wyprzedzając „maruderów” na samej zebrze.

Sytuacja powtarza się na kolejnym przejściu dla pieszych kilkaset metrów dalej w tak zwanym siodle, ale już przed kolejnym przejściem wszyscy nagle grzecznie zwalniają. Powód jest oczywisty – pomalowany na żółto fotoradar. Kilkaset metrów dalej fotoradaru już nie ma, wiec za znakiem 50 km/h auta mkną często ponad 100 km/h. Tu przejścia wprawdzie nie ma, ale jest skrzyżowanie na szczycie z drogą podporządkowaną, z fatalną widocznością. Współczuję tym, którzy muszą codziennie włączać się do ruchu w tak stresujących i niebezpiecznych warunkach.

Mógłbym to ciągnąć dalej, ale wszystko odbywa się według tego samego wzorca – każde ograniczenie, czy to do 50, czy do 70, każde przejście dla pieszych to dla większości kierowców jakieś niezrozumiałe ozdoby drogowe jak witryny sklepowe pomazane kolorowymi zmazywalnymi flamastrami w okresie przedświątecznym. Wystarczy jednak, że gdzieś stoi fotoradar, a wszyscy zwalniają, i to bardziej, niż wymagają przepisy – ten fotoradar jest za znakiem „70”, ale przed „50”, a i tak kierowcy – w sumie niepewni przepisów – na wszelki wypadek zwalniają do 50 km/h już na „siedemdziesiątce”.

Wniosek nasuwa się jeden – jeśli 99,9 proc. kierowców staje się potulnymi barankami przed fotoradarami, to właściwie czemu by ich nie montować przed większością przejść dla pieszych? Jeszcze lepsze byłyby wideorejstratory zapisujące nie tylko przekroczenie prędkości, ale także wyprzedzanie przed lub na przejściu dla pieszych, wjazd na czerwonym świetle, czy blokowanie poprzecznej drogi po zmianie świateł.

Koszty? Jak powszechnie wiadomo, niemal wszystkie fotoradary zarabiają na siebie z dużą nawiązką, więc nie ma obaw, że „to by za dużo kosztowało”. W takim razie jaki argument przemawia przeciw masowemu montowaniu takich urządzeń? Jakoś przywykliśmy do uciążliwych progów zwalniających, które często są i tak nieskuteczne, a „karzą” także przepisowych kierowców. Obecność takich fotoradarów byłaby dla nich praktycznie nieodczuwalna, a „upierdliwe” stawałyby się dopiero w sytuacji, gdy ktoś realnie zagraża bezpieczeństwu na pasach naszych dzieci, rodziców, znajomych i całkowicie obcych ludzi.

To jak, kogo właściwie bardziej chcemy chronić? Tylko nie mówcie, że tych jadących „szybko, ale bezpiecznie”, których jedynym cierpieniem będzie zwalnianie do wymaganej prawem prędkości i niewyprzedzania przed pasami.