Członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie: połowa naszych kopalń do zamknięcia

Coraz więcej ekspertów uważa, że okres po pandemii koronawirusa będzie charakteryzował się intensywniejszą niż do tej pory dekarbonizacją. Jest wśród nich także prof. Witold Orłowski, główny ekonomista PwC, a jednocześnie członek powołanej do życia przez prezydenta Andrzeja Dudę Narodowej Rady Rozwoju

Wywołany pandemią koronawirusa lockdown sporo namieszał na rynku paliw. W pewnym momencie producenci ropy dopłacali za jej odbiór. Powszechna recesja wpływa na mniejszy popyt na energię – co najbardziej odbija się na paliwach kopalnych. Efekt? 11 maja udział odnawialnych źródeł energii w europejskim systemie energetycznym wyniósł 54 proc.

Bizblog.pl poleca

W rezultacie mamy do czynienia z historycznym spadkiem emisji CO2, która zbytnio zmian klimatycznych nie powstrzyma. Innym procesem, który może teraz bardzo przyspieszyć zdaniem ekspertów, jest dekarbonizacja. Prof. Witold Orłowski przekonuje, że przed tym procesem nie ma sensu uciekać, bo jest nieuchronny.

W rozmowie z TVN24 ekonomista przekonywał, że dekarbonizacja, czyli konieczność zmniejszania udziału węgla w produkcji energii w Polsce (obecnie w naszym miksie energetycznym „czarne złoto” dzieli i rządzi z udziałem na poziomie ok. 77 proc.) jest obecnie największym wyzwaniem gospodarki nad Wisłą. Ten proces powinien być jednak złożony i dotyczyć też polskich kopalń. Te na razie przynajmniej są w fatalnej sytuacji. Produkują bowiem za drogi – względem tego importowanego – węgiel, na którego trudno znaleźć chętnych kupców. 

Połowa kopalń do zamknięcia

Skutkiem są rosnące i zbliżające się wielkimi krokami do już 8 mln ton przykopalniane zwały węgla, kolejne kontrakty spółek energetycznych na węgiel z zagranicy i rosnące niezadowolenie z tej sytuacji górniczych związkowców. Rzecz jasna w tle coraz większa finansowa zapaść. I dzisiaj w Polsce nikt nie ma pomysłu, jak przerwać to błędne kółko. Witold Orłowski stawia odważną tezę i mówi o konieczności zamykania kopalń – przynajmniej tych przynoszący największe straty finansowe. 

W sytuacji spadku ceny węgla, z polskich kopalń pewnie około połowę powinno się zamknąć, nie dlatego, że nie ma zapotrzebowania, ale dlatego, że produkują węgiel drożej od ceny sprzedaży

– przekonuje Witold Orłowski.

Pandemia koronawirusa wyręczy polityków?

Trudno przypuszczać, że świat nagie zacznie kochać węgiel na nowo. Nie tylko polityczne deklaracje, ale i gospodarcze trendy ewidentnie wskazują na odwrotny kierunek. Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) stawia sprawę jasno: pandemia koronawirusa spowoduje najpoważniejszy spadek zapotrzebowania na energię od czasu drugiej wojny światowej. Popyt na ropę naftową ma być najniższy od ćwierć wieku, a na gaz – po 10 latach nieprzerwanych wzrostów – spadnie o 5 proc. Z kolei w przypadku węgla mowa jest o mniejszym popycie nawet o 8 proc. – czyli najwięcej od czasów II wojny światowej. 

Jak na te przewidywania reaguje polski przemysł wydobywczy? Na razie nijak. Witold Orłowski prognozuje, że jak rząd nie zmieni swojej taktyki, to „będzie miał szybko ogromny problem z górnikami”. Jedynym, jego zdaniem, wyjściem z sytuacji jest zamknięcie kłódki na ok. 10 z 20 polskich kopalniach – tych przynoszących od miesięcy wyłącznie straty.

I chociaż Ministerstwo Aktywów Państwowych zapowiada przedstawienie do końca czerwca planu naprawczego całej branży górniczej, to związkowa „Solidarność” w ustalonym dopiero co trzytygodniowych wstrzymaniu wydobycia węgla w kopalniach PGG i JSW (w sumie w 12. ruchach) widzi jedynie „alibi” dla wcześniejszych kłopotów branży. 

Bo spółki węglowe są na dnie nie przez pandemię

Trudno nie zgodzić się przynajmniej z tymi argumentami, które wskazują, że górnictwo nad Wisłą miało pod górkę na długo przed pojawieniem się epidemii COVID-19. Owszem, można cieszyć się, że akcje JSW S.A. z osiągniętego jeszcze w pierwszej połowie maja poziomu 12,61 zł wzrosły obecnie do ponad 20 zł. Tyle że przy okazji oferty publicznej JSW w 2011 r. za jeden udział trzeba było zapłacić 136 zł, czyli prawie 7 razy więcej niż dzisiaj. Tylko w pierwszych trzech tygodniach 2020 r. akcje JSW straciły na wartości ok. 60 proc.

Nie ma co też na wyrost prężyć finansowych muskułów PGG. Jeszcze w 2018 r. w największej spółce węglowej w Europie nastroje były jak najbardziej optymistyczne i trudno się temu dziwić. Zysk netto na koniec roku był w granicach pół miliarda euro, a na każdej tonie sprzedanego węgla PGG zarabiała nawet 25 zł. Potem okazało się, że zielony skręt UE to wcale nie jest żart, co najbardziej odczuliśmy pięciokrotną podwyżką uprawnień do emisji CO2.

Teraz optymizmu w PGG można szukać ze świecą. Prezes spółki Tomasz Rogala podczas negocjacji ze związkowcami powtarzał jak mantrę, że brak zgody na cięcia w produkcji i górniczych pensjach oznacza, że PGG koło nosa może przejść nawet 700 mln zł z rządowej tarczy antykryzysowej. A wtedy o płynności finansowej można pomarzyć. 

Słyszeliśmy, że jest świetnie, że PGG ma planowany zysk rzędu 200 mln, 300 mln, 500 mln złotych. Później okazało się, że bilans jest ujemny

– mówi w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim” Dominik Kolorz, szef Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”. 

Tyle że te kłopoty polskich spółek węglowych nie są wywołane koronawirusem. Ten jedynie je przyspieszył, ale nie wykreował. Pandemia w końcu przeminie, ale światową niechęcią do węgla już tak nie musi się stać.