Polacy to spryciarze, ale Słowacy są sprytniejsi. Uczą nas właśnie, jak dzięki noblistom wygrać z giełdą

W ciągu roku zdobyli 5 tys. klientów i 100 mln zł aktywów – to już jedna czwarta tego, co zaplanowali sobie do końca 2022 r. Zgarniają z rynku już pierwszych nowicjuszy, których przecena akcji na początku pandemii zachęciła do wejścia na giełdę, ale zdążyli się sparzyć na akcjach CD Projekt albo Allegro i zorientowali się, że z rynkiem nie da się wygrać. A jak nie da się wygrać, lepiej się do niego przyłączyć – to filozofia słowackiego domu maklerskiego Finax, który chce rozbić zabetonowany polski rynek i nauczyć nas inwestowania pasywnego. (Od lewej: Juraj Hrbaty, prezes Finax i Przemysław Barankiewicz, country manager Finax w Polsce).

Na początku był Juraj Hrbaty, prezes i współwłaściciel Finaksa, jego brat, Dominik Hrbatý, najlepszy słowacki tenisista, znany również z tego, że więcej niż na korcie zarobił na rynkach kapitałowych. Do nich dołączył m.in. Ivan Chrenko, słowacki miliarder z listy „Forbesa” znany w Polsce z budowy warszawskiego Varso Tower, najwyższego drapacza chmur powstającego w Unii Europejskiej.

Jeśli do tego miksu osobowego dodamy należy jeszcze dane, pokazujące, że w długim terminie w zasadzie nie da się wygrać z rynkiem, osiągając podczas inwestowania w akcje lepszej stopy zwrotu niż wyniki indeksów giełdowych i przekonanie, że emocje i ograniczenia ludzkiego umysłu są największym wrogiem udanych inwestycji (a badania na ten temat zostały nagrodzone ekonomicznym Noblem), powstanie Finax, słowacki licencjonowany dom maklerski, który stawia na inwestowanie bez czynnika ludzkiego, za to z pomocą robodoradcy, który nie ma emocji i podejmuje tylko racjonalne decyzje inwestycyjne.

Ma być prosto i tanio

Jest tanio, bo portfel inwestycyjny nie jest ciągle przebudowywany, właściwie w ogóle nie jest zarządzany, a odzwierciedla skład indeksów giełdowych i rynków obligacji z całego świata. Jest więc i prosto.

Pośrednio, za pośrednictwem 10 globalnych ETF-ów inwestujemy w akcje spółek z 42 krajów i obligacje z ponad 90 krajów, co sprawia, że nasz klient ma ekspozycję na zdecydowaną większość rynku akcji i obligacji notowanych na świecie. To tak, jakby za pomocą właściwie jednego produktu Kowalski mógł zarabiać na wzrostach niemal wszystkich rynków akcji i obligacji jednocześnie.”

– mówi Przemysław Barankiewicz, który we wrześniu 2020 r. dołączył do Słowaków i jest country managerem Finax odpowiedzialnym za to, żeby nauczyć Polaków inwestować i zarazić ich pasywną rewolucją.

Rewolucja, która omijała Polskę

I słowo rewolucja nie jest tu na wyrost, choć Barankiewicz to wieloletni dziennikarz, m.in. były redaktor naczelny internetowego „Pulsu Biznesu” i bankier.pl, więc dryg do słów ma.

W Polsce jeszcze tego nie widać, ale fundusze inwestujące pasywnie to obecnie kilkanaście procent globalnego rynku akcji. Stały się one popularne szczególnie w ostatnich latach. Patrząc tylko na nowo napływające środki, już ponad połowa z nich trafia do funduszy pasywnych właśnie, bo ludzie zaczynają rozumieć, że nie ma sensu płacić zarządzającym wielkich prowizji tylko za to, żeby mogli prężyć muskuły i popisywać się przed kolegami z branży, kto w tym roku osiągnie zyski wyższe niż zwykły indeks giełdowy, a i tak rzadko kiedy im się to udaje.

W Polsce ten rodzaj inwestowania jeszcze raczkuje, bo zgodnie z danymi portalu Analizy Online fundusze pasywne stanowią zaledwie 1,9 proc. funduszy rynku kapitałowego dostępnych w Polsce. Jest więc pole do popisu dla Finaksa, który u nas jest zaledwie od roku, ale i na rodzimym rynku nie jest weteranem, bo  jako startup powstał zaledwie w 2017 r., a inwestuje dzięki uzyskaniu licencji maklerskiej w 2018 r.

Tylko czy Polacy dadzą się przekonać? I czy to dobry moment, żeby namawiać ich do inwestowania w akcje, kiedy właśnie zaczyna się mówić, że na rynkach kapitałowych rośnie bańka?

Bizblog.pl poleca

Agata Kołodziej, Bizblog.pl Jesienią ogłosiłeś, że dołączasz do słowackiego domu maklerskiego Finax, żeby przeprowadzić w Polsce pasywną rewolucję. Zanim powiesz, jak ci idzie, wyjaśnij, czym jest pasywne inwestowanie. Bo w Polsce mało się o tym mówi i pewnie dla większości ludzi brzmi to jak jakaś sztuczka-magiczka, która obiecuje ludziom kokosy, a więc jest spod ciemnej gwiazdy i należy z gruntu być podejrzliwym.

Przemysław Barankiewicz, Finax: A ja jednak najpierw się pochwalę. W tym momencie, po roku działalności w Polsce, przebijamy 100 mln zł aktywów i 5 tys. klientów. Kiedy zaczynałem pracę w Finax we wrześniu 2020 r. mówiliśmy o tym, że do końca 2021 roku chcemy mieć 10 tys. klientów, a do końca 2022 r. 100 mln euro aktywów, a więc mamy już 1/4 tego, co zaplanowaliśmy.

Ale rzeczywiście „pasywny” jest słowem kluczem, który w Polsce może się kojarzyć z „dochodem pasywnym”, który często sprowadza się do komunikatów reklamowych, że nic nie musisz robić, a zostaniesz milionerem. To nie my.

Pasywne inwestowanie opiera się na obiektywnych danych, które pokazują, że inwestując w akcje, nie da się w długim terminie wygrać z rynkiem. To oznacza, że żaden fundusz inwestujący w akcje, w ramach którego zarządzający dobierają skład portfela, żeby jak najwięcej zarobić dla swoich klientów, w długim terminie wcale nie zarobi więcej niż indeksy giełdowe, odzwierciedlające zachowanie danego rynku. Nawet jeśli w jednym roku człowiek aktywnie zarządzający portfelem, pobije rynek, to za rok już tego nie powtórzy.

Dane pokazują, że w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich 10 lat tylko 11 proc. aktywnie zarządzanych funduszy osiągnęło wyniki powyżej średniej rynkowej, a w Europie tylko 6 proc. To oznacza, że odpowiednio 89 proc. funduszy w USA i 94 proc. funduszy w Europie miało wyniki gorsze albo najwyżej takie same jak indeksy giełdowe.

Szanse, że trafię na tego jednego z dziesięciu, który przyniesie mi zysk wyższy niż średnia rynkowa, są małe.

Dokładnie. Bo to nie tak, że najlepsze fundusze zawsze są najlepsze, ich wyniki nie są powtarzalne. A do tego za to aktywne zarządzanie pobierają wysokie opłaty, bo trzeba przecież opłacić analityków, zarządzających, źródła informacji do analizy. Korzystniej więc nie próbować wygrać z rynkiem, tylko go naśladować.

Nie dość, że takie inwestowanie w ok. 90 proc. przypadków jest skuteczniejsze, to jeszcze znacznie tańsze. A szczególnie w Polsce ma to niebagatelne znaczenie, bo opłaty za zarządzanie mamy najwyższe w Unii Europejskiej i jedne z wyższych na świecie. Przecież dopiero rząd musiał interweniować w tej sprawie i narzucić funduszom górny limit opłat. W tym roku ten górny limit to 2,5 proc. I to nadal jest bardzo dużo.

A wy? Ile sobie liczycie za naśladowanie rynku?

Roczna opłata to 1,2 proc. wartości aktywów. Klient nie płaci prowizji za zakup, sprzedaż, premii za dobre wyniki, opłat za wycofanie środków.

Za co te 1,2 proc. właściwie?

My inwestujemy w fundusze ETF. To fundusze notowane na giełdach, które naśladują zachowanie indeksów giełdowych, np. S&P500, więc największego indeksu amerykańskiej giełdy. ETF na S&P 500 zachowuje się 1:1 jak ten indeks, bo skład jego portfela to dokładnie te same spółki w dokładnie takich proporcjach jak te w indeksie. Dzięki temu ten, kto wszedł w ETF-y, zyskuje razem z szerokim rynkiem. Takich różnych ETF-ów mamy w portfelu dziesięć. Dzięki nim polski inwestor ma z jednej strony portfel pasywny, a z drugiej zdywersyfikowany portfel globalny. Zgodny ze starą zasadą, że nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka. Globalne inwestowanie daje historycznie dużo lepsze wyniki niż koncentracja na polskich inwestycjach. 

Na świecie te fundusze są bardzo popularne, ale nie w Polsce. Niedawno Giełda Papierów Wartościowych robiła badanie, które pokazało, że tylko 4 proc. Polaków wie, co to jest fundusz ETF. 

Dziwi cię to?

Nie, bo na polskiej giełdzie właściwie nie ma funduszy ETF. Dziś właściwie jest tylko jedna firma, Beta Securities, która próbuje to robić. My w polskie akcje nie inwestujemy, bo w czasie, kiedy giełdy światowe rosną, polska giełda jest w trendzie bocznym i właściwie ciężko na niej zarobić. Ta słabość polskiej giełdy wynika z tego, że w indeksach jest bardzo dużo banków, spółek energetycznych, a nad tym wszystkim jeszcze pieczę ma Skarb Państwa, więc to wszystko jest obarczone ryzykiem politycznym. 

Wróćmy do waszego pomysłu na inwestowanie. Przecież Kowalski teoretycznie może sobie samodzielnie kupić ETF na zagraniczne rynki, nawet jeśli nie są one notowane na GPW. Po co więc ma korzystać z Finaksa zamiast zrobić to samodzielnie?

U nas właściwie inwestowanie jest na samym końcu tego procesu. Bo chodzi o to, żeby najpierw nauczyć ludzi, jak powinni oszczędzać, żeby mieć w ogóle co inwestować. Potem badamy profil inwestycyjny klienta. Ale nie tak, jak nakazuje prawo, za pomocą suchych pytań typu: „czy wiesz, co to obligacje?”, ale dokładniej, bardziej przez symulację konkretnych sytuacji, np.: „Twoje aktywa tracą na wartości 20 proc., co robisz?”

Potem badamy cel inwestycyjny, bo to od niego zależy, jaki jest horyzont inwestycji, a więc i budowa portfela. Dopiero na podstawie tych wszystkich informacji robodoradca, czyli algorytm wysyła gotowy portfel, który ma odpowiednie proporcje ETF-ów renomowanych funduszy BlackRock, State Street, Deutsche Bank czy UBS w zależności od indywidualnie ustalonych preferencji.

Załóżmy na przykład, że skład portfela to w 70 proc. ETF-y na indeksy giełdowe, a 30 proc. to obligacje, bo taki właśnie portfel jest najczęściej dobierany dla polskich klientów. Kiedy giełdy rosną, udział ekspozycji na akcje też rośnie, więc wtedy znowu włącza się nasz robot, który pilnuje, by trzymać się cały czas początkowych założeń i sam wysyła zlecenia transakcji, które doprowadzą do powrotu do proporcji 70:30 i odpowiedniego bilansu ryzyka do zysku.

ETF-y potrafią być drogimi instrumentami, niektóre kosztują po kilkaset dolarów za jednostkę. Czy zatem jest jakiś próg wejścia?

U nas nie ma, bo działamy masowo i właśnie dlatego u nas Kowalski z niedużymi środkami może mieć ekspozycję na akcje całego świata, a sam by tego raczej nie osiągnął. To my kupujemy odpowiednią liczbę ETF-ów i dzielimy je na mniejsze jednostki, żeby klienci mogli mieć w swoim portfelu tylko kawałek każdego. Dzięki temu za naszym pośrednictwem można mieć ekspozycję na światowe giełdy inwestując już 100 zł.

A fakt, że portfelami zarządza robodoradca, nie człowiek, powoduje, że każdy klient traktowany jest tak samo sprawiedliwie i inwestorzy z dużymi portfelami nie są faworyzowani.

Mam 1 tys. zł, 10 tys. albo 100 tys. zł do zainwestowania. Pytanie, czy Finax służy do tego, żeby jednorazowo zainwestować te pieniądze i zapomnieć o nich na 5 albo i 15 lat, bo inwestujecie długoterminowo, czy chodzi raczej o to, żeby wpłacać pieniądze w ramach regularnego oszczędzania?

System jest elastyczny i oba rodzaje inwestowania się w niego wpisują. Ale tak naprawdę my staramy się uświadamiać ludziom, że inwestowanie to jest proces i zachęcamy do regularnego inwestowania.

Patrząc historycznie, jeśli indeksy przez 70 proc. czasu rosną, to nie ma znaczenia, w którym momencie wejdziesz do inwestycji. Statystycznie, im wcześniej, tym lepiej. I to też jest u nas fajne, nie musisz się głowić, czy w tym momencie warto kupować akcje, czy jest górka i lepiej poczekać. U nas ten problem odpada, skoro inwestujesz długoterminowo, a my rekomendujemy minimalnie  na pięć lat.

Największym błędem jest nieinwestowanie i próba odgadnięcia dołka, bo to prawie nikomu się nie udaje. A jak ktoś czeka i czeka, to przelatują mu kolejne miesiące i lata wzrostów giełd.

Albo czeka i wcale nie musi długo czekać, bo spadki zawsze kiedyś przychodzą, kiedy – nigdy nie wiadomo.

W końcu tak, ale jakby spojrzeć w dane historyczne i wybrać dowolny dziesięcioletni okres, nie ma takiego, w którym akcje nie dały zarobić. A więc wystarczy potraktować tę inwestycję odpowiednio długoterminowo i to ryzyko powinno być bardzo niskie. Ważne, więc, żeby wejść na rynek kiedykolwiek, zamiast przyglądać mu się z boku.

Wszystko prawda. Ale ja ciągle mam poczucie, że jesteśmy właśnie w momencie, kiedy to ryzyko rośnie. W ciągu ostatniego roku – roku pandemii i kryzysu gospodarczego – Polacy założyli ok. 100 tys. nowych rachunków maklerskich i na nowo zaczynają się zachłystywać giełdą. A jak na rynek idą tłumy, to znak, że może być gorąco. Stare inwestorskie powiedzenie mówi, że jak twoja fryzjerka zaczyna kupować akcje, to znaczy, że już czas je sprzedawać. Nie obawiasz się, że ten czas się zbliża i koniec hossy popsuje wam biznes?

Nie obawiam się. Mieliśmy w Polsce taki okres, że giełdą nikt się nie interesował i mnie cieszy to, że na rynek w końcu napływa świeża krew. To są głównie młodzi inwestorzy, więc pewnie przy pierwszej bessie z tych 100 tys. zostanie 20 proc. I to jest dobry scenariusz dla Finaksa, bo jak duża część się sparzy, próbując własnych sił, wtedy zrozumie, że nakład pracy jest nieadekwatny do wyników i że z rynkiem wygrać nie można.

A wtedy przyjdą do was, żeby dołączyć do rynku i płynąć z prądem?

Już mamy pierwszą grupę takich klientów, którzy sparzyli się choćby na akcjach CD Projektu i Allegro. 

Ale przyjdzie w końcu moment, w którym cały rynek pójdzie w dół.

I nasi klienci to wiedzą. Pytamy w ich ankietach do oceny skłonności do ryzyka, co zrobią, kiedy portfel straci na wartości 20 proc. Mężczyźni zwykle odpowiadają, że skorzystają z okazji, by taniej dokupić akcje, kobiety mówią, że nie zrobią nic, bo mają najwyraźniej mniejszą skłonność do ryzyka.

Ale mówiąc szczerze, sam czekam z ciekawością na taki moment, żeby sprawdzić, czy ich deklaracje pokryją się z rzeczywistymi zachowaniami i nadal będą pamiętać, że mają długoterminowy cel i takie wahania nie powinny wzbudzać u nich emocji.

Kiedy twoim zdaniem ten moment przyjdzie? Pytam cię również jako wiceprezesa CFA Society Poland, stowarzyszenia zrzeszającego specjalistów inwestycyjnych. Niektórzy mówią, że na giełdach już rośnie bańka.

Dopóty stopy procentowe będą bliskie zera, dopóki nie widzę powodów, dla których akcje miałyby tanieć. Rzecz w tym, że akcje obecnie nie mają żadnej alternatywy w dobie niskich stóp i wysokiej inflacji. Są może nieruchomości, ale to nie jest inwestycja dla każdego choćby ze względu na wysoki próg wejścia. 

Wielu analityków rzuca historycznie wysokimi wskaźnikami wycen, udowadniając, że to już bańka, ale zapominamy, że jednocześnie nigdy w historii nie było tak długo tak niskich stóp procentowych. A moim zdaniem te pozostaną niskie jeszcze długo. Bo przy wychodzeniu z kryzysu zadłużenia, który przecież dotyczy całego świata obecnie, bardzo korzystna jest wysoka inflacja, długi dzięki niej częściowo spłacają się same. Dlatego banki centralne raczej nie będą energicznie reagować, żeby tę inflację zbijać podnoszeniem stóp. To widać choćby w Polsce, gdzie inflacja zaraz przekroczy 4 proc., a prezes Glapiński mimo to mówi, że ryzyko podnoszenia stóp do końca kadencji tej RPP, a więc do połowy 2022 r jest zerowe.

Dodatkowo przecież po raz pierwszy w historii depozyty firm przekroczyły kredyty firm. I firmy i ludzie siedzą na gotówce, z którą nie mają co zrobić. Nie widzę innego miejsca, gdzie te pieniądze mogłyby trafiać niż na rynek akcji. A co do bańki, pamiętajmy, że o tym, czy dany trend jest bańką przekonujemy się dopiero w momencie, kiedy ta bańka pęka. Jak mamy horyzont długoterminowy, nie musimy się martwić. Zdążymy to nadrobić cierpliwością i systematycznością.  

Skoro to takie proste, dlaczego w Polsce nikt wcześniej nie wpadł na to, co robi Finax? Bo w zasadzie algorytm do tworzenia strategii inwestycyjnych, którego używacie wcale nie jest super skomplikowany. ETF-y też są znane światu od 30 lat.

Bo w Polsce, nawet jak powstawał superprodukt inwestujący pasywnie, a były takie, to ostatecznie nigdy nie był promowany. Po prostu tworzyły go instytucje, które jednocześnie oferowały inwestowanie aktywne, które daje znacznie wyższe prowizje dla zarządzających.

W efekcie firmie nie opłacało się promować czegoś, co dawało jej mniej zarobić, żeby nie kanibalizować wysoko marżowych produktów. Starzy polscy gracze zwyczajnie zabetonowali to poletko.

I musiał przyjść Słowak, żeby ten beton rozbić?

Bardzo wierzę, że to się uda. Chcemy być jak Janosik, choć nie używając wszystkich jego metod.